Najlepsza powieść francuska 2005 roku pióra Pierre Peju, zdobywczyni paru liczących się nagród... No i ta okładka... Dwie dziecięce główki w listowiu... Jakby twarze małych trupów. "Śmiech Ogra" obiecuje klimaty na miarę powieści Koontza czy "Króla Stefana". Niestety - albo i stety - powieść rozwija się w innych obszarach, tym samym czytelnicy szukający "taniej podniety" serwowanej w nachalny i wręcz oczywisty sposób (vide wszystkie próby uszczknięcia porcji potwornego tortu wymienionych wcześniej klasyków przez mniej znanych pisarzy) książki docenić nie będą umieli. Ale...

Zawsze jest jakieś "ale" - i nie mówię tu o brytyjskim wynalazku, który ma czelność konkurować z piwkiem :D - które tu okazuje się dość interesujące. Po kolei. Zacznijmy od tego, kim jest autor owej powieści - Peju, jak podaje notka biograficzna z okładki, urodzony bla bla bla, znawca romantyzmu niemieckiego (kojarzycie klimaty romantycznej niespełnionej miłości, buntu z odrobiną zła wcielonego, czy mroku w duszy itp., itd.?), filozof po Sorbonie, obecnie szycha w paryskim college'u filozoficznym i redaktor w wydawnictwie Jose Corti. Spłodził parę książek, choć szkic życiowy pokazuje zaledwie dwie najgłośniejsze pozycje. Jak widać, raczej nie jest to materiał na kryminalnego geniusza pióra. Bliżej mu do Eco i "głębszych" treści.

Nawet sama książka niezbyt pasuje do schematycznej szufladki - niby jest element fantastyczny spinający kolejne odsłony historii - mroczna baśń o leśnym potworze (ogr, ale znawca świata eksplorowanego przez Tolkiena raczej by tu mówił o przeklętym drzewie, otrutym złem Encie) mordującym dzieci (stąd okładka i tytuł), ale... No właśnie, nie jest to trzon historii, jedynie alegoryczna przypowieść "na dodatek".

Chyba zbytnio treści nie wyjawię, zważywszy na zamieszczony na okładce opis, gdy wspomnę o niemal "jak dla jakiejś sagi" rozpiętości czasowej kilkudziesięciu lat - 1941 rok i masakra Żydów w Kramaniecku, lata 60-te - Niemcy i Paryż, współczesność. Wszystkie te lata łączy historia rodzin Paula i Clary. Francuski rzeźbiarz i córka lekarza Wehrmachtu - związek "historycznie" skazany na problemy. Niegojąca się blizna wojennych grzechów, żywa, zaprzeczająca "odwiecznej" nienawiści miłość między przedstawicielami rodzin pochodzących z dwu stron "miedzy"... idealny materiał na nieco filozoficzne rozważania. Historia tu przedstawiona jest dosyć prosta, schemat banalny - ona i on, dwie przeciwstawne rodziny, mroczna przeszłość, zakazane uczucia... Całość jest jednak jedynie zaczątkiem analizy ludzkiego umysłu.

Śmiech Ogra

Właśnie owe myśli biegnące jak po sznurku, analiza uśpionego zła i jego natury, niemal na miarę dzieł psychoanalityków, prawie jak we "Władcy Much" Goldinga, jest najważniejszym motywem książki. Choć historia "zakazanego" związku jest motorem napędowym tej historii, to właśnie wnikliwe dociekania uwarunkowań ludzkich postępków tworzą specyficzną fabułę.

W gruncie rzeczy cieszę się, że na powieść natrafiłem - większa część książek bardziej filozoficznych tyczy się dość lekkich tematów, dużo z nich kręci się koło miłości i tym podobnych tematów. Są często po prostu mało ciekawe :D. Ta tyczy się "zła" i choć motywem przewodnim jest miłość, to właśnie ukrywane z pokolenia na pokolenie mroczne strony duszy, odbijające się echem na kolejnych członkach rodzin niczym tytułowy "śmiech ogra", stanowią przekleństwo przeszłości, z którym nasi bohaterowie muszą się borykać.

Komu więc taka proza się spodoba? Miłośnikom głębszej literatury tak, fanom demonicznych zmagań nie. Lubującym się w wieloaspektowej historii tak, entuzjastom wojennych zmagań "uber-herosów" nie. Czy polecam - w zasadzie tak, choć nie jest to lekka letnia lektura do poduszki, ale bardziej cięższa (choć ledwie 266 stron papieru "toaletowego" z wydawnictwa Sic!), do "przemyślenia" i rozważenia, czemu nas te wszystkie okropne rzeczy wciąż otaczają.