Tzw. hack & slashe to kolejny obok przygodówek gatunek, który zdaje się nie przejmować błyskawicznym rozwojem cywilizacyjnym w ostatnich latach i ostatnio można zauważyć ich całkiem niemałą reprezentację. Nawet jeśli jakość większości z nich jest dyskusyjna.

Wirus szeroko pojętego oldskulu objął także studio Gas Powered Games, twórcy niewiele mniej staroszkolnych tytułów jak seria Dungeon Siege. Co jak co, ale na grach spod znaku 'siecz i rąb' to się chłopaki znają. Toteż czekałem z niecierpliwością na premierę tego cudeńka, zaślepiony obiecanym czy to wyobrażonym przeze mnie samego w miarę otwartym środowiskiem przypominającym Diablo, sporą liczbą NPC-ów, a więc także i misji pobocznych, pukawkami nie z tej Ziemi, w ogóle cyc malina. Ta, a Duke Nukem Forever wyjdzie przed usunięciem Listkiewicza z PZPN.

Space Siege

Historia zaczyna się równie banalnie co w pierwszym Dungeon Siege - w XXII wieku ludzkość dosięgnęła gwiazd, ziew. Okrutna rasa Keraków dokonała wtedy inwazji na Ziemię, zieew. Zniszczyła niebieską planetę, jednak kilku statkom kolonizacyjnym udało się uciec, zieeew. Oczywiście, z tych wszystkich pozostał tylko ten jeden, jedyny, gdzie przebywa na dzielny gieroj, inżynier bojowy Seth Walker, zieeeew. Jednak spory oddział Keraków zdołał dostać się na statek, a Seth wraz z paroma znajomymi (których wpierw trzeba uratować) został ostatnią nadzieją ludzkości. Ziee(...)eew!

Space Siege

Wybaczcie, że Was usypiam, taka już dola recenzenta. Fabuła jest oklepana jak tyłek blondynki w obskurnej mordowni i nie reprezentuje sobą dosłownie nic, czego już wcześniej cała ludzkość nie widziała. A co z tą "w miarę otwartą strukturą"? Zapomnijcie! Idziemy równiuteńko po sznureczku, od początku do końca. Coś takiego jak poboczne questy nie istnieje (tylko czasami dowiadujemy się o leżących w pobliżu nowych spluwach czy implantach). Co więcej, sam obszar, jaki dane nam będzie eksplorować nie pozwala na zrobienie większego rekonesansu po statku, nawet wspomniane bronie i implanty znajdujemy zwykle nie zbaczając z objętej drogi.

No dobra, Diablo też nie grzeszyło nadmierną nieliniowością, ale grało się naprawdę świetnie. Tu niestety jest o wiele gorzej - do zabawy bardzo szybko wkrada się monotonia i nie odchodzi już do końca. Klasyczny schemat "małe starcie - przerwa - małe starcie - przerwa - większa bitwa" nudzi jak cholera. W mały dawkach jest jeszcze znośnie, ale zapomnijcie o dłuższych posiedzeniach - można doznać urazu szczęki, spowodowanego częstym ziewaniem. Szczególnie że gra jest stosunkowo prosta - głównie dlatego, że punkty zapisu, w których możemy uzupełnić zdrówko i zapasy (granaty, sondy, etc.), są rozlokowane dość gęsto, zwykle po kilka na poziom.

Space Siege

Sama walka (nie tylko z Kerakami, ale i z cyborgami) niespecjalnie rajcuje. Wszystko sprowadza się do w miarę umiejętnego łączenia możliwości trzymanej w rękach pukawki, zdolności bohatera - wykorzystywania wspomnianych granatów, sond bojowych, tarczy ochronnej i takich umiejętności jak np. pociski zapalające, których część zużywa energię, odpowiednik many - a także uników. Wszystko pięknie, ładnie, tyle że w rozgrywkę skutecznie utrudnia niemożność zmiany obłożenia klawiszy. To dostępne nie jest wprawdzie tragiczne, ale bardzo niewygodne jest korzystanie ze zdolności. Można je przypisać klawiszom 1-0 i F1-F8, co w połączeniu z koniecznością trzymania palca na klawiszu E odpowiedzialnym za unik jest co najmniej irytujące. Szkoda też, że nie można sterować postacią z pomocą klawiatury, byłoby jeszcze ciekawiej.

Space Siege

Niestety, elementy gry akcji zdecydowanie tutaj kuleją, nieco lepiej zaś sprawa się ma z elementami RPG. Brak tu typowego zdobywania doświadczenia na zabitych wrogach i osiągania kolejnych poziomów, po prostu co jakiś czas otrzymujemy dwa punkty do wykorzystania w dwóch drzewkach umiejętności - walki i inżynierii. Niektóre z nich potrafią być naprawdę interesujące, jednak te najlepsze osiągnąć jest bardzo ciężko, bo mają nieco zbyt wysokie wymagania (30 punktów zainwestowane w inżynierię, 90% człowieczeństwa czy odpowiednie wszczepy).

A co do tych ostatnich - są one bardziej przereklamowane, niż można by wywnioskować z innych czytanych przeze mnie recenzji. Twórcy zapowiadali, że będzie to istotny element rozgrywki, bo choć implanty dają duże korzyści w walce, wpływają na nasze relacje z postaciami niezależnymi, w końcu inaczej traktuje się człowieka z krwi i kości, a inaczej blaszaną puszkę, w którą można się przemienić. Po pierwsze - te postacie i tak można policzyć palcach lewej stopy Stalina. Po drugie - one wcale nie są nam do szczęścia potrzebne. Ja np. ograniczyłem się jedynie do cybernetycznej ręki, choć zainstalowałem ją bardziej z ciekawości niż z konieczności, tak więc zachowanie człowieczeństwa to bułka ze smalcem.

Oprócz swego ciała możemy także ulepszać pancerz, broń (jest ich 8, niestety wszystkie niezbyt się różniące od siebie) oraz robota HR-V towarzyszącego nam mniej więcej od początku. Jest on nieocenionym pomocnikiem walczącym u naszego boku. Głównie dlatego, że odciąga on uwagę części przeciwników, nie musimy więc marnować zbyt wiele apteczek, zaś sam Harvi może się regenerować nawet w czasie potyczki, jeśli zużyjemy na to część energii. Co ciekawe, na te ulepszenia wykorzystujemy części naprawcze, walające się tu i ówdzie oraz "wypadające" z pokonanych wrogów. Na szczęście nie zbieramy pojedynczo każdej śrubki, wystarczy wcisnąć Z, by zebrać żelastwo leżące niedaleko bohatera.

Space Siege

Żeby to chociaż dobrze wyglądało, z pewnością Space Siege mógłby liczyć na lepsze wyniki sprzedaży i bardziej pochlebne opinie. Ale znowu: "nie tym razem". Tekstury są rozmazane, modele niezbyt szczegółowe, efekty specjalne wyglądają cokolwiek niespecjalne, a otoczenie jest biedne jak Islandia po niedawnym kryzysie. Do tego swojego gieroja oglądamy tylko z dwóch perspektyw - bliższej lub dalszej, podczas gdy przydałaby się kolejna - jeszcze dalsza. Oprawa audio jest już zdecydowanie poziom lub dwa wyżej - całkiem przyjemna muzyka w tle, dobrze dobrane głosy postaci i nieodstające raczej od norm odgłosy pola bitwy. Na plus można też zaliczyć porządnie wykonaną polonizację.

Te wszystkie wymienione wyżej wady można by jakoś wybaczyć, ale zawsze będę wypominał studiu GPG jedno - płaski jak naleśnik klimat. Emocje jakie towarzyszyły rozgrywce ograniczały się do złości na sterowanie i monotonię Space Siege, nie czułem zaś ani przez chwilę, że za rogiem może czyhać na mnie oddział obcych, który przy odrobinie pecha zetrze mnie na miazgę. Pod tym względem o niebo lepiej wypada nawet Shadowgrounds Survivor, opisywany przeze mnie jakiś czas temu. Miał też lepszą grafikę i tamta gra dała mi więcej frajdy. Tak więc rachunek jest prosty - 100 złotych za tytuł gorszy od budżetówki? Zapomnijcie!