Smoki. Baśniowe, fantastyczne, magiczne. Na zawsze wpisały się w kanony literatury i mitów wielu cywilizacji. Wierzyli w ich istnienie Chińczycy, bali się ich Wikingowie. Składano im ofiary w dżunglach Ameryki Środkowej i Południowej. Wzywano ich na pomoc, wielbiono je, szanowano je, marzono o nich. Lecz zawsze były to opowieści niemalże niesłychane, opowieści snute przez pijaków i bardów. Delirium alkoholowe, bogata wyobraźnia, lęk przed nieznanym - wszystko to wpłynęło na to jak dzisiaj postrzegamy te majestatyczne w wielu przekazach istoty. Lecz co by się stało z naszym światem, gdyby się okazało, że te stwory z "bajki na dobranoc" naprawdę istnieją, a charakterek mają dużo gorszy aniżeli w którejkolwiek ze znanych nam historii?

Na to pytanie stara się odpowiedzieć Rob Bowman w swoim filmie "Władcy ognia" (Reign of fire). Jego wyjaśnienie wydaje się być mocno naciągane, jednakże trafia do fanów teorii apokaliptycznych tematów, sił przyrody i fantastów. O cóż więc chodzi? Spójrzmy na ową historię z nieco przymrużonym okiem. Ma ona bawić, wciągać i interesować, a przede wszystkim skupiać uwagę widza na czas projekcji, niekoniecznie będąc logiczną i zgodną z dotychczasowymi ustaleniami naukowymi.

Władcy Ognia

Od dawna "tęgie głowy" spierają się o powody masowych zagład i wymarć jakie miały miejsce na przestrzeni kilkudziesięciu milionów lat. Wskazują na zmiany w diecie, na zmiany w otoczeniu, pojawienie się nowych drapieżników i lepiej przystosowanych ofiar. Snują pogłoski o kosmogenicznym wpływie eliminacji większości życia z naszej planety. Niektórzy upatrują w nich wpływ wizyt obcych cywilizacji (do tej pory nas nawiedzających ;-) ). Dużo osób wskazuje na zmiany klimatyczne. Jaki by to nie był za powód, 100% pewności w żadnej z wysnutych teorii w zasadzie mieć nie możemy. No chyba żeby założyć, iż każdy z przypadków miał poniekąd miejsce i swój wpływ na rozwój życia na ziemi.

Władcy Ognia

W scenariuszu Gregga Chabota i Matta Greenberga poznajemy jeszcze jedną "prawdę". Co by było, gdyby smoki istniały i były gałęzią ewolucji archaicznych gadów, zapomnianą, lecz istniejącą? Gdyby się okazało, że nastąpiła tu zmiana jak w gatunkach kobr i pewna rodzina poznała tajemnicę "plucia specyficzną substancją"? Co by było, gdyby obedrzeć historię potężnych bestii z całej tej magii, w którą misternie były przez wieki oblekane? Gdyby się okazało, że ogień, którym te zimnokrwiste stworzenia zioną, był efektem reakcji substancji chemicznych produkowanych w dwu gruczołach umieszczonych w paszczy bestii... Dość tego gdybania. Przeszłość zostawmy gryzipiórkom i naukowcom, a sami udajmy się na seans...

Oto mamy lata mniej więcej współczesne. Londyn, jak zwykle zabiegany i zatłoczony. I jak w każdym z wielkich miast panują miłościwie nam uprzykrzający życie inżynierowie, majstrowie i inni pracownicy wydzieleni do budowy/naprawy głównych arterii miasta. W filmowej miejscówce trwają akurat prace nad tunelem metra. Robotom drążeniowo-budowlanym przewodzi niejaka Karen. Jej syn, Quinn - góra kilkunastoletni chłopak, jest stałym bywalcem w miejscu pracy rodzicielki. Wszyscy pracownicy go znają, on także zna ich - żyją na stopie dość przyjacielskiej. Pewnego "pięknego dnia" młodzieniec przynosi matce niepokojącą informację (bodajże utrata stypendium - duuża kwota). Tegoż dnia robotnicy docierają do pustej przestrzeni, nie domyślając się nawet, cóż za zło może się pod kamiennym stropem kryć.

Władcy Ognia

A śpi w tej "litej" alkowie nie kto inny, jak bardzo "zły miś". Rzecz w tym, że jego kilkusetletnią drzemkę przerywają panowie w kaskach. A dokładniej, spędzający pod ziemią czas, młody Quinn. To on jako pierwszy poznaje "prawdę" o mitach. I jako jedyny wychodzi "cało" z tego spotkania. Gadzina, wyraźnie nie w humorze na gierki, rozpętuje piekło na (a w zasadzie pod) ziemi. W wielkim pożarze, której przyczyny nie chcieli uznać biegli, ginie kilku pracowników wraz z matką chłopca. Szok, cios psychiczny - tak tłumaczono nieprawdopodobną historię przedstawioną przez Quinna. Wiele lat później okazuje się, ile kosztowała ludzkość ignorancja i brak ufności w słowa młodzieńca.

Blisko dwie dekady po koszmarze londyńskim ludzkość chowa się, jak mysz pod miotłą. Światem, pomimo prób walki podejmowanych przez wielkich tego świata, rządzą niesamowicie szybko się rozprzestrzeniające "uskrzydlone zapalniczki". Tym apokaliptyczno-futurystycznym światem rządzą więc gadziny, zaś dumni, niegdysiejsi władcy mórz, lądów i powietrza zeszli do podziemia. Powierzchnie tymczasem ogarnął pożar wszechczasów naturalnie przez latające, łuskowe potwory podtrzymywany. Ziemia, niegdyś bujnie zielona, teraz pokryta jest grubą warstwą popiołu, przypominając tym samym pustynię. Pustynię przemierzaną jedynie przez uskrzydlone monstra, wcześniej uśpione w niedostępnych komorach. Występujące gdzieniegdzie, dobrze zakamuflowane "oazy zieleni" to miejsca hodowli żywności dla niedobitków, homo sapiensów ukrywających się w warowniach, zamkach i innych odseparowanych miejscach.

Władcy Ognia

Jednej z takich samowystarczalnych, ukrytych osad przewodniczy, teraz już prawie 30-to letni Quinn (Christian Bale). Choć wciąż rana po zdarzeniach z dzieciństwa się nie zabliźniła, dzielnie stawia czoło wszelkim "trudom i znojom". Jego charyzmatyczna postawa sprawia, że ludzie dzielący z nim schronienie, poza nielicznymi wyjątkami, podążają za jego radami i prośbami. I wtem osadniczo-beduińską, "iście niebiańską" egzystencję wspólnoty naruszają szaleni amerykańcy (wraz z dość pokaźnym oddziałem przedstawicieli innych narodów porwanych ideą zwycięstwa totalnego i powrotu na szczyt łańcucha pokarmowego) z Dentonem Van Zanem na czele (Matthew McConaughey). Twierdzą, że umieją walczyć i pokonać smoka i wiedzą, jak zniszczyć aktualnych władców "trzeciej skały od słońca". Ich pomysł, nie dość że ambitny i awanturniczo-ryzykowny, to trzeba przyznać, że logiczny. Decyzja Quinna o wyruszeniu na krucjatę przeciwko "demonom nieboskłonu, ognia i popiołu" dla każdego widza jest do bólu oczywista. Taka eskapada jest bowiem szansą na "naprawę grzechów dzieciństwa". I zemstę na zabójcy matki.

OK, no to przejdźmy do sedna. Jak film się prezentuje? Mrocznie, strasznie, apokaliptycznie - jednym słowem: klimatycznie. Malowany w ciemno-szarych barwach świat emanuje atmosferą strachu i śmierci, typową dla produkcji cyberpunkowego zepsucia totalnego. Tu jednakże nie mamy żadnych gadżetów, brak "cyber", a "punka" jest tyle, co przysłowiowy kot napłakał. Fabułą film nie zaskakuje. Brak w nim jakichś ciekawszych zwrotów akcji. Główna oś przygody Quinna i innych szczęśliwców jest do bólu prosta. Szkoda, przydałoby się coś namącić, a tak wszystko jest aż zbytnio przewidywalne.

Władcy Ognia

Zachwycić mogą efekty pracy speców od FX. Zarówno smoki, jak i generowane przez nich płomienie robią nieodparte wrażenie "realności". Z przyjemnością ogląda się ogień pochłaniający kolejnych "wojowników o wolność", ich uprawy czy "domostwa". Z zaciekawieniem patrzymy, jak nieboskłon przeszywany jest przez "czarną strzałę" unikającą ataków do niej kierowanych przez bezbronnych i zagonionych w kąt ludzi. Sztuczne zwierzęta latają w realistyczny sposób, jedzą niczym "żywe", człapią i wspinają się niczym przerośnięte nietoperki.

Co do gry aktorskiej to cóż można by rzec, gdy prawdziwym głównym bohaterem są komputerowo wspomagane potwory z przestworzy? McConaughey jako charyzmatyczny wojownik ludzkości spisuje się na medal, aczkolwiek jego ograniczona scenariuszem postać nie ma się co popisać. Wtórujący mu Bale "trzymie" poziom. Poziom znany choćby z najnowszej odsłony Batmana. Reszta aktorów też zdaje się wczuwać w swe role idealnie wkomponowując się w świat ludzi na krawędzi destrukcji. Główna damska rola powierzona naszej rodaczce, Izabelli Scorupco, tylko zyskuje na grze Białostockiej piękności. I choć jej postać nie jest tak eksponowana w produkcji, a sama aktorka rzadko prezentuje niesamowity poziom artyzmu, to jej walory fizyczne dobrze wpływają na odbiór całości ;-). Ba i trzeba przyznać, że na ekranie "iskrzy" między nią a Quinnem...

Koniec końców produkcja ciekawa. Fanom filmowych stworów, maniakom smoków z ekranu chyba nie ma co jej przedstawiać. Ci zapewne widzieli film już nieraz. Niedzielnym "filmofilom" przypadnie do gustu prosta fabuła z dużą dozą efektów specjalnych, a także bogato występująca akcja. Trzeba tylko pamiętać o jednym - jest to film, który z logiką jest na bakier. Nie pytajcie się, skąd, jak i dlaczego. Zostawcie drażliwe kwestie za sobą i dajcie się ponieść obrazowi obdzierającemu smoki z całej związanej z nimi magii. A wtedy ścielący się wszędzie pył popiołu i żarzący się tu i ówdzie żywy płomień podnoszą temperaturę na i przed ekranem. Nic tylko przypomnieć, iż "z prochu powstałeś i w proch się obrócisz".

Gatunek: Przygodowy fantasy

Rok produkcji: 2002

Dystrybutor: ITI FILM STUDIO

Reżyser: Rob Bowman

Scenariusz: Gregg Chabot, Matt Greenberg

Obsada:

Matthew McConaughey - Denton Van Zan

Christian Bale - Quinn Abercromby

Izabella Scorupco - Alex