"Straszymy brutalnością!" - takim mottem kierowali się niedawno twórcy filmowi specjalizujący się w horrorach. Dzięki temu przedstawili niewybrednym widzom rodzaj strachu wykorzystywany w produkcjach z lat 80. Tej reaktywacji nie wywołały jednak remake'i "Teksańskiej Masakry Piłą Mechaniczną" czy obrazu "Wzgórza Mają Oczy". Ogromną furorę zrobiła natomiast "Piła" Jamesa Wana. Nie tylko stała się wizytówką twórcy w hollywoodzkim światku, ale również inspiracją dla innych filmowców, poszukujących dobrze sprzedającego się materiału na scenariusz. Podobną ścieżkę wybrał zdobywca Oscara, Roland Joffe i przyjął propozycję nakręcenia historii "Sadysty".

Młoda i piękna modelka, Jennifer Tree, wiedzie życie prawdziwej amerykańskiej celebrity. Otacza ją zawsze mnóstwo znajomych, spędza czas na różnych imprezach czy bankietach, a jej podobizna widnieje na setkach billboardów i okładkach modnych czasopism. Podczas jednego z przyjęć dziewczyna traci przytomność. Parę godzin później budzi się w obskurnej piwnicy, nie pamiętając dokładnie, co się ostatniej nocy wydarzyło. Okazuje się, że została porwana przez złoczyńcę, który wykorzystuje przeróżne techniki tortur (zarówno fizycznych jak i psychicznych). Nikt nie wie, po co to robi. Nawet mężczyzna zza szyby, Harry, który również padł ofiarą tajemniczego zbrodniarza.

Sadysta

Jak już wcześniej wspomniałem - film został nakręcony przez Rolanda Joffe. To właśnie on jest odpowiedzialny za "Misję" czy "Pola Śmierci", które dały mu ogromną popularność. Dzięki niej porzucił Wielką Brytanię na rzecz Stanów Zjednoczonych. Zaczął reżyserować produkcje na zlecenie, zwykle nie ingerując w sprawy scenariusza ("Szkarłatna Litera" lub "Super Mario Bros."). Stał się europejską siłą roboczą Hollywoodu. Po 7-letniej przerwie wrócił na główne stanowisko, ale najwyraźniej nie było to dobre posunięcie. Jego ostatnie dzieło jest dowodem na to, że nie powrócił jeszcze do poprzedniej formy.

Sadysta

Powód? Wybiera nędzne historie, a "Sadysta" jest tego wręcz idealnym przykładem. Autorzy niezbyt umiejętnie kopiują wątki rodem z "Piły". Wszystko już było - ciasne i ciemne pomieszczenia, pozakładane kamery, pułapki, a nawet motyw próby psychologizowania sytuacji bohaterów. Co więcej, w przerwie między znęcaniem się nad urodziwą Elishą Cuthbert, oglądamy postęp śledztwa policyjnego, mającego dowieść, kto i gdzie porwał znaną modelkę. Wszystko więc wskazuje, że możemy oczekiwać iście "wanowskich" wrażeń. Pozory jednak mylą.

Sadysta

Stylistyka "Sadysty" wydaje się być niezwykle poprawna politycznie. Twórcy są wyjątkowo ostrożni w prezentowaniu bólu, który miał być motorem napędowym całej produkcji. Korzystają z surowych zasad medycznych i przed każdą torturą dają czarnemu charakterowi cały zbiór środków odurzających, aby łatwo można było obezwładnić biedną modelkę. W dodatku prezentowane pułapki nie są zbyt finezyjne ani tym bardziej przerażające. Tym samym, elementy mające wywołać gęsią skórkę - wywołują znużenie. Tylko że wina nie leży wyłącznie po stronie scenarzystów. Sam Joffe popełnił mnóstwo błędów. Brak tutaj odpowiedniej atmosfery klaustrofobii; nie czuje się, że sytuacja jest beznadziejna i praktycznie bez wyjścia. Wiele ujęć nie przedstawia ciasnoty pomieszczenia, a raczej z dystansu prezentuje zachowania głównej bohaterki. Co więcej, wprowadzony motyw miłosny jest ewidentnie niepotrzebnym przedłużaczem czasu i niweluje suspens do poziomu zerowego. Nie podnosi go nawet pełne akcji zakończenie, które znowu zostało zrujnowane przez podstawowe błędy realizacyjne.

A szkoda, bo tło historii było doskonałą próbą stworzenia niekonwencjonalnego thrillera psychologicznego. Fakt, że wątek moralizowania uwięzionych postaci to kolejna kalka "Piły", ale starania były. Niestety, zredukowano całość do pokazania modelkom á la Barbie, w jaki sposób traktują innych oraz siebie same. Może proste i życiowe, ale oblane nielogicznym sosem i odrobiną brutalności. Brak tu werwy, pewnego specyficznego czynnika, dzięki któremu film stałby się atrakcyjniejszy (pomimo obecności Elishy Cuthbert).

Sadysta

Roland Joffe ma najprawdopodobniej problemy finansowe. Nie dość, że bierze gotowe scenariusze, to jeszcze zmarnował swoje umiejętności reżyserskie. Tym samym, zamiast "Piły", widzimy prędzej "Big Brothera". Wielki Brat dba o swoje owieczki i karmi je strachem, którego nie jest w stanie wywołać u chętnych wrażeń widzów. "Sadysta", oprócz idei podglądania ludzi w zamkniętych pomieszczeniach, zapożycza sobie jeszcze dwie inne cechy - komercyjność i nudę. Mam nadzieję, że Joffe stał się reżyserem tego obrazu tylko po to, aby zarobić pieniądze na swój kolejny projekt, bo jeśli tak ma wyglądać wielki powrót zdobywcy Oscara, to nie wróżę mu kolejnych statuetek.