Samotny mściciel, któremu lata temu brzydka i zła banda zrobiła parę równie brzydkich i złych rzeczy, otrzymuje szansę krwawej zemsty. Z mocnym motywem, żądzą zemsty i całkowitą ignorancją dla przykazania "Nie zabijaj" rusza w wielką pogoń. Gdzieś już to słyszeliśmy?

Niestety scenariusze opierające się na vendetcie pojedynczego bohatera dokonywanej na hordzie wrogów to temat znany i oklepany. A przyznać trzeba, że oglądanie na okrągło tego samego, tylko w zmienionej formie, po jakimś okresie czasu może powoli stać się nie do zniesienia. Raz, że maksymalnie przewidywalne, dwa - nudzi. Na co więc na tykamy się tym razem, przy okazji projekcji "Tropiciela"?

Tropiciel

Akcja przenosi nas do okolic X wieku, gdy bezlitośni wikingowie najeżdżali, rabowali i łupili. Przy jednym z takich wesołych, rozrywkowych "wypadów na miasto" syn wielkiego wojownika pozostaje w zamieszaniu bitewnym na obcym terenie. Po piętnastu latach, gdy dorasta on na cudzej ziemi, przygarnięty przez plemię Indian, musi opowiedzieć się po jednej ze stron konfliktu, gdy groźni wojownicy uzbrojeni dużo lepiej niż tubylcy po raz kolejny przypływają z planami wyrżnięcia wszystkich w pień. W ten sposób Duch, główny bohater staje w obronie mordowanego ludu, do którego sam od kilkunastu lat należy i dziarsko przeciwstawia się oddziałom wikingów, chociaż wśród tych właśnie ma swoich przodków. To nic, że jest jedyną osobą, która woli walczyć mieczem, niż drewnianym patykiem, a połowa jego pomocników to lekkoduchy, którzy wyżej niż walkę cenią sobie beztroskie życie i zabawę w osadzie. Dodatkowo, żeby było jeszcze bardziej stereotypowo, dostajemy tu wątek z piękną kobietą, o której względy nasz dzielny wojownik musi walczyć z konkurentem z plemienia. No przecież musi być jakaś motywacja inna, niż tylko odwet za krzywdy wyrządzone bliskim. A uratowanie takiej oto indiańskiej laski to w sumie przednie zadanie dla każdego woja.

Film jest remakiem norweskiej produkcji z 1987 roku pod tym samym tytułem. Za jego wyreżyserowanie wziął się Marcus Nispel, który w dziedzinie odświeżania starych tytułów dał się już poznać przy okazji kręcenia nowej wersji "Teksańskiej masakry piłą mechaniczną". Szkoda tylko, że temat "Tropiciela" jest tak oklepany, że w sumie nie warto powtarzać czegoś, co teraz może już tylko nudzić.

Tropiciel

Już po pierwszych kilku scenach można domyślić się oczywistego zakończenia, jedyną zagadką pozostaje fakt jak główny bohater do finału dojdzie i jak wielkim sprytem wykaże się w walce. Tu właśnie ukazują się bardzo naciągane umiejętności Ducha w starciu z wikingami. Poza paroma niezłymi pomysłami na zabicie ich przy jak najmniejszym wysiłku (które oczywiście też są mocno przesadzone), liczy on głównie na siłę swoich mięśni i aż dziw bierze, jak jeden człowiek może sam wyrżnąć w pień tyle wrażych oddziałów. Podobnie jak Legolas we "Władcy Pierścieni" surfujący na tarczy i szyjący z automatycznego łuku, tak i tutaj nasz dzielny laluś śmiga po górskich zboczach na improwizowanym snowboardzie, gdy reszta po prostu ginie w przepaściach. No cóż, widać "i Herkules d..., kiedy wrogów kupa" nie ma tutaj zastosowania.

Oprawa audiowizualna stoi na całkiem wysokim poziomie. Walki są dość efektowne, można popatrzeć na radosną młóckę i lejącą się wszędzie krew. Dodatkowo klimatu dodaje odpowiednio dobrana ścieżka dźwiękowa. Jeśli ktoś chodzi do kina na filmu typu "300" i wychodzi z nich z wielkim podziwem dla samych walk, to jest duża szansa, że "Tropiciel" pod tym względem go nie zawiedzie.

Tropiciel

W ten oto sposób otrzymujemy mało ambitną walkę pojedynczego herosa z całym złem w najlżejszym możliwym wydaniu. Nie dla dzieci. Nie dla wybrednych.