1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Sweeney Todd: Demoniczny Golibroda z Fleet Street

Nareszcie! 22. lutego 2008 na ekrany polskich kin weszła produkcja, na którą z wytęsknieniem czekała połowa filmowego świata. Produkcje Tima Burtona mają to do siebie, że albo się je kocha, albo nienawidzi - zawsze jednak wydają się oryginalnymi i wyjątkowo interesującymi punktami na filmowej mapie świata.

"Sweeney Todd" wzbudzał silne emocje u każdego fana Burtona już od pierwszych informacji na temat produkcji. Po pierwsze - okazało się, że będzie to musical. Johnny Depp śpiewający urocze piosenki w przerwach między podrzynaniem kolejnych gardeł? Brzmi wyjątkowo groteskowo, czyli jak by nie patrzeć - w stylu Burtona. Po drugie - gdzie do cholery jest Danny Elfman? Jasne, że to Stephen Sondheim jest autorem muzyki do broadwayowskiego oryginału, ale dotąd wszystkie produkcje reżysera z Burbank, gdzie muzyka grała pierwszoplanową rolę (czyli np. "Miasteczko Halloween", "Gnijąca Panna Młoda", "Charlie i Fabryka Czekolady") nie mogły się obyć bez kompozycji pana Elfmana. Najważniejsza jednak była obsada - a ta przedstawia się kapitalnie. Genialny Johnny Depp (swoją drogą - nominacja do Oscara + Złoty Glob za tę rolę) i świetna Helena Bonham Carter to już gwarancja doskonałego filmu.

Nadzienie zrobimy z księdza

Fabuła prezentuje się groteskowo i w zasadzie nie jest przesadnie skomplikowana; nie trzyma też w niepewności do końca. Za to świat został tak wykreowany, że makabra w nim przedstawiona nie pozwala oderwać oczu.

Otóż do wiktoriańskiego Londynu, po ucieczce z zesłania, wraca Benjamin Barker. Utalentowany golibroda miał pecha ożenić się z piękną Lucy, która jednak bardzo spodobała się bezlitosnemu sędziemu Turpinowi (w tej roli niepokojąco przekonujący Alan Rickman). Turpin postanowił skazać Benjamina na przymusową emigrację, by utorować sobie drogę do Lucy i jej córki. Gdy Barker, jako Sweeney Todd, pojawia się w Londynie, kieruje się prosto do miejsca, gdzie niegdyś mieszkał - teraz znajduje się tu mocno niepopularna ciastkarnia pani Lovett. Gdy dowiaduje się, że jego żona nie żyje, a córka przetrzymywana jest przez Turpina, poprzysięga sędziemu krwawą zemstę, którą zada srebrną brzytwą - i zamierza iść do celu po trupach… dosłownie (a owe trupy zostaną rychło wykorzystane przez właścicielkę cukierni do makabrycznych ciasteczek). Nie wie jednak, że Lovett nie mówi mu całej prawdy…

Krew leje się gęsto, aczkolwiek makabra pokazana jest w sposób tak groteskowy, że trudno odnosić się do filmu jako realistycznego thrillera. To nie jest film dla wszystkich - jestem nawet gotów stwierdzić, że przeznaczony jest tylko dla fanów Tima Burtona. Dawka czarnego humoru, charakterystyczne podejście reżysera do tematu śmierci (co poniekąd łączy się ze wspomnianym humorem), no i przede wszystkim nieco gotycki, mroczny klimat obrazu to połączenie, które może okazać się całkowicie niezrozumiałe dla ludzi pierwszy raz stykających się z twórczością autora "Gnijącej Panny Młodej". Poza tym, wszędobylska groteska, umowność, deformacja wykreowanego świata - Burtona trzeba znać i lubić, inaczej "Sweeney Todd" będzie tylko niestrawną ciekawostką.

Zapraszam na golenie, ostatnie w waszym życiu

Umówmy się więc, że dalej czytają tylko fani reżysera, całą resztę zapraszam lepiej na seans "PS. Kocham Cię" czy jakiegoś innego lekkostrawnego chłamu.

OK, rozumiem że zostali sami miłośnicy Tima Burtona. W takim razie nie będę przedłużał - do kin, ale to już! "Sweeney Todd" jest filmem absolutnie znakomitym, dopracowanym w każdym szczególe. Od gry aktorskiej, przez piosenki, po znakomite zdjęcia, scenografię i kostiumy - wszystko stoi na najwyższym poziomie i powoduje efekt, jaki ostatni raz miałem może przy okazji "Edwarda Nożycorękiego" - totalne zamroczenie, połączone z permanentnym opadem szczęki i niemym zachwytem.

No proszę się nie denerwować, zabieg będzie dokładny i szybki

Kilka scen jest absolutnie genialnych i zostaje w pamięci na długo. Wyobraźcie sobie Johnny'ego Deppa, kiedy z tęsknotą wygląda przez okno, śpiewając melancholijnym głosem o swojej córce… jednocześnie mordując kolejnych londyńczyków, którzy nieświadomi siadają na fotelu w jego zakładzie. Chore? No jasne, przecież na to wszyscy czekaliśmy! Bezbłędna jest też scena, kiedy Sweeney razem z panią Lovett tańczą sobie i przez okna ciastkarni wyliczają, kto by się tu nadawał najlepiej na farsz do mięsnych ciastek. Szczególnie kiedy taniec i motyw muzyczny zostają sparafrazowane w tragicznym finale (zdradzę tylko, że jest krwawo i widowiskowo).

Sweeney Todd

Gra aktorska jest znakomita. Johnny Depp wygląda tak, jak na zmaltretowanego życiem psychopatę przystało. No i niby zmniejszył populację Londynu gdzieś o połowę, ale mimo wszystko osobiście kibicowałem mu, by dokonał wyczekiwanej zemsty. Szkoda, że w szale pomsty dokonał również czegoś, czego zapewne do końca życia sobie nie wybaczył.

Można złośliwie mówić, że Burton angażuje swoją żonę do każdego projektu po znajomości, ale prawda jest taka, że Helena Bonham Carter jest znakomitą aktorką. Pasuje do roli tajemniczej, zakochanej w Sweeneyu właścicielki makabrycznego interesu idealnie - na początku wygląda dość żałośnie w zapuszczonej ciastkarni, z czasem okazuje się, że udział w masowych morderstwa wcale nie wywołuje u niej żadnych wyrzutów sumienia. Ma je przez moment, kiedy musi postawić na szali utrzymanie tajemnicy lub życie przygarniętego chłopca (świetny młody Ed Sanders).

Najbardziej ciekawił mnie jednak udział w produkcji Sachy Barona Cohena. Wcielił się w postać Adolfo Pirelliego, golibrody, samozwańczego mistrza swojego fachu i wypadł fantastycznie, wzbudzając uśmiech zarówno swoją powierzchownością, jak i zabawnym akcentem oraz piosenkami, które wykonał w stylu rap (ponoć Sacha nie bardzo sobie radził z górnymi partiami). Oczywiście Burton nie byłby sobą, gdyby tego komicznego epizodu nie wyeliminował w pewnym momencie w możliwie widowiskowy i zaskakujący sposób.

Cała reszta aktorów również spisała się doskonale: Alan Rickman budzi respekt już samym basowym głosem, Timothy Spall w roli prawej ręki Turpina jest antypatyczny i od pierwszych scen zacząłem odliczać minuty, kiedy Sweeney wreszcie raczy go zlikwidować, a zakochani - Johanna (Jayne Wisener) i Anthony (Jamie Campbell Bower) - są na tyle sympatyczni i niewinni, że nadają trochę ludzkich odcieni szarości, jaka wylewa się z każdego zakątka filmowego Londynu. Poza tym oboje nie odznaczają się szczególną urodą, a ich barwa głosu może wyłącznie irytować. Czyżby więc kpina Burtona z kanonu młodych, pięknych i zakochanych?

Cmok dla ponuraka

W zasadzie problem dla widza stanowi jednoznaczne stwierdzenie, komu tu właściwie kibicować. W każdym filmie jest przynajmniej jeden bohater, który jeśli nie jest jednoznacznie postacią pozytywną, to przynajmniej ma jakiś słuszny cel do zrealizowania. A w "Sweeney Todd"? Sweeney morduje z zimną krwią tłumy Londyńczyków, Lovett robi z nich ciastka, Turpin i Bamford są wzorem nieuczciwej władzy, Anthony i Johanna większej roli nie odgrywają (nawet nie wiadomo, co się z nimi w końcu stało, bo zostają całkowicie pominięci w zakończeniu), a Tobey w końcu też popełnia zbrodnię… Witamy w krwawym świecie Burtona.

Reżyser jednak sprawnie operuje kontrastami - w opozycji do moralnego zepsucia mieszkańców i ogólnego syfu wiktoriańskiego Londynu, pojawiają się sielankowe wspomnienia Sweeneya czy idylliczne snucie marzeń Lovett o wspólnym pożyciu w jakimś nadmorskim kurorcie. Nie sposób też nie zauważyć, że cała fabuła oparta jest na typowo bajkowym schemacie - akcję napędzają urokliwe piosenki śpiewane przez bohaterów, portrety psychologiczne nie są zbyt skomplikowane, a zło mimo wszystko zostaje ukarane.

Jeśli jeszcze ktoś to czyta, to powtarzam - "Sweeney Todd" jest znakomitym obrazem, zachwycającym klimatem, grą aktorską, muzyką, a także cała wizualną otoczką (scenografia i kostiumy nominowane do Oscara), w tym pracą kamery, za co odpowiadał Dariusz Wolski. Miłośnicy Tima Burtona znajdą tu wszystko, czym reżyser zdołał już zapewne zaskarbić sobie ich sympatię - groteskowo ukazany świat, sporo czarnego humoru i typowo burtonowską estetykę. Arcydzieło.