1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Tajne Akta: Tunguska

Długonoga piękność, porwanie, wielka tajemnica i szczypta adrenaliny - przepis na dobrą przygodówkę jest już niemal kompletny. Dodajmy do tego jeszcze piekielnie logiczne zagadki i drugą grywalną postać, a potrawa zacznie nabierać naprawdę sensownych kształtów. Brakuje jeszcze tylko jednego i nawet Pascal nie może nam tego dać…

Hej, szukam jednej lafiryndy jakoś Walker ma chyba. Widziałeś może?

Na wstępie muszę się wam do czegoś przyznać - jeszcze zanim Tajne Akta trafiły na moje biurko - były w naprawdę uprzywilejowanej sytuacji. Choć na grę specjalnie nie czekałem - nie miałem kalendarza z zaznaczoną na czerwono premierą ani nie suszyłem głowy dystrybutorom, że premiera w Polsce się opóźnia - bardzo pozytywne opinie i naprawdę ciekawie zapowiadający się scenariusz tak mnie nakręciły, że gdy tytuł tylko pojawił się w redakcji - tak długo bombardowałem grupę-trzymającą-władzę propozycjami łapówkarskimi i obietnicami absurdalnymi bardziej niż te przedwyborcze prosto od PiSiorków, że w końcu paczka z Tunguską pojechała właśnie do mnie. Dotarła na dzień przed strajkiem. Czy było warto płaszczyć się u stóp łże-elit?

No cóż - i tak, i nie. Oczywiście, jak się już pewnie zdążyliście zorientować po ocenie w stopce - gra jest cudowna, warta zakupu i zjawiskowa, ale… ale to tylko cudowna, warta zakupu i zjawiskowa gra. O co chodzi?

Tu byle malarz uliczny wyjaśnia fenomen PiSu. Dziś proces jest w toku.

Wcielamy się w postać Niny Kalenkowej - zamieszkałej na terenie Niemiec mechanik, której nie można zarzucić wąskich horyzontów - ma na tyle chłonny umysł, że potrafi powiedzieć dwa zdania dosłownie na każdy temat, a czasem nawet rzuci niezłym dowcipem. Poznajemy ją w chwili, gdy wpada do biura ojca i dowiaduje się, że doktor Kalenkow został dosłownie chwilę temu uprowadzony. Policja oczywiście ma całe zajście w nosie, zaś sprawa wydaje się naprawdę niebezpieczna. Co gorsza - na miejscu szybko zaczyna węszyć bardzo nieuprzejmy i bardzo niesympatyczny detektyw. Bez chwili wahania ruda piękność rusza śladami zaginionego ojca, krok po kroku odkrywając jego tajemniczą przeszłość i dokonania. Motyw rodem z Syberii i bardzo dobrze, bo jeśli się wzorować - to tylko na najlepszych. Fabuła stanowi niezłą układankę - kolejne elementy dopiero na końcu tworzą w miarę spójną i logiczną całość. Zarazem jednak scenariusz nie należy do specjalnie finezyjnych - o ile główny wątek jest naprawdę ciekawy i wart pochwały (całość ma związek z legendarną już Katastrofą Tunguską z 1908 roku), o tyle pozostałe… cóż - nieco to płytkie. Weźmy na tapetę choćby związek Niny z pracownikiem muzeum - Maxem, który pomaga nam podczas wędrówki. Zamieniają ze sobą kilka słów, współpracują, ale… cóż - nie nadano temu jakiejś wiarygodności, ni z tego, ni z owego dowiadujemy się, że parka ma się ku sobie, choć ich relacje przypominały stosunki kasjera w urzędzie i atrakcyjnej pani wypełniającej formularz - zero jaj, zupełnie nic nie iskrzy. Właściwie w Tungusce w ogóle brak postaci specjalnie wyrazistych, ale być może po części to wina fatalnej lokalizacji, o której jeszcze z pewnością wspomnę.

Przez lwią część gry pokierujemy Niną, która z charakterystycznym sobie wdziękiem i błyskotliwością dostanie się ropociągu strzeżonego lepiej niż złoto fortu Knox, odnajdzie zbiega z szpitala dla obłąkanych, rozwiąże niejedną łamigłówkę i udowodni, że Hercules Poirot i Jack Orlando nie byli w połowie tak zdolni jak ona sama. Niekiedy wcielimy się również w Maxa, choć w tym wypadku możemy jak w takim Day of the Tentacle - po kliknięciu na stosowną ikonę "przerzucić" się z powrotem na Ninę, ponieważ parka swe działania wykonuje, mniej więcej - równolegle. Poza tym standard - ładne, prerenderowane tła, interfejs typu point & click no i jedna, ciekawa nowalijka. Po wybraniu odpowiedniej opcji - wszystkie zdatne do użycia przedmioty zostają podświetlone, co oznacza jedno - koniec polowania na piksele. Wygodne i praktyczne - życzyłbym sobie, aby programiści stosowali taki zabieg częściej.

Niektórzy nie potrafią odpowiednio zinterpretować maminych słów: wysoko zajdziesz.

Zagadki są zaskakująco… logiczne. Co prawda gromadzimy naprawdę dużo komponentów, ale ich przeznaczenie jest równie jasne, jak kurwiki w oczach Renaty. Rzadko, bo rzadko, ale niekiedy natrafiamy na jakieś przesuwanki, które jednak również nie stanowią większego wyzwania. Jeżeli łamigłówka prezentuje poziom wymagający czegoś więcej niż zdolności kojarzenia faktów i w miarę logicznego myślenia - w dzienniku prowadzonym przez Kalenkową natychmiast pojawia się naprowadzająca nas na właściwe tory wskazówka. Gra jest jednak tak prosta, że… system podpowiedzi zauważyłem w zasadzie dopiero na jej końcu - nie ma potrzeby sięgania po solucje. Problem miałem jedynie w jednym fragmencie (otwarcie sejfu w pociągu na Syberię przypomina jedzenie zupy widelcem), ba, przyśnił mi się on po kilku próbach rozwikłania zagadki, ale jakoś i przez to (z trudem) przebrnąłem.

Zadowalająco prezentuje się oprawa - co prawda muzyki się niemal nie zauważa (co można potraktować również jako zaletę - idealnie wpasowuje się ona w całą układankę), ale grafika robi bardzo przyzwoite wrażenie. Postaci są na pewno charakterystyczne, zaś prerenderowane tła, choć do sokalowskich jednak brakuje im kilku długości, dają radę naprawdę nieźle. Interesująco wyglądają efekty pogodowe - śnieg, czy deszcz. Jedno trzeba przyznać - każda lokacja ma swój specyficzny i ulotny styl.

Inny świat? Tylko gdzie szafa?

Aby jednak nie było zupełnie dobrze, największą, pozbawiającą grę tak, na oko, jednego oczka jest lokalizacja. Zaskoczeni? Gdy za przekład przygodówki brała się Cenega - zazwyczaj można było być o efekt końcowy spokojnym. Sytuacja zaczęła się ostatnio nieco psuć. Przy recenzowanym niedawno Paradise narzekałem na to, że powinno się dokonać kilku zmian w ekipie aktorskiej, bo głosy weteranów polonizacji są dla miłośników przygodówek, po prostu, zbyt często słyszalne. Posłano więc wszystkich na urlop, ale aktorzy, którzy użyczyli głosów tym razem są fatalni i to w sposób trudny do opisania. Nina brzmi jeszcze sympatycznie i ciepło, choć czasem ma się wrażenie, jakby mówiąc opowiadała bajkę dzieciom w przedszkolu. Zbyt ekscytuje się pewnymi sytuacjami, przesadza. Komiczny (ale raczej dlatego, że żałosny) efekt udało się uzyskać aktorce, gdy Kalenkowa przemawia pod wpływem alkoholu. Resztę zaangażowanych w projekt osób należałoby kopnąć z całej siły w zadki. Max mówi z apatią pracownika biura skarg i zażaleń z czterdziestoletnim stażem, ba - zdecydowana część ekipy przemawia z podobną "pasją". Szare masy - beznadziejna intonacja i słaba siła przebicia. Jak to jest, że głos Oskara z Syberii, czy Kruka z Dreamfalla wciąż potrafiłbym odtworzyć w pamięci, a to samo mogę w przypadku Tunguski powiedzieć jedynie o głównej bohaterce? O drobnych rozbieżnościach tekstu z wymawianymi kwestiami i kilku literówkach nie warto w takiej sytuacji nawet wspominać. Całość ratuje niska cena i przyzwoite wydanie (khem… ładne pudełko).

Tajne Akta to przygodówka warta uwagi. Pomimo jednej ze słabszych lokalizacji Cenegi ostatnich miesięcy, słabo zarysowanych sylwetek bohaterów, którzy nie wyróżniają się niczym spośród setek podobnych - to naprawdę dobry i trzymający w napięciu film sensacyjny. Brakuje jednak jakiegoś przesłania, głębszej myśli i szlifu kilku wątków fabularnych. Jeżeli szukasz pomysłu na prezent dla znajomego - może warto pozbyć się uwierającego kieszeń banknotu?

Być może chatka nie z piernika, ale Baba Jaga spali się jedynie na słońcu.