Była zima. Straszliwa i mroźna, nie znająca litości dla natury. Zabijała wszystko co stanęło na jej drodze, nawet niewinnych. Drzewa spękane chyliły się ku drogom. Wiszące na nich trupy delikatnie się ruszały trąc kończynami o traktat. Oblodzone drogi nagle zaczęły delikatnie drżeć w jednostajnym tempie. Konary drzew jęczały w bólu, liny wisielców czekały tylko aż pękną by nie znosić dłużej tego ciężaru. Sami skazani w niebie modlili się, aby ich ciała roztrzaskały się o podłoże i nikt nie pamiętał o ich hańbie. Jedno ciało spadło ku uciesze duszy spoczywającej, inne zaczęły się wić w nienawiści. Młody jeździec popędził koło tej zbiorowej szubienicy jakby goniony strachem. Kryształki lodu wzbiły się za nim osiadając delikatnie na ciałach. kaptur zasunięty głęboko na głowę zasłaniał jego głębokie oczy. Nie bał się śmierci, ale panikował przed strachem.

***

Stał na rozstaju. Dławiła go myśl o przyszłości i swoim życiu. Mógł osiągnąć wiele, ale nie miał kto nim pokierować. Wychowywany przez matkę nienawidził swego ojca. Przez wielu uważany za wyrzutka, odrzucany i niechciany zawsze starał pokazać się, że stać go na wszystko. Tak też było w istocie.

***

- Dałem Ci wcześniej szansę. Nie wykorzystałeś jej. Mam nadzieję, że teraz masz więcej rozumu w głowie i nie będziesz kąsał ręki, która chce Ci pomóc Szariku.

- Nigdy nie kąsałem, jedynie pokazywałem moje niezadowolenie. Widać nie jesteś Panie na tyle dorosły, aby zrozumieć potrzeby innych.

- Dość tego głupcze. Potrzebujemy Cię, ale nie będę się przed Tobą płaszczył. Masz dwa dni na zastanowienie się.

Spojrzał rozmówcy w oczy. Ten jakby gubił się w jego szarych źrenicach, zdzierał paznokcie o mury studni z której chciał się wydostać. Jak zwierzyna w sidłach tracił tylko siły. Im bardziej się szamotał, tym głębiej wpadał w nieokiełznane czeluści. Szarik obrócił się i wyszedł powolnym krokiem. Przy drzwiach izby delikatnie poprawił swoją XIII wieczną katanę. Była ona pamiątką ukochaną i znienawidzoną zarazem...

- Cóż za bezduszny człowiek. Jego oczy jak Tartar gdzie wyją po dziś dzień sturęcy i Kronos z ojcem. Żeby i on tam wpadł, bo inaczej wszystkimi zawładnie.