1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Raport z osiedla czyli hip-hopowe podsumowanie 2008

Miniony rok był zaskakująco tłusty dla polskiego rapu. Swoje płyty wydało kilku potentatów sceny oraz wielu mniej znanych artystów. Jaki fan gatunku nie czekał na nowe wydawnictwa Ostrego, dAba, Fokusa, Eldoki czy Fisza? Sprawdźmy więc, jak równo Anno Domini 2008 wchodzi w beat.

Na to pytanie mogę odpowiedzieć właściwie już teraz - nie do końca. Po paru płytach oczekiwałem, że zamiotą one resztę konkurencji, jednak tak się nie stało. Stało się wręcz odwrotnie - jedyną prawdziwą perełką wydaną w roku 2008 jest album, który z początku traktowałem jako ciekawostkę przyrodniczą (ale o nim później). Za to niektórzy artyści zupełnie mnie zawiedli i nagrali zwyczajne chłamy. Oględnie mówiąc - rok ten dla mnie był rokiem wielu niespodzianek, zarówno miłych jak i tych nieco mniej.

Jimson - Gorączka w parku igieł

Mocne uderzenie przyniósł nam już styczeń - wtedy to w Sieci pojawiła się EP-ka Jimsona pt. "Gorączka w parku igieł". Dla niezorientowanych warto wspomnieć, że Jimson jest jednym z najsłynniejszych polskich raperów podziemnych i jak na razie nie wydał żadnej legalnej płyty. Warto zwrócić uwagę na album rodowitego słupszczanina - to prawdziwa gratka dla fanów psychodelicznych klimatów. Takowi powinni też czym prędzej sięgnąć po ostatni album białostockiego rapera Piha. Ostatni nie tylko dlatego że najnowszy, ale też dlatego, iż sam artysta przyznał już jakiś czas temu, że po premierze "Kwiatów zła" kończy zabawę z rapem. A szkoda. Jego dzieło jest wprawdzie jedynie "połowicznie" znakomite, bowiem drugi krążek dwupłytowego albumu zawiera bardziej osobiste utwory, które zwyczajnie przynudzają.

Pih - Kwiaty zła

Po Jimsonie zbyt wiele się w polskim rapie nie działo aż do października. W międzyczasie jednak miało miejsce parę niezgorszych premier. Nie można zapomnieć oczywiście o nowej płycie Ostrego, na chwilę obecną chyba najpopularniejszego polskiego twórcy w tym gatunku. Dzięki "Ja tu tylko sprzątam" potwierdził on swoją klasę, jednak moim zdaniem jego albumy są dość monotonne. W każdym razie nie udało mi się przebrnąć ani razu przez całość podczas jednego "przesłuchania". Mimo wszystko wygląda na to, że O.S.T.R. ma pomysły na jeszcze co najmniej kilka krążków - jest o zamachu na Ostrego, o jego dzieciństwie czy o zdrowym odżywianiu. Szkoda tylko, że artysta zrezygnował z aż tak sutej dawki jazzu w podkładach jak na "Jazzurekcji".

Magierski & Tymon feat. Mały72 - Oddycham smogiem

Jeśli jednak szukacie jazzu, w tym roku prym wiodą Magiera i Tymon. Jest to płyta, o której nie umiem mówić lub pisać bez emocji, więc ujmę najprościej jak umiem, co o niej myślę - TO JEST GENIALNE! "Oddycham smogiem", jak już wspomniałem, traktowałem z początku raczej jako ciekawostkę, jednak dostałem znakomity, jedyny w swoim rodzaju projekt. Wprawdzie trwa on zaledwie 30 minut, z 9 utworów 3 są instrumentalne i jeden to remiks, ale z drugiej strony takiego połączenia jazzu, downtempa i rapu jeszcze w życiu nie słyszałem. Całości dopełniają dodatkowo ciekawe teksty Tymona, który oczywiście nie nawija już o swoim wacku, a wybiera bardziej ambitne tematy.

Z zimnego, "oplutego deszczem kwaśnym" Wrocławia przenosimy się jednak do słonecznego Poznania. Stąd pochodzi jeden z bardziej charyzmatycznych reprezentantów polskiej sceny - DonGuralEsko. Niestety, świeżo upieczony tatuś dalej nawija o chlańsku, dziwkach, etc. "El Polako" jest płytą bardzo nierówną - obok bardziej ciekawych kawałków jak np. Złote maski czy Opowieść o jednym z miliona. Płyta broni się jednak klimatem wiecznej biby, a głos Gurala mrozi szpik w kościach. Jeśli szukacie jednak najgorętszego albumu tego roku, proponuję zapoznać się z drugim wydawnictwem 2cztery7 pt. "Spaleni innym słońcem". Zespół Mesa jest jednym z niewielu, o ile nie jedynym przedstawicielem tzw. g-funku, czyli melodyjnego rapu, nierzadko ze śpiewanymi refrenami. Niesamowicie pozytywne granie z odpowiednim nastrojowi przekazem. Szkoda tylko, że płyta dość szybko się nudzi i wydaje się, jakby była nagrana nieco na jedno kopyto.

Łona - Insert

I tak też polska scena rapu przestała się kręcić aż do listopada. Próby jej rozruszania podjęli Łona w czerwcu oraz Molesta Ewenement we wrześniu (Tedzika litościwie pominę, bo oprócz fajnego jednego utworu ze "Ścieżki dźwiękowej" on dalej "toczy swoje fele" i "robi PLN-y" - z miernym skutkiem). Szczeciński raper wydał EP-kę "Insert", która byłaby idealnym odbiciem się od kontrowersyjnego "Absurdu i nonsensu", który podzielił fanów. I udało się połowicznie - bo właśnie połowa utworów daje radę, druga połowa zaś nieco nuży. Czyli syndrom płyty z 2007 roku został zachowany. Ciekawie za to wygląda "Molesta i kumple" w wykonaniu Vienia, Włodiego i Pelsona (na szczęście w nagraniach nie uczestniczył już Wilku "WDZ, jeszcze jeden mach, jeszcze jeden skręt"). Podchodziłem do niej piekielnie sceptycznie i uznałem ją za nędzną próbę nabicia kabzy. Jednak po pewnym czasie spróbowałem ponownie i stwierdziłem, że nie jest źle. Trio z Warszawy wprawdzie nie imponuje techniką czy flow, ale ich teksty wydają się być bardzo szczere. Oprócz tego album został ciekawie wyprodukowany - ma niesamowicie soczyste i naturalne brzmienie. Do tego imponują zaproszeni goście - z Ostrym, Eldo i Jamalem na czele.

A w listopa... ach, zapomniałbym - przedtem swoje albumy wydali także El da Sensei wraz z Returners i Grupa operacyjna. Amerykański raper w komitywie z duetem polskich producentów wydał porządny kawał rapu w staroszkolnym stylu. Ja osobiście nie ekscytuję się "Global Takeover", ale mych uszu dosięgło sporo pozytywnych uwag... i niewiele mniej negatywnych co do wtórności podkładów Returners (nie pytajcie o zbieżność tego poglądu z nazwą duetu, bo sam tego nie rozumiem). A Mieszko? Jak zwykle - ględzi o niczym i udaje komika. Skity na "Stanie wyjątkowym" na temat papieru toaletowego, armii czy wkurzających go ludzi chyba miały być zabawne, ale coś nie wyszło. Coś czyli wszystko. Niech już lepiej skupi się na programie Fristajlo, to mu wychodzi o wiele lepiej.

L.U.C

A teleportując się do listopada 2008 - pierwsza na warsztat idzie "Planet Luc". L.U.C (czyli jeden z członków Kanału Audytywnego) jak zwykle daje pokaz swej niezwykłej, czasami wręcz schizofrenicznej wyobraźni. Wystarczy wspomnieć o samej muzyce, która jest swoistym koktajlem takich stylów muzycznych jak rap, trip-hop i nu-jazz. O tekstach nie ma co wspominać, już tytuły pokazują, że słuchając tej płyty poczujemy się jak w domu: "Puenta - Popkultura jak żart Strasburgera" czy "O półobrocie Czaka czyli o przyczynie pędu". Warte uwagi jest też sam sposób wydania płyty - nie jest to już jedynie muzyka, ale wydawnictwo multimedialne, którego integralną częścią jest także książeczka w stylu "Poczytaj mi mamo" oraz płyta z "prawiefilmem" pt. "Odpowiedzi, na które nie ma pytań". Poryta muza przeznaczona dla nielicznych, którzy dadzą radę to wszystko ogarnąć.

Zeus

Zaledwie trzy dni po "Planet Luc" w sklepach pojawia się najgłośniejszy debiut roku polskiej sceny - Zeus ze swoim albumem wydanym właściwie na dziesięciolecie działalności "Co nie ma sobie równych". Może ja bym aż tak jej nie przeceniał, mimo to jednak to potężna dawka pozytywnej energii. Funkowe podkłady rozbujają każdego, choć pod koniec spotkania z płytą stają się nieco monotonne. Przeszkadzają jedynie niepotrzebne skity (jednak nie w formie oddzielnych utworów), które wcale zabawne nie są. Ale nie przeszkadzają aż tak jak na wydawnictwie nieformalnego króla skitów (przynajmniej od tego roku) - Fokusa. Ja wszystko zrozumiem, ale nie 11 przerywników kompletnie nic niewnoszących do tematu. Niewiele lepiej jest z całą resztą zawartości dwupłytowego albumu. Fokus jak zwykle pokazuje, że ma świetną technikę i niezłe flow, ale niestety nawija o niczym. Za wiele o "Alfie i Omedze" powiedzieć się nie da, więc dodam jeszcze tylko, że osobiście to dla mnie największy zawód tego roku. Oprócz braku nowej płyty Afrontu, oczywiście.

Afro Kolektyw

Końcówka listopada zwiastowała prawdziwy pojedynek gigantów - Afro Kolektywu i Fisza z Emadem. Jednak żaden z ich nowych albumów nie spełnił moich oczekiwań. Afrojax wywiązał się z zadania wprawdzie nie najgorzej, jednak mając w pamięci przegenialne "Czarno widzę" - "Połącz kropki" jest w każdym elemencie gorsze. Jest mniej jazzu, za to sporo więcej klimatów rodem ze starego disco. I choć już w pierwszym utworze raper wspomina "wiem, jak to punchline w każdej linijce", to ich stężenie jest znacznie niższe niż wcześniej. Co nie znaczy, że jest niskie, naprawdę. W ostatecznym rozrachunku po kilku przesłuchaniach płyta jednak wpada w ucho, a niektóre cytaty - jak to w przypadku Afrojaksa - pozostają w pamięci na długo. O wiele gorzej jest z nowym wydawnictwem braci Waglewskich. "Heavi metal" to swoista podróż sentymentalna do czasów liceum, niestety jednak koncept w ogóle według mnie nie wypalił. Teksty są banalne, brak w niej tej charakterystycznej poetyki znanej z wcześniejszych dokonań Fisza, a jego flow z bardzo charakterystycznego zmieniło się w marudzenie starego dziada. Nie zawodzi nadal Emade, który ratuje poniekąd tego potworka. Surowe beaty zamiast bogatych, z lekka elektronicznych podkładów mają prawo się podobać.

AbradAb - Ostatni poziom kontroli

W grudniu mieliśmy zaś okazję uświadczyć aż pięciu istotnych premier. Obok już wspomnianego Piha swoją nową płytę wydał m.in. AbradAb. "Ostatni poziom kontroli" to właściwie to co dwa poprzednie albumy - dAb przyzwyczaił nas do pewnego poziomu, poniżej którego nie schodzi. Po słabym promo oczekiwałem obniżki formy, ale nic z tych rzeczy. Dalej jest bardzo dobrze, acz przy takiej renomie ciężko o zaskoczenie. Na pozytywne zaskoczenie czekałem za to w przypadku nowej płyty niejakiego Ryszarda Andrzejewskiego znanego jako Peja, który "zaszczycił" nas już trzecim tak liczącym się dwupłytowym albumem pt. "Styl życia G'N.O.J.A.". Ale ta płyta to, jak to ładnie ujął niejaki Playas na last.fm: "non-stop leciał na pakerni, jak wydał 2 tyg temu solową płytę... Po nocach (kilku i jeszcze więcej!) mnie prześladuje jego nieudolna bragga". Może to nie do końca poprawne określenie, ale dobitne. Jeden krążek to już byłoby źle, a co dopiero dwa!

Na deser jeszcze Sokół i Pono postanowili kontynuować projekt TPWC, tym razem pod tytułem "Ty przecież wiesz co". Nie ma co, Sokół to obrotny chłopak. Z "techno" (nie mylić z prawdziwym techno) tym razem przerzucił się na pop. Inaczej tego nazwać się nie da. Jest smętnie i nudnawo. Największym plusem tego krążka jest kawałek "Poczekalnia dusz" z klimatem tak przyziemnym, że wręcz... nieziemskim.

Eldo

Smętnie nawija na nowej płycie także Eldo, ale o nudzie nie ma mowy. Mimo zawodu spowodowanego przeciętnym utworem promo, "Nie pytaj o nią" mnie urzekła. Eldo tekstowo oczywiście jak zwykle pokazał niebywałą klasę - jest lirycznie i osobiście. Inaczej sprawa wygląda z podkładami - są elektroniczne i bardzo nowoczesne. Niektórzy wprawdzie uważają, że nie pasują one do stylu Eldoki, ale według mnie świetnie się wzajemnie uzupełniają. Jeśli potrafisz przeboleć zminimalizowaną niemal do zera dawkę jazzu znaną z poprzednich płyt warszawianina - łykaj bez popity. Zapewniam - nie zawiedziesz się! Aha - utwór promocyjny wcale nie jest przeciętny, sprawia jedynie takie wrażenie. Trzeba się w niego po prostu dobrze wsłuchać.

Tak na koniec chciałbym jeszcze wspomnieć o dwóch albumach przedstawicielek płci pięknej na polskiej scenie. Na jednym biegunie jest Marika i jej "Plenty" - granie niestety nudne i nieciekawe, pomimo przyjemnego głosu samej artystki. Bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła za to Lilu, która ze swym chilloutowym "LA" strasznie przypadła mi do gustu. Obdarzona pięknym głosem i ciętym językiem dziewczyna pokazała klasę.

Lilu - LA

Jak widać - sporo w tym roku wyszło "średniaków", które nie mają szans wybić się wyżej. Ale pojawiło się na szczęście kilka bardzo cieszących michę albumów. Gdybym miał robić subiektywny ranking - pierwsze miejsce bezsprzecznie okupowałby krążek "Oddycham smogiem", tuż za nim pojawiłby się "Nie pytaj o nią". O trzecie miejsce trwałaby zażarta batalia, która i tak by pozostała nierozstrzygnięta. Ciężko byłoby mi się zdecydować spośród rzeszy takich geniuszy jak Firma czy Żurom. A tak na serio to do tytułu stanęłyby: "Połącz kropki" i "Gorączka w parku igieł". No, może jeszcze "Ostatni poziom kontroli i " "LA". To pokazuje, że z polskim rapem wcale tak źle nie jest. Ba, bardzo dobrze jest!

Oczywiście, to są MOJE typy do zestawień na ten rok i MOJE opinie. I choć nie są one drastycznie odmienne od opinii środowisk fanów rapu, to chętnie czekamy na Twoje zdanie na forum Playbacku.