Uwielbiam wprost książki opowiadające nam alternatywną wersję historii. Można na tym polu sporo zaprezentować, nawet nie dodając do tego science fiction (co niestety autorzy robią dość często). Aby napisać porządną powieść w alternatywnych realiach trzeba oczywiście dobrze znać realia o których się pisze, co udowodnił ostatnio Andrzej Pilipiuk w przyjemnej "Operacji Dzień Wskrzeszenia". Marcin Mortka, autor opisywanego "Ragnaroku 1940" sam interesuje się wikingami, o których opowiada powieść.

Bynajmniej nie chodzi mi o królów wód europejskich z VIII wieku. W "Ragnaroku" wikingowie wciąż chodzą po ziemiach Europy. W wersji historii stworzonej przez Marcina Mortkę w bitwie pod Stamford Bridge w 1066 roku nie zginął Harald III Surowy, zaś Hrofl Łazęga odkrył Vinlandię (znaną dla nas jako Amerykę Północną) już w 1073 roku. Jakby tego było mało, słynny Winston Churchill poddaje się śmierci już w 1940 roku, tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej. Troszkę innej od tej, o jakiej do dziś czytamy w podręcznikach historii. Adolf Hitler i Stalin zostają uznani przez wikingów za małe dzieci, toteż odbierają im ich zabawki, zaś w 1939 roku nie dzieje się praktycznie nic szczególnego dla całej Europy. Tymczasem Normanowie szykują się do inwazji na Anglię, która staje się faktem tuż po śmierci Churchilla.

Muszę przyznać, iż opis wojny między mocarstwami wyszedł autorowi wyśmienicie. Anglicy zachowują się dokładnie tak, jak można by spodziewać się po synach Albionu, podobnie jest z każdym istniejącym wtedy państwem. Jakby tego było mało, nawet obyczaje Wikingów opisane są nad wyraz dobrze - choć temu się nie dziwię, w końcu pan Mortka sam interesuje się ich kulturą. Na pochwałę zasługuje także wizja świata przedstawionego przez autora - nie widać tu żadnych absurdów, wszystko zdaje się być spójne i realistyczne. Brak mi trochę informacji na temat dziejów obu Ameryk, a niektóre państwa zostały w książce pominięte - nawet tak gigantyczne jak Rosja. Z drugiej jednak strony, należy pamiętać iż cała opowieść mieści się w zaledwie dwóch tomach, a każdy z nich obfituje w sporo akcji.

Przez dwa tomy przewala się także kupa bohaterów, oni także zasługują na pochwałę. Można się przyczepić do tego, że połowa z nich jest niezbyt ludzka i pusta w środku. Może to i prawda, ale podejrzewam, że taka właśnie była wizja autora. Wszystko przypomina nieco komiks, ale ten z wyższej półki - nawet postać taka jak Olav, najczarniejszy charakter "Ragnaroku 1940" - ma ludzkie uczucia, co często przejawia w kontaktach z ojcem. Jego obcość przejawia się tylko w wyglądzie. A nuż jednak Normanowie wyglądali inaczej, niż ludzie znani nam teraz?

Skoro mowa o postaciach, warto wspomnieć o Jeremym Baldwinie. Ten angielski nieudacznik jest głównym bohaterem książki, a zarazem jej największą wadą. Jest on wykreowany w bardzo dziwny sposób, można wręcz powiedzieć, że ma on problemy ze swoim charakterem.

Ragnarok 1940

Jeremy zachowuje się w bardzo nieprzewidywalny sposób, czasami jest wzorem dla osób wokół niego, innym razem doświadczonym pismakiem, czasami zaś życiową fajtłapą, która musi być ratowana przez osoby wokół niego. Najczęściej jest to jego ukochana, Deidre. Ta z kolei przeżywa swoistą ewolucję - w pierwszym tomie jest przedstawiona jako niecna osoba, która wykorzystuje Baldwina do swoich celów. W drugiej zaś części Deidre staje się wzorem dla każdej książkowej kochanki bohaterów.

"Ragnarok 1940" polecam każdemu fanowi historii alternatywnej i wikingów. Książka jest napisana w bardzo dobry sposób, trzyma się kupy i nierzadko zaskakuje świetnymi zwrotami akcji. Każda napotkana postać ma własną osobowość. Tom drugi doskonale spełnia swoje zadanie, kończy więc każdy z kluczowych wątków, zostawiając przy tym otwartą furtkę autorowi. Kto wie, może doczekamy się kontynuacji tej jakże wciągającej powieści?