Stalowy pancerz okropnie trzeszczał. On tego nienawidził. Zawsze, gdy poruszali się na tej głębokości miał wrażenie, jakby lada chwila miały się pojawić szczeliny, przez które zacznie wpadać mordercza woda. Nienawidził podróżować tak głęboko… nienawidził tego ciśnienia. Mimo wszystko, znajdowali się na terenie wroga, a wynurzenie to najgorsza rzecz, którą mogli teraz zrobić. Maszynowy Jack Thompson nie miał najmniejszej ochoty stać się padliną dla znienawidzonych przez siebie żółtków. Zwłaszcza, że to on miał nad nimi przewagę. Ich łódź była teraz niezauważalna… była bezszelestnym łowcą.

Silent Hunter to najsławniejsza seria symulatorów łodzi podwodnej, jaka dotychczas pojawiła się na blaszakach. Jej początki to rok 1986 i choć była wydawana wtedy pod zupełnie inną nazwą (Silent Service), w zasadzie nic od tamtego czasu się nie zmieniło. Określenie, że najnowsza część to nadal stary, dobry Silent Hunter jest jak najbardziej na miejscu.

Tym razem teatrem naszych działań będzie Ocean Spokojny, tak dobrze znany fanom z pierwszej odsłony serii. Twórcy odstąpili od niemieckich u-botów na rzecz amerykańskiej flotylli, surowe wybrzeża zamieniły się z kolei w piękne tropikalne wyspy, a zamiast topienia alianckich sił, będziemy pastwić się na Cesarstwie Japońskim. Odmienne klimaty wprowadzają lekki powiew świeżości do serii, choć potajemnie zawsze bardziej kibicowałem niemieckiej technologii.

Zarówno zapaleni gracze, jak i żółtodzioby, powinni odwiedzić akademię, czyli swoisty samouczek. To właśnie w akademii uczymy się stawiać pierwsze kroki w świecie Cichego Łowcy, zaznajamiamy się z interfejsem gry oraz możliwościami naszej łodzi. Na sam koniec sprawdzamy całą naszą wiedzę atakiem na konwój, a kiedy w końcu udaje nam się go przeprowadzić bezproblemowo, najwyższy czas zacząć główną kampanię. A nie obyło się w niej bez nowości…

Zawsze wydawało mi się, że świat Silent Huntera 3 jest duży. Te wszystkie dłużące się patrole czy bezkresne przestrzenie sprawiały odpowiednie wrażenie. Przesiadka na "czwóreczkę" zapewniła mi prawdziwy szok. Świat został po raz kolejny znacznie powiększony. Ba, jest teraz o wiele pełniejszy życia. Spotkanie innych patroli nie jest już tak unikatowym zdarzeniem jak w poprzedniej części, a mowa tutaj zarówno o jednostkach sojuszniczych, jak i wrogich! Ocean cały czas żyje własnym życiem, flotylle przemieszczają się, a Ty i Twoje kochane U.S.A. równie często zmieniacie miejsce działań. Jak zwykle, mamy również możliwość spotkania "cywilnych" statków czy chmary samolotów. Strefa lądowa, choć w zasadzie dla nas niedostępna, również wydaje się w pewien sposób "żywa". Widzimy dużą ilość zabudowań, poruszające się samochody czy widocznych ludzi… Może zabrzmieć to śmiesznie, ale lekkie porównanie w stronę Obliviona czy S.T.A.L.K.E.R`a naprawdę nie jest tutaj tak dużym bluźnierstwem. Niemniej, ogrom świata uznajemy jak najbardziej za plus - w końcu nie ma to jak poruszać się naszym kochanym podwodnikiem wokół "żywego" otoczenia, prawda?

Głównymi założeniami kampanii jest oczywiście pokazanie Japończykom, gdzie jest ich miejsce. Cel prosty jak legendarna już budowa cepa, niemniej samo wykonanie jest o wiele bardziej złożone. Zadania, jakie dostajemy od naczelnych, są bardziej zróżnicowane, niż miało to miejsce w poprzednich częściach. Prócz napadów na konwoje oraz okręty bojowe wroga, możemy również liczyć za misje szpiegowskie, misje ratunkowe, czy misje zwiadowcze. Ba, czasem nasza łódź może pobawić się w małego transportowca, przewożąc naziemne oddziały do jakiegoś konkretnego punktu. Słowem… misje w kampanii Silent Hunter 4 zdecydowanie nie ograniczają się do topienia coraz to kolejnych maszyn wroga. Oczywiście nie znaczy to, że nie możemy pobawić się w łowcę na własna rękę. ZAWSZE możemy zboczyć z wyznaczonego kursu i urządzić sobie polowanie na jednostki wroga. Pamiętajmy tylko o reputacji jaką darzy nas szefostwo. Nieudolne działanie na własną rękę zawsze prowadzi do rychłego końca naszej kampanii. System jest w tym wypadku bezlitosny. Reputację zyskujemy poprzez wykonywanie kolejnych zadań, niszczenie jednostek wroga oraz unikanie uszkodzeń własnej jednostki. Im większa reputacja - tym lepiej. Załoga w naprawdę odczuwalnym stopniu odwzajemnia się nam w zamian za wysoki prestiż, a i dostęp do nowego ekwipunku będzie łatwiejszy.

Oprócz trybu kariery mamy również możliwość rozegrania pojedynczych misji przedstawiających sceny, które na stałe odcisnęły się na kartach historii. Pearl Harbor chociażby się kłania. Jeżeli nie mamy ochoty bawić się z naprawdę długą kampanią, bądź mamy po prostu ochotę na szybką potyczkę, ten tryb jest dla nas jak znalazł. Ciekawym novum jest również muzeum, w którym możemy dokładnie pooglądać wszystkie jednostki, z którymi mamy do czynienia w samej grze. Ostrzegę tylko ignorantów… wiedza zawarta w muzeum naprawdę pomaga podczas rozgrywki! Rozpoznanie okrętu wroga nieraz zdarza się być kluczem do sukcesu.

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy po rozpoczęciu rozgrywki to ogromny skok jakościowy względem poprzednie części. Sam silnik graficzny, chociaż zaledwie zmodyfikowany (ten z Silent Hunter 3) robi kolosalne wrażenie. Co mogę powiedzieć… jeszcze chyba nigdy nie widziałem tak pięknej wody. Gdybyście mogli zobaczyć te wszystkie fale rozbijające się o burty, te pieniące się grzywy, powstałe na skutek pracy turbin… Piękna półprzeźroczystość, załamania cząsteczek światła czy efekt ściekającej wody. No po prostu cudo. A gdybyście widzieli efekt wody, która kapie z peryskopu… to już prawdziwe mistrzostwo! Same modele łodzi (czy to podwodnych, czy tych nieco wyżej) również nabrały większej ilości szczegółów, choć już w poprzedniej części mogliśmy doświadczyć dobrego odwzorowania okrętu. W najnowszej odsłonie zdecydowanie ładniej wyglądają ludzie krzątający się po pokładzie, czy to znajdujący się pod nim, jak i wszelakie oświetlenie związane z morskimi okrętami.

Duże wrażenie zrobił na mnie również model zniszczeń. Gdy torpeda uderzy w statek, widzimy ogromna dziurę, jaką po sobie pozostawia. To jeszcze nic. Chwilę potem jesteśmy świadkami, jak woda napływa przez ów szczelinę w kadłubie, będąc jednocześnie przyczyną zatonięcia statku, które odbywa się kilka chwil potem. Podczas uderzenia jesteśmy w stanie zaobserwować wypadające przedmioty, które znajdowały się wcześniej wewnątrz okrętu. Największe wrażenie i tak wywarł na mnie rozpadający się na dwie części ogromny okręt (ukłon w stronę Titanica), z którego wysypuje się wręcz cała zawartość i unosi się ku powierzchni wody. Sam wrak natomiast, przy akompaniamencie trzasków wyginanej blachy, idzie powoli na dno, tworząc masę bąbelków z tlenem oraz duże fale. Coś pięknego po prostu. Równie pięknie (a może nawet i lepiej) prezentuje się ogień oraz dym unoszący się z wybuchającego wraku. I te tańczące ogniki na wodzie… Dodajmy do tego zachód słońca czy gwieździstą noc i jesteśmy w korsarskim siódmym niebie.

Niestety, za podziwianie tak pięknej grafiki Silent Hunter 4 karze sobie słono zapłacić. Bez 2 gigabajtów RAM`u oraz dobrego… bardzo dobrego procesora czy karty graficznej powyżej 500 złotych nie masz co liczyć na piękne efekty. Nie wiem, czy to wina źle zoptymalizowanego kodu, czy może to ja nie doceniam ogromu pracy silnika graficznego, ale jak na bezkresny ocean z okrętami podwodnymi to wymagania mogłyby być nieco mniejsze… takie moje małe spostrzeżenie.

Interfejs, w porównaniu do grafiki nie uległ tak radykalnym przemianom. Dodano kilka ułatwiających życie opcji, lecz ciężko tutaj mówić o czymś na kształt rewolucji. Dzięki nowemu interfejsowi przejrzyściej widzimy zniszczenia naszej łodzi, łatwiej jest nam nią również sterować. Zmianie uległ również system wacht. Tym razem całą załogę podzielono na trzy części. W praktyce wygląda to tak, ze jedna pracuje, a dwie pozostałe odpoczywają. Jest to o wiele bardziej realne, niźli weterani napędzani magiczną kawą, z którymi mieliśmy do czynienia w poprzedniej części. Sam system zarządzania załogą również stał się odrobinę bardziej szczegółowy. Wiemy na przykład nieco więcej na temat konkretnych marynarzy - w czym są dobrzy, a co jest ich słabą stroną. Każdego indywidualnego marynarza możemy również przydzielić do jakiegokolwiek zajęcia, lecz pamiętajmy, że nie każdy członek załogi będzie tak wydajmy jak wyspecjalizowana do danego zadania osoba.

W przeciwieństwie do poprzednich części, tutaj ważną rolę odgrywa również muzyka, której w zasadzie mogłoby nie być, lecz tak wspaniale buduje atmosferę, że ciężko byłoby się jej wyzbyć, gdy już raz zasłyszało się te klimatyczne kawałki. Muzyka towarzyszy nam praktycznie wszędzie (żart o kibelku jest teraz nie ma miejscu) i przyznam, że nazbyt się do niej przyzwyczaiłem, aby bezdusznie zrezygnować z niej w dźwiękowych opcjach. Może nie dodaje to realizmu, ale nie bądźmy już znowu takimi perfekcjonistami.

Pod względem samej rozgrywki również nieco się zmieniło. Komputerowi przeciwnicy stali się bardziej agresywni (na wyższych poziomach trudności masz wrażenie, jakoby za AI wroga odpowiadała Twoja teściowa). Niestety, chęć do bitki przeważnie nie idzie w parze wraz z inteligencją, tak też jest i tym razem. Podobno patch znacząco poprawia tę kwestię, lecz ja nie zauważyłem żadnej dramatycznej różnicy. Może zaatakowani przeciwnicy nie krzątali się już tak głupio bez celu, bo dotychczas bardziej to przypominało taniec godowy łodzi podwodnej, niżeli ucieczkę przed myśliwym. Mimo tych błędów jeszcze nigdy zatapianie łodzi podwodnych przeciwnika nie sprawiało mi takiej satysfakcji!. Rozgrywka w Silent Hunter 4 jest wręcz piorunująco wciągająca. Dawno nie czułem takich emocji podczas grania. Zresztą… sami na własnej skórze musicie to poczuć, jak pogoń zaciska swą pętlę na waszym okręcie, a Ty stosujesz wszelkie znane Ci taktyki, aby omijać lecące w Twoją stronę torpedy i pociski… to NIE JEST do opisania. W to musisz zagrać!

Jeżeli o realizm idzie, tutaj twórcy z Ubisoft sytuacje rozwiązali naprawdę perfekcyjnie. Gracz może dostosować stopień realizmu do własnych potrzeb, wybierając interesujące go opcje. Możemy decydować, między innymi, o zużyciu akumulatorów, o dwutlenku węgla i tlenie, o kalkulatorze kątowym czy paliwie. Wyborów jest naprawdę dużo, a gdy przerzucamy się z najniższego na najwyższy stopień realizmu jest to strasznie odczuwalne. Im bardziej realna rozgrywka, tym więcej klimatu i frajdy nam daje, choć oczywiście amatorzy powinni zacząć swoją przygodę z nieco obniżoną wartością… Mimo wszystko, nic nie daje takiego kopa jak dobrze skalkulowana torpeda uderzająca w okręt przeciwnika czy mistrzowskie wyczucie taktyki za pomocą widoku peryskopowego. Warto również nadmienić, że im większy stopień realizmu, tym więcej punktów reputacji dostajemy. Przy zerowym realizmie jest to zaledwie 25% właściwej sumy punktów. Cóż, ukłon w stronę wyjadaczy serii jest bardziej niż widoczny.

Wersja wydana przez Cenegę jest spolonizowana w wersji kinowej. Niestety, jak oznajmia sam wydawca, nie wszystkie teksty i terminy mogły zostać przetłumaczone, nad czym ubolewa i takie tam bla bla bla. Karteczkę z tą informacją można znaleźć dopiero w środku pudełka… czy tylko ja poczułem się lekko nabity w butelkę? Mimo to nie odniosłem wrażenia "niepełnej" polonizacji. Wszystko zostało wykonane fachowo, a literówek ze świecą w Silent Hunterze 4 szukać (jedynie w instrukcji coś sie znalazło). Ponadto, patch prosto od rodzimego wydawcy poprawia "niepełną" polonizację. Jest dobrze!

Reasumując - Silent Hunter 4 jest godnym prekursorem serii. Znacznie lepszy od nie do końca wspaniałej części trzeciej, wyznacza nowe standardy w dziedzinie swojego gatunku. Lepszej symulacji łodzi podwodnej naprawdę nie ma i chyba jeszcze długo nikomu nie uda się pokonać poziomu wyznaczonego przez najnowszego Cichego Łowcę. Wbrew pozorom, polecam nie tylko fanom symulatorów. Zabawa jest wyśmienita, dodatkowo wystarcza na naprawdę długie godziny. A jak wiecie, wakacje tuż tuż…