Niezbyt zamierzchła historia kinematografii udowodniła, że amerykański stereotyp komedii zaczyna kompletnie widzów nużyć. Ciągle powtarzane schematy przestają bawić nawet przeciętną publikę, przychodzącą do kina tylko po to, by rozluźnić stargane nerwy. Nic w tym dziwnego, skoro po ogromnym sukcesie "American Pie" filmowcy zdecydowali się na utrzymywanie kolejnych produkcji w podobnej konwencji. Wszystko się zmieniło, gdy "40-letni prawiczek" zawojował w światowych box office'ach. Twórcy i producenci tego rewolucyjnego obrazu połączyli siły i rozpoczęli krucjatę przeciw głupocie amerykańskiej komedii, chcąc ją kompletnie odnowić. Najpierw była "Wpadka", a teraz przyszła pora na "Supersamca".

Evan i Seth chodzą razem do liceum. Już od pierwszej klasy są najlepszymi przyjaciółmi i wolny czas spędzają razem. Zbliża się jednak nieuchronny koniec licealnego szaleństwa, a główni bohaterowie wybierają dwie różne uczelnie do kontynuowania nauki. Ostatnie wspólne chwile postanawiają spędzić razem i wybierają się na szaloną imprezę organizowaną przez byłą dziewczynę Setha. Jest to ostatnia impreza w liceum, więc Evan i Seth myślą tylko o tym, aby upić się do nieprzytomności i stracić dziewictwo z dziewczynami, w których się podkochują. Czy ich cele zostaną w pełni zrealizowane?

Supersamiec

Producent wykonawczy "Wpadki" (Evan Goldberg) oraz odtwórca głównej roli w tym samym filmie (Seth Rogen) postanowili połączyć siły i napisać scenariusz młodzieżowej komedii o podłożu seksualnym. Tym samym ich zamierzeniem była detronizacja serii "American Pie" i stworzenie filmu, którego dawno już nie było. Zaangażowanie oraz przekonująca rola Setha Rogena zarówno w "40-letnim prawiczku", jak i we "Wpadce" sugerują, że ta sztuka mogła się udać (szczególnie, że Ameryka wprost oszalała na punkcie komicznego talentu Rogena).

Supersamiec

Panowie odpowiedzialni za "Supersamca" mogą sobie pogratulować, gdyż udało im się. Kolejny ich wspólny film stał się wyjątkowo zabawną komedią, którą można by zanalizować pod względem dwóch płaszczyzn. Pierwsza z nich to humor werbalny. Amerykanie kończący naukę w liceum mają zaledwie 16 lat, a ich język obfituje w bujną łacinę podwórkową (ze strony męskiej) oraz w zestaw uwodzicielskich stwierdzeń (zarówno ze strony męskiej, jak i żeńskiej). W dodatku pomiędzy głównymi bohaterami dochodzi do wielu kłótni i sarkastycznej wymiany zdań. Większość dialogów jest dosyć wulgarna i często wywołuje lekki niesmak, ale ma to swoje wytłumaczenie w późniejszych scenach. Druga płaszczyzna to humor sytuacyjny, który stoi na lepszym poziomie (chociaż nie występuje zbyt często). Film nie wykorzystuje pozbawionych emocji aktów seksualnych jako katalizatora salw śmiechu (więc o szarlotce nie ma mowy!), ale stara się bawić wydarzeniami, dziejącymi się przed osiągnięciem wyznaczonego celu. Wiele scen jest przepełnionych absurdem i dosyć często zauważamy infantylność w zachowaniu poszczególnych bohaterów (jak na przykład u pary policjantów, patrolujących osiedle), ale - o dziwo - te sytuacje rzeczywiście bawią. Autorzy rzadko oferują nam typowy slapstick, lecz stwarzają wiele niespodziewanych akcji, zahaczających o standardy amerykańskiego humoru.

Supersamiecs

Co więc sprawia, że "Supersamiec" jest śmieszny? Obraz Grega Mottolii jest bardzo dobrą satyrą na współczesnych amerykańskich nastolatków. W końcu obala mity nie tylko utraty dziewictwa przed ukończeniem szkoły średniej czy zabawy na ostatniej uczniowskiej licealnej balandze, ale przede wszystkim rzadko poruszany temat tabu prawdziwej męskiej przyjaźni. Cieszy również fakt, że aktorzy odgrywający najważniejsze role nie są zabójczo przystojni, tylko wyglądają przeciętnie. Główni bohaterowie to kudłaty grubasek, lalusiowaty kujon i niewyżyty seksualnie okularnik-krętacz, a ich dziewczyny nie są umalowanymi blond modelkami, a zwykłymi dziewczynami. Dzięki temu cała fabuła (nieważne jak pokręcona by była) prezentuje się naturalnie. Nawet gdy oglądamy wyczyny dwójki dziecinnych policjantów, stwierdzamy, że ich zadanie nie polega tylko na "pilnowaniu porządku", ale również na przekazaniu informacji, że stróż prawa to też człowiek.

Supersamiec

Mimo to, niektórzy mogą nie odczuć pełnej satysfakcji po zakończeniu seansu. Amerykanie pokochali świeższe podejście do komercyjnej komedii młodzieżowej, ale dla polskiego widza wszechobecna ironia, mocny język oraz proporcja "mniej akcji, więcej rozmowy" może nie być zadowalająca. Jacek Żakowski w jednym ze swoich felietonów, umieszczonych w magazynie FILM stwierdził, że dialogi są motorem napędowym amerykańskiego kina i po nich można ocenić, czy film pozostawi ślad w pamięci widza. "Supersamiec" znajdzie się więc w grupie przegadanych komedii i wraz z "40-letnim prawiczkiem" oraz "Wpadką" zostanie odnotowany w historii kinematografii jako udana reaktywacja amerykańskiej komedii. Dla Polaków obraz może być jedynie ciekawą rozrywką na jeden wieczór, ale miana kultowego nie zyska. Z resztą, już dawno zszedł z pierwszej dziesiątki polskiego box office'u.