Dzisiejsze kino, niezależnie od tego czy jest amerykańskie, europejskie, czy azjatyckie, kipi seksem. Nie da się tego ukryć. Erotyka przyciąga widzów podświadomie, gdyż superprodukcje dostarczają jej nam na poziomie wyidealizowanym. W końcu niewiele kobiet ma ciało jak Monica Bellucci lub Angelina Jolie, a nie każdy mężczyzna jest Leonardem DiCaprio czy Bradem Pittem. Toteż zamiast wybierać się na film, szukamy sposobu na zerwanie kontaktu z rzeczywistością, nawet w sferze intymnej. Czy jest to nam naprawdę potrzebne?

To kwestia sporna. Z jednej strony spełniamy naszą współczesną "big brotherową" zachciankę, chcąc poznać wszelkie tajemnice największych gwiazd. Dlatego gdy powiedziano, że w Troi Brad Pitt w jednej scenie pokazuje pośladki, kobiety zakwiczały w umyśle i próbowały wyciągnąć swoich chłopaków na seans. Jakże później musiały się czuć rozczarowane, gdy okazało się, że w tej scenie występował akurat "dubel" aktora. Więc, mimo że celebrities nadal chronią swoją intymność, to starają się z niej zrobić taką reklamę dla filmu, aby bilety dobrze się sprzedawały. Podobna sytuacja miała miejsce z nową wersją Solaris. George Clooney w jednym z wywiadów powiedział, że nie chce, aby jego matka oglądała tę produkcję, gdyż aktor pokazuje tam swoje pośladki. No tak, dla mamy to musi być szok, gdy zobaczy pupę swojego dorosłego syna na dużym ekranie. Sama rozmowa pojawiła się w Internecie przed oficjalną premierą, aby przynajmniej przyciągnąć do kina adoratorki Clooneya (gdyż sam film został przyjęty chłodno przez opinię publiczną). Na razie więc wszystko wskazuje na to, że afery wykorzystywane są tylko w celach marketingowych. Bo zarówno Troja, jak i Solaris obyłyby się bez scen nagości. A kiedy spojrzymy na dzisiejsze hollywoodzkie kino, widzimy, że erotyka i seks są wpychane na siłę, i to czasem nawet w najobrzydliwszej formie. Nawet Polska zaczęła stosować tę metodę. W Karierze Nikosia Dyzmy mamy basen pełen nagich, atrakcyjnych kobiet, a w komedii romantycznej Jeszcze raz Przemysław Cypriański bez ogródek ściąga krótkie spodenki, aby w całej okazałości wskoczyć do basenu. Po co to komu? Poziomu filmu to na pewno nie podwyższa.

Brad Pitt w scenie łóżkowej w Troi

Skąd więc pomysł, aby erotyka w filmie pojawiała się praktycznie na każdym kroku? Wszystko uporczywie tkwi w historii kinematografii, a zaczęło się od eksperymentu. Eadweard Muybridge między 1884 a 1887 roku wydał serię zdjęć (tudzież klatek filmowych) przedstawiającą w całej okazałości kobiety i mężczyzn schodzących po schodach. Nie było tam żadnych znamion pornografii, po prostu czysta sztuka. To nawet nie był akt seksualny, a mimo to kolekcja Muybridge'a została nazwana Primitive Studies, czyli sam artysta nie widział w tym nic wzniosłego. Mimo wszystko, jak na lata, kiedy edukacja seksualna nie była na wysokim poziomie, ten zestaw zdjęć wywołał nie lada kontrowersje. Lecz od tego momentu zaczęto wykorzystywać sceny o naturze seksualnej w produkcjach zarówno krótko-, jak i pełnometrażowych. Wystarczy spojrzeć na francuski Le Coucher de la Marie z 1896 r., w którym aktorka Louise Willy wykonała pierwszy na świecie striptiz przed kamerą. Lecz kino europejskie to osobny temat. Ameryka brała sprawę bardziej na poważnie. W tym samym roku powstał Fatima Coochie-Coochie Dance, gdzie egzotyczna tancerka wykonywała charakterystyczne ruchy biodrami. Mimo iż kobieta była całkowicie ubrana, to cenzura nałożyła na taśmę filmową białe paski w miejsce bioder i piersi. Tak wtedy charakteryzowano skandalizujące zachowanie. Trudno się więc dziwić, kiedy furorę i oburzenie wywołały występy w Moulin Rouge oraz późniejsze ekranizacje filmowe, gdzie panie występowały w wyjątkowo krótkich spódniczkach i obcisłych pończochach. Specjaliści wołali o przyzwoitość, a publiczność była oczarowana.

Marilyn Monroe

Lecz to nie wszystko. Im dalej brniemy w historię, zauważamy, że kolejne wielkie aktorki były ukazywane jako ikony seksu. Marilyn Monroe, Brigitte Bardot, Jane Fonda - wszystkie role były kreowane na pokazanie ciała pięknej kobiety i przyciągnięcie mężczyzn. O damskiej publice zapomniano, głównie ze względu na brak równouprawnienia. Dopiero w 1982 roku kobiety wymusiły na rządzie Stanów Zjednoczonych, żeby Equal Rights Amendment (ERA) została uwzględniona w konstytucji. Dlatego też wcześniej rola kobiety w społeczeństwie ograniczała się do służenia mężczyznom i zaspakajania ich potrzeb. Mimo iż poprawka nadal istnieje, to nie jest ona traktowana poważnie przez Amerykanów. Wiadomo, że nie należy lekceważyć żeńskiej części społeczności, jeśli chce pracować bądź studiować na wyższych uczelniach, ale staromodny styl myślenia jest nadal zakorzeniony w jankeskiej naturze. Oczywiście, jak widać, do zmian doszło i panie w kinach też mogą podziwiać amantów, którzy bez oporów zrzucą dla nich ubrania.

Wraz z coraz częstszym wprowadzaniem erotyki i seksu do filmu, postanowiono założyć MPAA (Motion Picture Association of America), organizację, która do dziś narzuca ograniczenia wiekowe dla obrazów, jakie goszczą w amerykańskich kinach. Pierwszym szefem i pomysłodawcą był Jack Valenti, którego oburzyło, że w trakcie oglądania ekranizacji sztuki Kto się boi Virginii Woolf? usłyszał słowa "hump the hostess". Zdeterminowało go to do czuwania nad moralnością wydawanych obrazów. Dlatego filmy w Hollywood zaczęto kręcić z niesamowitą precyzją. Przy kategorii PG-13 wyraz "fuck" mógł się pojawić tylko jeden raz i to w dodatku nie w formie aktu seksualnego. Gdy te reguły zostały naruszone, obraz otrzymywał automatycznie kategorię R (Restricted). Nie byłoby w tym żadnego problemu, gdyby nie fakt, że im większe ograniczenia wiekowe obraz uzyska, tym mniej pieniędzy wytwórnia wyłoży na jego promocję, co spowoduje w ostateczności finansową klapę. Dlatego w Hollywood nawet thrillery erotyczne mogą zdobyć R, gdyż gdy dosięgnie się NC-17, to sukces kasowy obrazu stoi pod wielkim znakiem zapytania. Ostatnio takie problemy miał m.in. Kevin Smith przy Zack i Miri kręcą porno. Mimo iż w filmie są śladowe ilości nagości, to MPAA chciało narzucić kategorię NC-17 za ogólny pornograficzny wydźwięk filmu oraz za wulgarny seksualny język. Ostatecznie reżyser wywalczył niższe ograniczenie, lecz dość długo siłował się z rodzicami i psychologami zasiadającymi w radzie organizacji.

Widać więc, że MPAA jest bardzo wrażliwe na punkcie seksu. Z jednej strony chcą bronić młodych widzów przed demoralizacją (choć w dobie Internetu to praktycznie niemożliwe), ale z drugiej są zbyt nadopiekuńczy. Wolą przyznać mniejszą kategorię wiekową dla American Pie, gdzie główny bohater uprawia seks z szarlotką (co można nazwać "nienormalnym zachowaniem"), zaś obrazowi The Cooler, gdzie w scenie łóżkowej można zauważyć fragment włosów łonowych Marii Bello, dać NC-17. W dodatku nie miała ona znamion pornograficznych, a była jedynie naturalną wizją dojrzałego seksu. Zamiast promować delikatność i artyzm, wnoszą na piedestał brutalność i dosłowność, by każdy młody widz mógł zobaczyć, co się stanie, gdy zostanie się przyłapanym na onanizowaniu się przy pomocy ciepłej szarlotki. Podobny absurd pojawił się przy filmie But I'm a Cheerleader Jamie Babbit. MPAA prosiło, aby autorka wycięła scenę, w której młoda dziewczyna o skłonnościach homoseksualnych masturbuje się przez sukienkę (czyli jest całkowicie ubrana), bo inaczej dadzą kategorię NC-17. Natomiast Nagi instynkt z Sharon Stone, gdzie nagość, ostry seks i fetysze stoją na porządku dziennym, otrzymał jedynie R. Rozumiem, że zgodnie z decyzją MPAA mniej demoralizujące będzie oglądanie nagiej Sharon Stone niż filmu dla nastolatków, w którym poruszany jest poważny problem odnajdywania własnej tożsamości seksualnej.

Skandalizujący Marzyciele Bertolluciego

Tym samym istnieje pewna realizacyjna wojna - Ameryka kontra reszta świata. To właśnie w USA, gdzie rozwijały się hippisowskie ruchy ("sex, drugs & rock'n'roll") oraz gdzie miała miejsce rewolucja seksualna, dotykająca cały świat, kinematografia została pozbawiona wolności słowa i ekspresji w sferze erotycznej. W Europie dowolność nadal istnieje i ma się dobrze. Dowodem na to są m.in. Francois Ozon, który nie boi się poruszać tematów ciężkich i kontrowersyjnych, ukazując przy tym nie tylko realistyczną intymność życia małżeńskiego, lecz również problemy środowisk gejowskich. Podobnie z Bernardem Bertolucci, pokazującym w Marzycielach wpływ rewolucji seksualnej na mentalność Francuzów i Amerykanów. Wersja tego filmu przeznaczona dla obywateli Stanów została obcięta o wiele kontrowersyjnych ujęć, które nie przeszłyby "cenzury". Natomiast Europejczycy mają szansę oglądać ten obraz z licznymi zbliżeniami na żeńskie części intymne oraz na scenę, gdzie penis Michaela Pitta pokazany jest w trakcie erekcji. W filmie na początku miał zagrać Leonardo DiCaprio, lecz zrezygnował ze względu właśnie na tę scenę. Przychodzi więc pytanie, czy nie mamy do czynienia z pornografią? Dla niektórych taki erotyk Bertolluciego, to może być zbyt dużo, lecz zarówno ten włoski reżyser, jak i wspomniany wcześniej Ozon, tworzą sztukę filmową. Nie zawsze się ją rozumie, a jest doceniana nie tylko przez krytyków, ale przede wszystkim przez wymagających widzów.

But I'm a Cheerleader

Można również wysunąć pytanie, czy brutalna scena gwałtu w Nieodwracalnym była rzeczywiście potrzebna? Wielu ludzi pamięta ten film przede wszystkim przez nią. Wydłużona jest do kilku minut i pozostaje w pamięci na długo. Ci, którzy interesują się światem filmowym wiedzą doskonale, że aktorzy tam grający (Bellucci i Cassel) są małżeństwem, ale w dalszym ciągu trudno przejść koło tej sceny obojętnie. Widać więc doskonale, że prawdziwi artyści brutalnego seksu się nie boją. W Requiem dla snu Arrofonsky to udowodnił. W dosłowny i odpychający sposób pokazał scenę, w której bohaterka grana przez Jennifer Connoly wraz z jedną dziewczyn jest zmuszana do masturbacji za pieniądze przy pomocy długiego pręta. Takie filmy powinny dostawać kategorię wiekową NC-17.

Monica Bellucci

Polska również nie boi się obnażać. Aktorzy dla artystycznych produkcji pokażą się w całej okazałości. W TuliPanach Andrzej Chyra kocha się ze swoją żoną, a następnie wstaje, by popatrzeć przez okno. Podobnie w przypadku Wieży, opowieści o singlach nakręconej przez Agnieszkę Trzos. Ładne, aczkolwiek momentami niepotrzebne, wydłużone sceny łóżkowe z różnych kątów pokazują zakamarki ciała Agnieszki Warchulskiej i Roberta Gonery. W końcu zaś Środa, czwartek rano, gdzie młoda para zabawia się nago w łóżku, a reżyser Grzegorz Pacek postanawia w jaśniejącej co chwilę ciemności uchwycić genitalia. W tym, często niezrozumiałym, polskim artyzmie sceny o seksualnej naturze często pozbawione są nadętej sztuczności, która dosięgła już dawno Hollywood oraz polskie polsatowskie i tvn-owskie superprodukcje.

Pomimo tak wielu przykładów, jako społeczeństwo nadal czerwienimy się na widok gołej pupy czy obnażonych piersi na ekranie. Robi to za nas nasz umysł. Tak naprawdę nie jest tu istotna reklama czy też syndrom pokolenia post-big-brotherowskiego. Erotyka w filmach jest nam potrzebna, aby czasem zobrazować to, czego niekiedy sami w życiu nie doświadczamy. Jeśli nie jest to seks z żoną/mężem, to szukamy pięknie wymodelowanych i silikonowych ciał, aby zaspokoić swój głód utopijnej wersji partnerskich wzorców. Problemem jest tylko odbiór społeczny. Ludzie nie zauważają, że pod tą komercyjną powłoką powinien być prawdziwy świat. Taki, w którym kobiety mają cellulitis i małe piersi, a mężczyźni nadwagę i niskie, nierozwijające się umiejętności w stymulowaniu partnerki w łóżku.