1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Reservoir Dogs

Kogo w końcu obchodzi moje imię i nazwisko? - Sam zadał sobie to pytanie młody mężczyzna prowadzący nie pierwszej już młodości Forda Mustanga - Mogę być Mr. Orange, czemu nie?! Z fasonem zajechał pod opuszczony magazyn na przedmieściu LA. W środku miał na niego czekać facet, który przedstawił mu się jako Joe Cabot i miał dla niego pracę. Pracę, która w żadnym urzędzie zatrudnienia na całym świecie nie figurowała w indeksie jako zajęcie legalne. A on mając za sobą kolejne pobyty w różnych ośrodkach, które raczej nie służyły wypoczynkowi, od domów poprawczych począwszy, a na więzieniu stanowym kończąc miał ustaloną w swoim środowisku renomę. - Ciekawe, co to za robótka? - Pomyślał otwierając zardzewiałe drzwi magazynu …

"Reservoir Dogs: Wściekłe Psy". Gra komputerowa autorstwa studia Violatile Games jeszcze przed swoją premierą wzbudzała spore zainteresowanie. Powodów było kilka, ale jeden główny. Gra miała odwoływać się w całości do kultowego już dzisiaj filmu Quentina Tarantino pod tym właśnie tytułem. Inną zupełnie sprawą jest polski podtytuł, który na myśl nieodparcie przywodzi mi skecz Marcina Stuhra dotyczący tłumaczenia w Polsce ścieżek dźwiękowych filmów, muzyki (rap i hip - hop się kłania w pas!), oraz w ostatnim czasie gier! No cóż, skoro tak być musi … Film po tym tytułem w doborowej zresztą obsadzie z Harwey'em Keitlem i innymi równie wielkimi Gwiazdami kina jest po dziś dzień znakiem firmowym reżysera i przyczynił się do formułowania nawet definicji "tarantinizmu". Mroczny klimat, bohaterowie w swoich postaciach będących absolutną antytezą wszelkich norm zachowań społecznych, zdeterminowani w swoim działaniu i bezwzględni, a jednocześnie, poprzez najprostsze zachowania jakże ludzcy. Żyjący w świecie własnych wartości, nieakceptowalnych dla reszty tzw. zdrowego, moralnego i sytego dostatkiem społeczeństwa. Tak inni i dziwni, jak świat, który nas otacza. Klimat tego filmu uzupełnia muzyka, która jest pełnym dopełnieniem tego, co dane jest nam oglądać własnymi oczami. Mroczna, pełna kipiącego życia jak ulice Miasta Aniołów, momentami denerwująca jak wizyta w Urzędzie Skarbowym, zdeterminowana i ostateczna jak strzał z shootguna i śmierć na ulicy, niosąca ze sobą wszystkie barwy naszej rzeczywistości. Czy występek i zbrodnia mogą być piękne? Z pewnością nie! Rodzi się tylko pytanie, dlaczego to właśnie one od zarania dziejów rodzaju ludzkiego tak bardzo go pociągają, a nie szlachetne żywoty Świętych? Pozostawiam je bez odpowiedzi pozostawiając Czytelnikom do rozważań nad złożonością natury ludzkiej.

Mówiłem przecież, że kaskę oddam po dziesiątym!

Twórcy gry z Violatile Games nie bali się zmierzyć z tematem, zdając sobie sprawę z ryzyka, jakie przedsięwzięcie ze sobą niesie. Wybrali konwencję luźnego powiązania fabuły z pierwowzorem nie odwołując się wprost do treści filmu i jest to zabieg ze wszech miar udany. Gracz otrzymuje historię mocodawcy Joe Cabota i sześciu desperatów ukrytych pod kolorowymi "ksywkami" - kolejno: Blondyna, Białego, Pomarańczowego, Różowego, Niebieskiego i Brązowego, "spakowaną" w kolejne rozdziały, które nie są powiązane w żaden chronologiczny sposób z biegiem zdarzeń opowiedzianych w filmie Q. Tarantino. Mało tego! W czasie rozgrywki kierujemy poczynaniami, każdego z uczestników tej ekipy i siłą rzeczy otrzymujemy jego indywidualne spojrzenie na całą historię nieudanego napadu. Ten zabieg bardzo podobny jest do rozwiązań fabularnych zastosowanych w grze "The Godfather: The Game". Gracz z woli Autorów gry musi w wirtualnym świecie przedzierzgnąć się w rolę bezwzględnego twardziela. Bezkompromisową walkę o przetrwanie wspierać będzie potężny arsenał dostępnej broni palnej w pełnym asortymencie. Do pełni szczęścia otrzymujemy też możliwość "powożenia", tym wypadku końmi mechanicznymi, ukrytym pod maską amerykańskich "krążowników szos" w trakcie pościgów i ucieczek. Wszystko to, z czym spotykamy się w trakcie rozgrywki podporządkowane jest generalnie jednemu celowi. Uzyskaniu odpowiedzi na pytanie, dlaczego perfekcyjnie przygotowany "skok" skończył się zupełną klapą, co stało się z Niebieskim i Brązowym? Gdzie łup, czyli diamenty ukrył Mr. Pink, czyli Pan Różowy? Pytań tych jest znacznie więcej i stając się częścią tej historii Gracz otrzyma na nie odpowiedź.

 Rachuneczek za te spaprane hamulce partaczu!

Przedsmak zabawy poznajemy już na wstępie gry, w swoistym "tutorialu" w pomieszczeniach opuszczonego magazynu. Pod okiem zleceniodawcy Joe Cabota uczymy się celnego strzelania i ukrywania. Na początek do tego celu, wystarczyć musi sprzęt do paint - balla. Im dalej w las tym więcej drzew, a więc zajęcia z wykorzystania zakładników z osób przypadkowo zaplątanych w wir zdarzeń, czyli pechowców klasy pierwszej, oraz nauka wymuszenia posłuszeństwa interweniujących funkcjonariuszy policji i wyłączenia ich z działania. Dodatkowo "lekcje" z zastosowania "żywych tarcz" i inne nie mniej przydatne umiejętności potrzebne zawodowemu gangsterowi. W tym momencie moja uwaga: warto robić sobie notatki na temat poszczególnych konkretnych zachowań. Gwarantuję! Przydadzą się na pewno! W pierwszym rozdziale kierując poczynaniami Pana Pomarańczowego, będąc w środku sklepu jubilerskiego zauważyłem ciekawą rzecz. Otóż, zadanie można wykonać na kilka różnych sposobów i to jest to, czego oczekiwałem. Za pierwszym razem "wyciąłem w pień" wszystkich dookoła, zebrałem dokumenty i … zyskałem mało zaszczytną rangę psychopaty w ratingu, który gracz otrzymuje jako podsumowanie misji. Lekko zdegustowany tym stanem rzeczy postanowiłem rozdział powtórzyć. I co? Co prawda, kilka osób zeszło z tego świata w okolicznościach nader gwałtownych, ale zmusiłem do położenia broni gości ze SWAT-a i dobrnąłem do drzwi. Wynik ratingu: początkujący kryminalista. Lepiej, niż za pierwszym podejściem, ale nie to, czego w swojej zarozumiałości oczekiwałem! Co dalej? Podejście numer 3. Dobrnąłem do drzwi stosując "żywą zasłonę" i wyłączając wszystkich gliniarzy, niejako przy okazji szorując tyłkiem po ścianie mało gościnnego, jak się okazało sklepu. Kolejny rating i wreszcie upragniona ocena - profesjonalista! Co ciekawsze ów rating ilustrujący nasze działanie przekłada się w późniejszych etapach gry na jej przebieg. Wiadomo, z wariatami wszelkiej konduity trzeba ostrożnie! I tu chwatit jak mawiają Rosjanie! Więcej o przebiegu rozgrywki nie napiszę ani słowa, gdyż czytać będziecie w efekcie końcowym recenzję, a nie poradnik do gry. W tej sprawie pod inny adres proszę!

Sama gra sprawia wiele radości, jest mocno "miodna", jak to się zwykło mówić ostatnimi czasy. Niestety, za tą jakże ważną cechą nie idą inne, a głównie w tym miejscu chodzi mi o szatę graficzną. I to w takim stopniu, że smakoszy ładnych obrazów, uzyskiwanych dzięki posiadanym "wypasionym" kartom graficznym i monitorom jest "Reservoir Dogs: Wściekłe Psy" w stanie skutecznie odstręczyć od zanurzenia się w historię "ich sześciu i Bossa". Wielka szkoda! Powiem więcej. Nie wiem, co kierowało Autorami ze studia Violatile Games, że stworzyli akurat "grafę" na tym poziomie. Prosta, momentami wręcz "prostacka", na poziomie produkcji mało ambitnych sprzed kilku lat. Lokalizacje ubożuchne pod każdym względem, detali, szczegółów tychże, o jakiś fanaberiach typu gra cieni nawet nie wspominam. Wnętrza, w których przyjdzie nam bywać stoją wręcz na spartańskim poziomie. Biurko, krzesło, dwa prostopadłościany z jakimiś punktami to obraz stojącego komputera, a dalej jeszcze gorzej. Model jazdy samochodem, dla miłośników takich podróży będzie po prostu jednym wielkim nieporozumieniem. Animacja ruchu postaci poniżej, mocno poniżej stanów średnich. Co ciekawsze postacie zostały obdarzone w AI na ponadstandardowym poziomie. Widać to szczególnie dobrze w momentach, gdy z zakładnikiem próbujemy opuścić niezbyt gościnne okolice. Każda z nich niezależnie od pozostałych próbuje ustawić się w położeniu gwarantującym celny strzał prosto w głowę kierowanej przez nas postaci. I cały czas są Aktywne. Pozostawienie wyłączonego przeciwnika przy życiu i opuszczenie danego pomieszczenia gwarantuje, że niebawem znowu go ujrzymy w akcji przeciwko sobie! Tylko martwi nie przebierają nogami i to jest aksjomat, czyli pewnik. Sytuacji nie ratuje zastosowanie nawet z niezłym skutkiem efektów ragdoll. I znowu dla przeciwwagi - jakość cutscenek. Te dla odmiany zrobione są niemal z filmowym rozmachem. Wykorzystano efekty motion capture z pełnym powodzeniem, z zachowaniem dbałości o przekazywany obraz. Tak nierównej pod względem oprawy graficznej gry nie recenzowałem chyba nigdy. Aby oddać towarzyszące mi w tej chwili uczucia wizualnie musiałbym poprosić naszego redakcyjnego Geniusza od spraw grafiki o obraz lipy posmarowanej miodem! Nic innego nie przychodzi mi w tej chwili do głowy.

Panie władzo!  Jaki mandat, toż ja się trzydziestką ledwo turlałem!

Osobną sprawą ze względu na jakość jest dźwięk w "Reservoir Dogs: Wściekłe Psy". Co prawda, że z aktorów uczestniczących w filmie tylko Michael Madsen wyraził zgodę na wykorzystanie głosu i wizerunku w tworzonej przez Violatile Games grze. Pozostali, z wyjątkiem Harwey-a Keitela zeszli z tego świata i teraz są zapewne zupełnie gdzieś indziej. Wielka to szkoda, ale trzeba się z tym pogodzić. Złośliwcy twierdzą, że sprzedaż wszystkich egzemplarzy gry na globie nie pokryłaby honorarium Wielkiego Harweya. Chyba jest coś na rzeczy w tym stwierdzeniu. Mnie jednak głos Madsena i jego partnerów w zupełności rekompensuje "negatywy", o których napisałem powyżej. Jest jednak coś, co rzuciło mnie na kolana w tej produkcji. MUZYKA. Muzyka pochodząca ze ścieżki dźwiękowej filmu! To jest właśnie cały Tarantino, jakiego znam, czuję i rozumiem. Nie widząc obrazu każdy, kto zetknął się z jego twórczością rozpozna bez najmniejszego kłopotu klimat muzyki serwowanej w jego produkcjach, gdyż jest on tak rozpoznawalny, jak znaczek firmowy "Mercedesa"! Po zainstalowaniu gry i jej "odpaleniu" zobaczyłem i usłyszałem intro - stronę tytułową, która podziałała na mnie jak bokserski hak prosto w splot słoneczny. Widok tańczącego gangstera ubranego w szelki z kaburami w rytm muzyki, ta płynność ruchu i jednocześnie jego zdecydowanie, graniczące z niemal desperacją "wyjętego spod prawa"! To trzeba zobaczyć, aby o tym później opowiedzieć! Pozostałe elementy dźwięku też na o niebo wyższym poziomie, niż nieszczęsna szata graficzna. Odgłos strzałów, brzęk szkła, syk granatów łzawiących i wszystkie inne to uczta dla ucha. Strasznie mi żal, jako osobnikowi "pokaleczonemu" miłością do pięknej grafiki 3D, że oba te elementy nie są na jednakowo wysokim poziomie!

A-4 w remoncie - pozostaje już tylko swobodny lot! /p
p

Czas na podsumowanie moich doznań wynikających z zawartej znajomości z produktem studia Violatile Games. Gra i to podkreślam z całą stanowczością przeznaczona jest dla pełnoletnich użytkowników, podobnie jak i film Quentina Tarantino (oby muzy wszelkie sprzyjały mu Wiecznie!). I warto o tym pamiętać. Co do samej gry w mojej ocenie warta jest wydanych na nią pieniędzy, szczególnie dla miłośników gangsterskich klimatów w rodzaju "The Godfather: The Game", "Punisher", czy tez pozycji matrixopodobnych. Obdarzona ciekawą kanwą wydarzeń z woli scenarzystów Producenta, opatrzona przepiękną muzyką i świetną grywalnością, została "skopana do imentu" poziomem oprawy graficznej. I nie ma tu żadnego usprawiedliwienia dla tego faktu. Wielka to szkoda, powtórzę, po raz nie wiadomo, który. Czy ten jeden, jakże ważny aspekt może zupełnie dyskwalifikować grę o takim potencjale, jakim niewątpliwie jest "Reservoir Dogs: Wściekłe Psy"?

fajny chłop z niego był, tylko trochę nieostrożny! /p
p

Z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że w żadnym wypadku! Tych z Czytelników, którzy moją opinię uznają za miarodajną zapraszam do gry! Pod jednym, jakże subtelnym warunkiem - posiadania plastikowego dokumentu ze zdjęciem i numerem PESEL, czyli dowodu osobistego, który w świetle obowiązującego prawa zaświadcza o pełnoletniości. "Psiarnia" jest tego warta!