"Bracia" Wachowscy chwile triumfu mają już za sobą. Trylogia Matrixa przyniosła im wielomilionowe dochody, co sprawiło, że mogli kupić jakąś wyspę i ze spokojem żyć sobie do końca ziemskiego bytu. Lecz Andy i Larry postanowili inaczej: wpasowując się w trend klepnęli kolejny film familijny, w którym dobro wygrywa ze złem, a wszystko kończy się dobrze. Jednak pozostaje wielki żal, że polecieli na kasę. To widać, słychać i czuć.

Film opowiada historię Speeda Racera, kierowcy wyścigowego w futurystycznych zawodach klasy T-180. Nad wielce utalentowanym chłopakiem krąży jednak widmo brata, który zginął w wypadku podczas rajdu Casa Cristo. Widząc ambicje chłopca z wizytą w domu Speeda zjawia się Arnold Royalton, prezes firmy Royalton Industries, proponujący mu lukratywny kontrakt w zamian za jazdę pod szyldem stajni. Gdy Speed odrzuca propozycję, Royalton poprzysięga zemstę. Najbliższa okazja do jej wykonania przypada na wyścig, w którym wcześniej zginął Rex, brat bohatera. Jeśli Speed zwycięży - rodzinna firma jego ojca, Racer Motors, będzie istniała dalej, a Royalton będzie ścigany za ustawianie wyników. Jeśli nie - to koniec zarówno jego kariery, jak i plajta firmy. W wypełnieniu celu pomoże mu Racer-X, z którym Speed będzie ścigał się przez bezdroża pustyni, wysokie, ośnieżone góry i walczył z wrogami na usługach Arnolda.

Nieodparte uczucie pędu…

Brzmi to wszystko bardzo fajnie, jednak co z tego, skoro na ekranie oglądamy cukierkowaty kicz. Matrix imponował liczbą i jakością efektów specjalnych, w tym filmie ich masa po prostu przeraża. Jedyną oazą spokoju jest dom rodziny Racerów, reszta to skomputeryzowane lokacje, w których można się pogubić, szczególnie gdy dominują jaskrawe kolorki. Wiele razy miałem wrażenie, że twórcy specjalnie przyozdobili swoje dzieło efektami, aby ukryć płyciznę fabularną Speed Racera (o tym za chwilę). Wachowscy chcieli wypuścić spektakularny film, ale z tą widowiskowością zdecydowanie przesadzili.

Diablica w różowym?

Akcja filmu rozwija się w tempie poruszania się ślimaka winniczka. Śniadanie w domu, rozmowa, ponoć zabawne sytuacje z udziałem Spritle'a i małpy, rozmowa i tak w kółko. Film robi się jako tako dynamiczny dopiero w końcówce, co jednak nie wynagradza wcześniejszych półtoragodzinnych męczarni, bo film trwa prawie 140 minut! Fabuła to typowa walka dobra ze złem, z której zwycięskie wychodzi jak zawsze to pierwsze. Jedynym godnym uwagi wątkiem jest historia Rexa, która kończy się zaskakującym zwrotem akcji.

Róż, róż, widzę róż!

Obsada aktorska to same głośne nazwiska. Przecież tacy artyści jak John Goodman, Christina Ricci czy Susan Sarandon to pierwsza liga hollywoodzka. Jednak tutaj doskonale wpisali się w obraz całego filmu: grają po prostu słabo. Postacie przez nich odgrywane są bez wyrazu, no może poza Speedem (Emile Hirsch) i Popsem, w którego wcielił się Goodman. Reszta nie prezentuje nic ciekawego. To kolejny przykład na to, że nazwiska nie ukazują faktycznej jakości filmu.

Polski dubbing wypadł źle. Już nie chcę dobijać leżącego, ale jak słyszę beznamiętnie wygłaszane kwestie przez takich aktorów jak Mirosław Zbrojewicz czy Magdalena Różczka, to aż się nóż w kieszeni otwiera. Na papierze plejada gwiazd polskiego kina, a wydawać by się mogło, że słuchamy amatorów podkładających glosy w różnych internetowych produkcjach.

Przyszłościowy sprzęt, nie ma co!

Speed Racer to film dla nie wiadomo kogo. Małe dzieci nie zrozumieją, o co w nim chodzi. Nastolatkowie oślepną od efektów specjalnych, a opowiadana historia może nie przypaść im do gustu. Dorośli nie mają czego szukać. Ten film jest zły pod każdy względem. Nawet polski dubbing, zazwyczaj deska ratunkowa familijnych produkcji, okazał się gwoździem do trumny. Polecam tylko masochistom. Na miejscu Wachowskich spaliłbym się ze wstydu i schował w bunkrze na następne kilka lat. Totalny kicz.