1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Rayman: Szalone Kórliki

Rayman wlepił ślepia w oddalone okno, z którego leniwie wypełzały rzadkie snopy światła. Westchnął. Jeszcze wczoraj był bohaterem - idolem dzieci i młodzieży, jego jedynymi zadaniami były wizyty w zakładach pracy, podpisywanie autografów i występ w głupawych talk-showach ale, zgodnie z przypuszczeniami, wredni scenarzyści nie dali mu długo odpocząć po kolejnym uratowaniu będącego wiecznie w tarapatach uniwersum. Przewrócił oczyma przypominając sobie, jak nagle, ni z gruszki ni z pietruszki zjawiły się one. Wredne, długouche, pokraczne i bezwzględne. Nos jak haczyk, kurzą nogę... w prawej ręce dzierżyły bicz wielobrzemienny, w lewej zaś ognisty sztylet. Słowem - kórliki. Promienisty zdumiał się tendencji do zaniżenia ocen z języka ojczystego przez programistów i oczyma wyobraźni widział, jak zgarbiona postać nauczyciela z nonszalanckim błyskiem w oku podkreśla w dyktandzie słowo "rabbids" (lub jeszcze bardziej zgarbiony polski nauczyciel zagryzając suchym chlebem podkreśla "kórlika"). Wiedział jednak, że choć rozmyślania na sedesie są głębokie przynajmniej podobnie do kanalizacji, która ze wspomnianym sedesem była połączona, to siedząc na tyłku, którego swoją drogą Ray nie posiadał, za co dziękować należy dzięki inwencji Michaela Ancela i spółki, wiele nie zdziała. Nie chcąc zanudzać nas szczegółami swej niezbyt rozbudowanej anatomii wyszedł na przeciw przeznaczeniu.

W tym miesiącu nie tylko Łyżwa z Samoobrony został na lodzie.

Droga jaką przeszedł Rayman - pocieszny stworek, duma i chwała francuskiego Ubisoftu, tak jak i choćby serii Gabriel Knight - pięknie ilustruje jak zmieniały się oczekiwania graczy na przestrzeni kolejnych lat. Część pierwsza - do dziś palce lizać - to platformer w 2D, przedstawiciel niemal całkiem już wymarłego gatunku. W 95 roku ubiegłego wieku - rewelacja, ale i dziś to pozycja, z którą muszą się liczyć wszyscy. Wraz z nadejściem mody na trójwymiar, pozbawiony kończyn bohater zyskał możliwość bardziej swobodnego ruchu. Część trzecia z kolei była dopieszczoną, dowcipną, zabawną (duży w tym udział miał polski zespół lokalizacyjny), najeżoną minigrami i wyzwaniami platformówką. W międzyczasie pojawiły się, oczywiście i inne tytuły z Raymanem. Stworek uczył matematyki, wkroczył nieśmiało w świat rozgrywek internetowych i Bóg raczy wiedzieć, gdzie go nie było. Choć lodówkę nie strach (jeszcze!) otworzyć, można śmiało powiedzieć, że stał się, obok Lary Croft, Maria i kilku innych osobistości ikoną gier komputerowych (na nieco mniejszą skalę niż hydraulik i worek sylikonu, ale jednak...) Powrócił i choć nie jest już nawet platformerem - bawi równie dobrze jak za dawnych, dobrych czasów, gdy nie mówiło się o Lechu i Marysi, a Lechu i Danusi, a Kamiński odmrażał sobie palce machając rodakom z Bieguna.

Niektórzy naprawdę aż palą się do roboty.

Tym razem jakaś tam cieniutka fabuła jest tylko pretekstem do wzięciu udziału w kilkudziesięciu zakręconych minigrach. Z recenzenckiego obowiązku powiem, że na Ziemię (czy gdziekolwiek by promienisty nie rezydował, whatever) nagle, ni z tego, ni z owego - napadłają kórliki (wiem, mógłbym temu zdaniu nadać jakiś patos i wprawiający w zadumę styl). Podobne do ziemskich długouchych, znacznie bardziej jednak wredne i zaborcze porwały Raya i dzieciaki Globoxa, po czym zorganizowały w czymś na kształt Koloseum zawody w których, najwyraźniej, bohater miał odegrać rolę gladiatora. Przez 16 dni czeka nas walka o przetrwanie, ale również podziw i uznanie. W czym rzecz? Każdego dnia Ray wychodzi na arenę, na której znajduje się pięć wrót. Cztery rozmieszczone na jej bokach prowadzą prosto do poszczególnych wyzwań, zaś piąte - końcowego zadania, dzięki któremu zdobędziemy... przepychacz toalet. Ekhem... Niby nic, ale, jak się okazuje, jeśliby zdobyć kilkanaście takich przepychaczy - Rayman mógłby uciec gdzie pieprz, sól i fasola rośnie.

Tylko w Playbacku - Kulisy Tańca z Gwiazdami. Na zdjęciu Maria Wałęsa bez makijażu.

Gdy przejdziemy przez jedne z drzwi - rozpoczyna się minigra. Choć wyzwania można bardziej docenić dzięki specyficznemu kontrolerowi Wii (na które Szalone Kórliki zostały wydane już jakiś czas temu) i na kombinacji myszka + klawiatura gra się bardzo przyjemnie. Przywyknij jednak do myśli, że jakieś 90% zadań da się z powodzeniem wykonać tylko przy pomocy gryzonia i jest to, po prostu, najbardziej wygodne rozwiązanie. Zadania przed nami stawiane poprzedzane są zabawnymi scenkami i instrukcją, co też należy wykonać, aby wyzwanie zaliczyć. A będziemy się bawić zarówno w kolejnych (bardzo barwnych swoją drogą) mutacjach internetowych przebojów, jak i całkiem nowych, równie udanych grach prosto z chorych umysłów programistów Ubisoftu.

Po obejrzeniu zdjęć z urodzin Gecika nikt już nie wspominał o jego rzekomej "bezmózgowości".
Na zdjęciu Papkin witany w redakcji PB. W tle zdegustowany Loon.

Kolejne misje wymagają od nas to refleksu (zamykanie toalet z których chcą się wydostać króliki), to pamięci, innym razem wyczucia i koncentracji. Ponieważ inwencja ludzka również jest ograniczona - aby zapełnić to -naście dni, twórcy co jakiś czas serwują nam kolejną wersję poznanej już zabawy, dodatkowo jednak utrudnionej. Pomiędzy wspomnianymi już toaletami zaczynają spacerować przechodnie, których, rzecz jasna, uderzenie jest równie pożądane jak rak wątroby i wrzody żołądka, zaś przy zabiegu dentystycznym polegającym na wyciąganiu z zębów pociesznych (o ile można w takiej sytuacji użyć takiego słowa) robali, pacjent zaczyna nas oszałamiać nieświeżym oddechem, co skutecznie sprawia, że Ray traci orientację i nie potrafi właściwie oceniać odległości. Co ważne jednak - gra nie nudzi. Każdego dnia pojawia się kolejny poziom "tańczony" - bardzo intensywna i satysfakcjonująca, a zarazem prosta jak konstrukcja cepa zabawa. Piąte wyzwanie każdego dnia to albo klasyczny, emocjonujący celowniczek, w którym strzelamy, naturalnie, wyeksponowanymi na każdym kroku przepychaczami, albo szalone wyścigi. Szczególnie to pierwsze zasługuje na uwagę.

Nowy Rayman jak nic innego nadaje się do pacyfikacji młodszego rodzeństwa/kuzynostwa, które niczym Hunowie szturmuje na maszynkę podczas jednego z rodzinnych zjazdów. Większość zabaw jest na tyle prosta w obsłudze, że poradzi sobie z nimi nawet poseł LPRu, również poziom trudności nie szokuje in minus. Ale i starsi gracze znajdą przy Szalonych Kórlikach (w wersji polskiej gra została wydana jako Renata: Szalone Kurwiki) coś dla siebie. To, obok Wormsów i Heroes of Might and Magic III idealny tytuł na szare popołudnie, gdy niespodziewanie w drzwiach staną znajomi.

Twórcy postanowili też wykorzystać kreatywność graczy i udostępniając nam kilka kompletów strojów (na przykład królika, babuni, czy piłkarza) możemy zaprojektować swojego własnego Raymana, który nie będzie podobny do tych kierowanych przez innych graczy. Oczywiście opłaca się kombinować, bo można uzyskać naprawdę ciekawy efekt. Z połączenia kostiumu gotha i matadora wychodzi wampir pierwsza klasa (co widać, mam nadzieję, na zrzutach). Nową muzykę, której możemy odsłuchać w celi oraz kolejne stroje zyskujemy jeśli pomyślnie zaliczymy wszystkie wyzwania danego dnia (obowiązkowe są tylko cztery na pięć). Również gdy zakończymy "story mode" możemy samotnie, bądź wespół z przyjaciółmi pobijać kolejne rekordy, a za uzyskane w ten sposób punkty oglądać bonusowe filmiki, czy bawić się w dodatkowych trybach gry.

I niby Doom 3 miał być straszny? Phew!

Dużo frajdy przynosi oglądanie zmian relacji Raymana z kórlikami. Początkowo traktowany jako wyjątkowo persona non grata Ray, poniewierany przez strażnika, który obejrzał chyba o kilka razy zbyt dużo Milczenie Owiec, wygwizdywany przez publikę na arenie, wyrasta na idola i bohatera. Jego surowa cela z biegiem czasu zaczyna przypominać pięciogwiazdkowy hotel, kórlik-Hannibal nabiera do stworka szacunku, zaś sama publika... przez nienawiść, po znudzenie, w końcu zakochuje się w Raymanie naprawdę mocno. Oczywiście nie na tyle, aby go wypuścić, ale... Warto też zwrócić uwagę na to, co się dzieje na drugim planie - nawiązania do Splinter Cella, Matrixa, czy Star Wars udały się twórcom naprawdę wyśmienicie. Choć w grze nie pada ani jedno słowo (wskutek czego Bartosz Wierzbięta nie zaskoczy nas genialną lokalizacją), a i napisów tu naprawdę jak na lekarstwo - naprawdę niemal przez całą zabawę mojej twarzy nie opuszczał szeroki uśmiech. To zasługa ogólnego optymizmu i sympatycznego humoru sytuacyjnego.

Do krowy to się nie mówi "wiśta", tylko "nastąp się", czy jakoś tak...

Jeśli nie wiesz co włożyć pod choinkę dziecku - wybór może być tylko jeden. Rayman Raving Rabbids, bądź, po prostu - Szalone Kórliki zachęcają zarówno miłą dla oka grafiką, jak i cudowną muzyką oraz, przede wszystkim - tą niezwykłą, trudną do opisania magią. Tak, jak mogłem bez litości wgnieść w ziemię "Przygodę w Chłodnicy Górskiej", tak ten, nie oszukujmy się, zestaw minigier - jest najlepszym w jaki miałem okazję grać kiedykolwiek. Jedna z najbardziej interesujących gier dla dzieci w ogóle - a grałem w bardzo dużo interesujących gier dla dzieci.