1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Tom Clancy's Rainbow Six Vegas

Zapomnijcie o Lockdown. Zapomnijcie o Raven Shield. Najlepiej zapomnijcie o poprzednich grach z serii Rainbow Six. Bo oto na rynek growy wkracza zupełnie nowa część - Vegas! To novum - troszkę, a nawet więcej niż troszkę przesadyzmu w tym jest, ale chciałem nadać szczypty dramatyzmu ;). Ni to denny, zręcznościowy Lockdown, ni RS nastawiony głównie na realizm. Nowe dziecko Ubi z Tom Clancy's w tytule to pełną gębą FPS z dość licznymi elementami taktycznymi! Nie zwykła strzelanina, tylko w miarę wymagająca pomyślunku i stosowania taktyki przez gracza gra, ot co! A niby do czego to podobne? Pierwsze, co mi ślina na język przyniosła to - jeśli już miałbym podpiąć idealnie pod gatunek - Star Wars Republic Commando, pasuje jak w mordę strzelił! Ale klimat choćby Raven Shielda pozostał ten sam, niektóre rzeczy się nie zmieniają. No właśnie, tylko niektóre. Bo praktycznie już tak pięknie nie jest. Jeśli oczekujesz miłej oraz przyjemnej akcji, a w dzieciństwie marzyłeś o tym, ażeby trafić do elitarnego oddziału i zabijać terrorystów , Vegas jest jak znalazł.

Czas i miejsce akcji: Redakcja Playback, Las Vegas; 1 stycznia, godzina 23.59.

Michael, widzę cel, hot-car przed nami!

Pełen realizm? Nie! Zręcznościówka? Nie!

Jak widać, niektóre, nawet najskrytsze marzenia mogą się spełnić i to w najmniej oczekiwanym (przez nas) momencie! Powiem Wam, że coś w tym jest. Ale nie odbiegając zbytnio od tematu i wracając do meritum...Nowa odsłona to nic innego, jak zręcznościowy shooter z niedużą dozą elementów taktycznych. Choć najnowszemu produktowi ze stajni UbiSoft (niestety) bliżej temu pierwszemu, ale nie znaczy to, że od razu jest pies pogrzebany, bo pod względem jakości jest lepiej, niż mogłoby się nam wydawać! Dajcie się ponieść wyobraźni - macie przed oczyma świetnego FPS-a z elementami, o których wspomniałem niejednokrotnie wyżej, okraszonego kapitalną oprawą audio-wideo, budzącym respekt designie poziomów, wciągające jak sokowirówka i zarazem nader rozbudowane misje oraz potrafiący nieźle zaleźć za skórę przeciwnicy. Po prostu nie wracajmy myślami wstecz i zostańmy, tu i teraz. Nie ma ani Lockdowna, ani Raven Shielda, jest Vegas! Zupełnie inny, ale piekielnie grywalny! Jedno jest pewne - jeśli nie spodziewasz się sporej dawki realizmu - nie może się nie spodobać! Nie ma bata, a nawet bardziej zaawansowanym graczom, którzy na wylot znają Rainbow Six 3, nowość ta powinna przypaść do gustu (głównie dzięki wprowadzeniu poziomu trudności Realistic, przeznaczonego właśnie dla takich osób). Czyli dla każdego, no prawie. Bo i znajdą się marudy. Mnie jedynie brakuje bardziej rozszerzonego i dającego więcej możliwości systemu wydawania rozkazów. Dostajemy ociupinkę za mało, jeśli nie więcej, aniżeli ociupinkę. Może po kawałeczku wpłynęła na to konsolowość gry (czytawszy różnorakie opinie na przeróżnych forach niemała ilość userów właśnie nowemu dziełu pod szyldem Toma Clancy'ego zarzucała to). Czasy się zmieniają, a wraz z nimi gry, które już nie są i nie będą takie same, jak kiedyś (co zostało potwierdzone niejeden raz). Trzeba to po prostu zaakceptować i nie psioczyć.

Uwaga, zjeżdżam na dół!

Viva Las Vegas!

Znudzony kolejnymi, schematycznymi FPS-ami, postanowiłem sobie dać spokój i krótką przerwę, trwającą de facto parę miesięcy, lecz zachęcony interesującymi screenshotami i pochlebnymi recenzjami świeżego Rainbow Six-a, zdecydowałem, że to właściwa pora na odpalenie wreszcie jakiegoś shooterka! No więc, kiedy lśniąca płytka trafiła w me, spragnione łapska, od razu bez żadnych skrupułów usunąłem zbędne, zajmujące połowę jednej z moich partycji, dane i przystąpiłem do instalacji. Kiedy skrót pliku uruchamiającego wylądował na mym pulpicie, zdecydowanym ruchem mychą najechałem na ową ikonę (byłem tak podekscytowany, że uprzednio nacisnąłem na obrazek z Kubusiem Puchatkiem, ale ALT + F4 załatwiło całkowicie sprawę) i kliknąłem dwukrotnie (dość szybko). Pierwszą rzeczą, która mnie zaskoczyła, po włączeniu gry, było zacinanie się filmików, mimo, że mój komputer spełnia wymagania gry (no może, niezupełnie tych zalecanych...), ale niepewnie ruszyłem dalej. Następna sprawa - kurcze flaczku - czemu tak mało opcji graficznych?! Praktycznie oprócz wyboru rozdziałki (standardowo), jakości cieni i blura mamy jeszcze tylko kilka mniej znaczących (nie licząc HDR-a). Drugie zaskoczenie, tym razem pozytywne - krótkie ładowanie się poziomów (byłem zdziwiony, że aż tak krótkie, pamiętawszy jak niemiłosiernie długo trwało to w Mrocznym Mesjaszu, przy którym zdążyłem zjeść obiad...).

No to dalej o pozytywach. Zabawę zaczynamy w Meksyku - poziom uważany przez wielu graczy za najgorszy w całej grze (wespół z ostatnim). Mnie jednakże przekonał do siebie, bo od czasów Call of Juarez nie miałem takiej frajdy, grając w strzelaniny (a przypominając sobie GRAW-a...). Lecz kiedy trafimy do największego miasta w Nevadzie oraz centrum hazardu, gra rozkręca się na dobre. A spędzimy tam, jak można było łatwo się domyśleć, większość czasu, jak najbardziej niezmarnowanego.

W czasie naszych misji (6) odwiedzimy wielkie, genialnie zaprojektowane kasyna (w tym jeden z lepszych wizualnie poziomów, jakie me oczy widziały - Dante's Casino!), hotele, czy ogromną tamę. Jeśli początkowe etapy spodobały się Wam, to w następnych będziecie piać jak kogut z zachwytu! Sama uczta dla oka. Pod względem architektury programistom z Ubi należą się owacje na stojąco, nic dodać, nic ująć. Tu nie ma miejsca na sterylność i monotonię! Jest lepiej niż się spodziewałem. A odnośnie zadań, jakie przyjdzie nam wykonać - są one urozmaicone i nie polegają na jednej i tej samej rzeczy. Otrzymamy nie tylko polecenia w stylu - odbić więźniów czy uratować daną osobę, a także będziemy musieli rozbroić bomby albo skontaktować się z ważną dla misji personą. Dzięki temu nie czujemy się nadto znudzeni schematycznością. Etapy są ściśle ze sobą połączone, niezbyt ambitną fabułą (co nie było nigdy rzeczą pierwszorzędną z grach z tej serii), ale odczuwamy wrażenie, że wszystko przedstawione jest w sposób realistyczny (smaku dodają ukazujące się od czasu do czasu w lewym, górnym rogu ekranu przerywniki, w których dowiadujemy się na temat bieżącej sytuacji, związanych z naszym celem).

Chłopaki, jedziem!

Diabły wcielone (tyle, że bez rogów)!

Wcielamy się w skórę Logana (nie, to nie ten z X-menów;)) Kellera, dowódcę naszego 3-osobowego oddziału. W pierwszej lokacji przez moment mordujemy samotnie, ale po chwili dołącza do nas dwóch specjalistów, którzy jednak długo z nami nie pobędą...Ale gdy znajdziemy się w Las Vegas wspomogą nas inni, niejaki Michael Walter i Jung Park - obaj zostaną z nami do samiutkiego końca. Oprócz tego, przez całą grę cennych informacji udziela nam miła pani, która jest naprawdę kopalnią wiedzy :).

Jak już przystanęliśmy przy towarzyszach broni, pora powiedzieć słówko na temat ich inteligencji. Ta stoi na wysokim poziomie, z niestygnącym entuzjazmem podziwiałem ich dokonania na ekranie mego monitora, a sam przyglądałem się całej akcji i nieczęsto wspomagałem własnym ostrzałem. Po prostu są nieodzownie przyjaciółmi na dobre i złe, acz niektórych przypadkach bez naszej pomocy nie poradzą sobie (w końcu to nie Rambo) z większym oddziałem terrorystów. A bez odpowiednich rozkazów (o elementach taktycznych rzeknę deczko później), tudzież źle wydanych mogą łatwo paść ofiarą, ze względu na nieprzemyślane przez nas wskazanie miejsca, gdzie nasz kompan ma się ruszyć. A jeśli padną w boju, można samemu ich uleczyć bądź jak została mocna zraniona jedna osoba rozkazać drugiej zrobić to za ciebie. Innymi słowy jest na co popatrzeć, ostatni raz tak dobre AI naszych było w prześwietnym Freedom Fighters.

Troszkę gorzej jest w przypadku terrorystów. Ale niewiele, bo i ci prezentują ze sobą poziom ponad poprzeczkę. Myślą, współpracują ze sobą, osłaniają się, zachodzą nas od tyłu, czyli miodzio! Lepiej chyba tylko w F.E.A.R. było. Jestem pełen podziwu, bo twórcy odwalili kawał świetnej robótki. A włączywszy tryb realism ich celność jest jeszcze wyższa, potrafią zasadzić nam headshota przy pierwszym wystrzale. Przynajmniej nie mamy do czynienia z bezmózgimi yeti.

Ale daje po oczach, zgaście to światło!

Pod koniec tego akapitu nadmienię jeszcze, że w grze nie ma żadnych apteczek (nie licząc strzykawek, które niejeden raz uratują cenne życie Michaelowi i Jungowi), a o jakimkolwiek pasku życia zapomnijcie. W Vegas jest coś na styl Call of Duty 2. Gdy zostajemy draśnięci, ekran lekko się zamazuje, a jeśli mocno zranieni obraz robi się ciemniejszy, utrudnia to bardzo widoczność, przez co stajemy się łatwym celem dla przeciwników. Wtedy wystarczy odczekać parę sekund w jakimś bezpiecznym zaułku.

Gadżetomania

Nasze wyposażenie jest niezwykle bogate, dla każdego coś miłego. Są bronie cięższego kalibru, jak i te z mniejszą mocą. Uzbrojeni będziemy m.in. w Kałasznikova AK47, Desert Eagle'a czy niezwykle celne na każdą odległość snajpery oraz karabiny maszynowe. Ale wybór należy tylko i wyłącznie od nas, przed misją mamy takową opcję, a także i w czasie trwania zadania znajdziemy skrzynie ze śmiercionośnymi zabawkami. Dodatkowo każdą broń możemy sobie odpowiednio upgrade'ować, wedle naszego widzimisię, oczywiście z pewnymi ograniczeniami. Podoba mi się też fakt, że niezależnie od sytuacji mamy możliwość modernizacji broni np. założenie parokrotnego zoomu. Małe, a cieszy. Następnym atutem jest opcja zabrania uzbrojenia terrorystów. Do dyspozycji mamy też noktowizor oraz wykrywacz ciepła. Dodam, że nie tylko my zostaliśmy obdarowani techniczymi cudeńkami, bo przeciwnicy (zależnie od typa) też mają się czym pochwalić!

Dobra, pieniądze bierzem jeno tak szybko i spływajmy, gdzie ogórki rosną!

A teraz przyszedł czas na nowalijkę, nasz oddział otrzymał po jednej...(i tu o uwagę proszę!) lince na każdego! HA! Po kiego biesa komuś linka? Ano, jest to nieodzowny element w prawie każdej misji, bo wielokrotnie dane nam będzie tegoż użyć, najzwyczajniej, tak po prostu. W lokacjach są miejsca, w których będziemy mogli zejść na dół, nie korzystając ze schodów (co jest bardziej przyjemne i zarazem szybsze, aczkolwiek niebezpieczniejsze, bo może się zdarzyć, że niżej czyha na nas spora garstka zapchlonych kundlów!). Ale samo wejście jest efekciarskie i cieszy oko! Dobrze, że tych momentów jest dużo, a nie tak, jak było w innej grze UbiSoftu. A mianowicie chodzi mi o pierwszą część Splinter Cella i o jedną z możliwości akrobatycznych Sama Fishera, których użyć mogliśmy zaledwie kilka razy w całej grze (chyba domyślacie się o jaką?).

Taktycznie? Jasne, jak grom!

Do tej pory słyszeliście przeważnie same peany odnośnie nowej odsłony Rainbow Six. Tym razem troszkę popsioczę na element dość ważny. Jak pisałem na początku recenzji, jest to taktyczny FPS, jednak dość ograniczony (ze względu na niezbyt duże możliwość taktyczne). Oczywiste jest, że przy każdym starciu będziemy musieli wykazać się pomysłowością i logicznym myśleniem, a nie pchać się pod lufy przeciwników i szaleć niczym w Serious Samie, bo to nie oto chodzi. Jako dowódca oddziału wydajemy rozkazy za pomocą prostych komend (np. przyciskiem E [domyślne ustawienia] zaznaczamy miejsce, w które ma się udać nasza ekipa). Ogólnie ujmując kierowanie poczynaniami kumpli nie należy do trudnych rzeczy. Oprócz tego możemy "użyć" ich do otwarcia drzwi (jest parę opcji, cichego otworzenia, wrzucenia granatu albo wysadzenia, używając odpowiednio przypisanych klawiszy), a również decydujemy, czy mają pozostać w miejscu i ostrzeliwać wrogie jednostki, czy maszerować za Loganem, czyli nami. Zaiste, fajną sprawą jest podejrzenie, co dzieje się za drzwiami (nie do wykrycia, chyba, że akurat podejrzliwy terrorysta, zachęcony uprzednio jakimś hałasem w czasie podglądu wtargnie do miejsca naszego pobytu). Ciekawym wyjściem jest opieranie się o różnorakie przeszkody czy ściany. Uchroni nas to od wielu kul, sam używałem tego nagminnie, jak tylko Bozia mi pozwoliła. Brakuje mi jakiegoś szerszego wachlarzu rozkazów, no cóż, pozostaje się cieszyć tym, co mamy. Bo aż tak źle w końcu nie jest, a zresztą już po ostatnim tytule z tej marki spodziewać się tego mogliśmy. A i tak jest lepiej niż to miało miejsce w Lockdownie. W ogóle obsługa interfejsu gry jest przyjemna i bardzo sprawnie działająca, jak sieć Era! ;)

Iść, czy nie iść? Oto jest pytanie...

Orgia doznań audio-wizualnych!

Jedną z największych zalet RS Vegas jest kapitalna oprawa graficzna. Nie ma co się dziwić, bo za tak wspaniałe fajerwerki odpowiada ultra-nowoczesny Unreal Engine 3.0 (użyty już w takich tytułach jak Roboblitz oraz Gears of War). Jednakowoż tak nie są to maksymalne możliwość tego silnika, a zaledwie ułamek tego, co będziemy mogli zobaczyć za rok, dwa. Ale już teraz możemy poznać to, co potrafi po części, bo nie ukrywając zbytnio, Vegas to na pewno jedna z najładniejszych gier na PC, dotychczas wydanych. Pełno wodotrysków, wysokiej jakości tekstury, genialne modele postaci, jak i ich animacja, do której zastrzeżeń nie można mieć. Oraz niesamowicie klimatyczne i wręcz majstersztyk lokacje. Zwłaszcza kasyna, w których fajerwerki nie gorsze, niż te na Sylwestra. Nie zrażajcie się średnim Meksykiem, bo będziecie później żałować.

Grafika piękna niczym Afrodyta nie może mieć niskich wymagań, bo to by nie było fair. No więc, coś za coś. Żeby móc zagrać w miarę przyzwoitych detalach potrzeba niezłego potwora! Ja niestety zmuszony byłem grać z wszystkim praktycznie na low bądź very low, jedynie z włączonym HDR-em i rozdziałką 1024x768, i gra chodziła znośnie, acz nie rewelacyjnie, a w paru lokacjach potrafiło nieźle przymuuulić. Choć sprzętu już tak nowego nie mam (AMD 64 3000+, 1GB ramu i Geforce 6600GT) to jednak chyba powinno śmigać ciut płynniej, bo mimo, że wizualnie Vegas prezentuje się wyśmienicie, to next-genem tego bym nie nazwał. Ale i jest dobra nowina! Pomiędzy low, a high praktycznie nie ma żadnej różnicy! (poza wyjątkiem HDR-a [fpsów, o dziwo, nie zżera] oraz bluru, który raczej tak potrzebny nie jest). Więc nawet na najniższych, z możliwych opcji gra wygląda świetnie! Największe znaczenie ma rozdzielczość i cienie, bo zniżając to pierwsze jakość obrazu jest sporo gorsza, ale nadal nadająca się do skonsumowania, a jakoś braku tego drugiego zanadto nie odczuwałem. No to rzekłem.

Ulala, rezydencja niczego sobie! Widać, że jakiegoś bogatego jegomościa!

Ze strony muzycznej jest równie doskonale! Ścieżka dźwiękowa pobudza, podnieca i trzyma w napięciu. Istne wręcz dzieło! Zasługuje naprawdę na same "achy". Polski dystrybutor mógłby umieścić dodatkową płytkę audio do gry, co ostatnio jest dość modne i często wydawcy stosują takie zagrania, wodząc graczy na pokuszenie ;). Jeśli już mowa o rodzimym wydaniu, to szkoda tylko, że tak świetny tytuł ukaże się w naszym kraju z takim opóźnieniem (premiera zapowiedziana została na luty 2007). Na gromkie oklaski zasługują też osoby, które podłożyły głosy. Widać, że zajęli się tym profesjonaliści, a nie amatorzy (dobrze, że Cenega zamierza wypuścić na rynek kinową wersję). Wystrzały z broni brzmią realistycznie. Full wypas, pełen serwis, tyle! No jedynie na moim sprzęcie dźwięk potrafił zacinać się, co przeszkadzało mi w zrozumieniu niektórych kwestii mówionych (przeważnie działo się to w przerywnikach, o których wspominałem wcześniej oraz w odzywkach terrorystów, jak i ich osób przez nich porwanych). Przyczyny jednak nie znam, domyślam się tylko, że spowodowane to mogło być za słabym prockiem bądź winą kodeków, ale to wyłącznie moje domysły, nic poza tym.

To ni zwykły, ni czikita! To zupełnie inny banan!

Zanim przejdę do ostatecznego osądu, słów jeszcze kilkanaście wyrzucę z siebie (w końcu!). Parę braków jednak ma, niedociągnięcia te jakoś specjalnie nie psują zabawy, ale wymienić je wypada. Chodzi mi o nagłe teleportowanie się (serio!) postaci, w czasie szturmu, a dokładniej po użyciu ukrytej kamery i wydanie rozkazu zaatakowania wrogiego łebka, znajdująca się za magicznymi drzwiami. Dziwne, ale prawdziwe. Świat jak widać jest pełen magii i zaskoczeń, niekoniecznie pozytywnych.

Teraz to się zacznie sieczka z piekła rodem!

Wnioskując Rainbow Six Vegas jest niesamowicie strawną potrawą. Wizualnie apetyczne, aż ślinka cieknie. Przyciąga może nie zapaszkiem (nie mylić proszę z ptaszkiem), ale potrafi przykuć wzrok wygłodniałego gracza, znudzonego zwykłymi daniami, a pragnącego nowych doznań smakowych. Do doskonałości trochę brakuje, ale Vegas powinien stanowić za wzór! Jakby twórcy umożliwili nam większe pole popisu w sferze taktycznej byłaby chiquita, a tak musimy przyjąć do wiadomości, że dostajemy dojrzały owoc innego rodzaju, wprost z Francji! No cóż, pozostaje nam czekać na równie świetny sequel, bo będzie, co potwierdziło - sprawiające negatywne wrażenie - zakończenie (za to niech ich gęś kulawa w rzyć kopnie). To be continued...