Zapewne są tacy wśród Was, którzy w czasach swojej młodości interesowali się sztuczkami magicznymi. Kiedyś bardzo popularne były wszelakie proste triki prestidigitatorskie, których nauczyć się można było w dosłownie parę minut, a satysfakcją z oczarowania młodszego rodzeństwa warta była zachodu. Gdyby jednak ktoś chciał zostać prawdziwym profesjonalistą, musiałby umieć podjąć całkowitą ofiarę na rzecz Sztuki.

Tajemnicę owego poświęcenia możemy oglądać na przykładzie dwóch jakże kontrastujących ze sobą postaci żyjących gdzieś na przełomie XIX i XX wieku - obydwaj są początkującymi iluzjonistami, których współpraca kończy się śmiercią żony jednego z nich, podczas wykonywania niebezpiecznego numeru, a o spowodowanie tragedii mąż ofiary podejrzewa niedawnego przyjaciela z estrady. Te dwie osoby znakomicie ze sobą kontrastują - Alfred Borden zakłada rodzinę i potrafi dokonywać wielu wyrzeczeń, żeby tylko polepszyć jakość swoich sztuczek, natomiast Robert Angier wraz ze swoim inżynierem, Cutterem, po stracie bliskiej mu osoby staje na nogi i w przeciwieństwie do konkurenta posiada zdolność owocnego reklamowania się i tworzenia ze swoich występów wielkiego show. Obaj mają zwyczaj przychodzić w przebraniach na popisy rywali, aby poznać ich tajemnice i popsuć im jak najwięcej numerów. Za motywem wzajemnego uprzykrzania sobie życia kryje się głębsza intryga, która wykracza poza świat magii, a wchodzi w sferę nauki - tu nie obyłoby się bez pomocy genialnego naukowca tamtych czasów - Nikoli Tesli. Tytułowy prestiż jest jedną z trzech części sztuczki magicznej - pierwsza polega na pokazaniu normalnego przedmiotu, druga na sprawieniu, żeby zniknął. Ale nie jest to jeszcze coś, po czym publiczność mogła by bić brawa, bo zaginioną rzecz trzeba jeszcze przywrócić - i ta właśnie część - wspomniany prestiż - jest najtrudniejsza, stanowi niewyjawianą tajemnicę jej wykonawcy.

Przebiegły Alfred Borden.

Sama konstrukcja filmu jest dość pogmatwana. Zdarzenia nie są poukładane chronologicznie, co sprawia, że najpierw jesteśmy świadkami tajemniczych zdarzeń, a potem odkrywając ich przyczyny zauważamy, że nie wszystko jest tym, czym wydaje się być na pierwszy rzut oka. Dzięki temu z zapartym tchem śledzimy film zwłaszcza w ostatnich scenach, gdzie wszystko się wyjaśnia i wtedy nasze mózgi pracują na najwyższych obrotach składając wszystkie fakty w jedną, spójną część i odnajdujemy w tej zawiłej historii genialne rozwiązanie wszystkich zagadek i niejasności. Oczywiście zakładając, że uważny i inteligentny widz nie domyśli się wszystkiego w połowie filmu, bo znam takich, którym ta sztuka się udała i chyba psuje to radość czerpaną z obejrzenia intrygi do końca.

Ze względu na czas akcji, konieczne było zastosowanie odpowiednich kostiumów i choć nie znam się za bardzo na panującej ówcześnie modzie, to muszę przyznać, że wszystko wygląda dość realistycznie i zadbano o każdy szczegół, żeby przeciętny widz nie miał problemu z umiejscowieniem akcji w odpowiednim przedziale wiekowym. Moją uwagę zwróciły też przedmioty, które wzmacniają realizm, jak np. staroświecki rewolwer, czy przedziwna maszyna, którą Robert Angier używa przy jeden ze swoich magicznych sztuczek.

Nauka przewyższa magię.

W kilku momentach filmu iluzjoniści sprawiają, że z oczu publiczności znikają kanarki. Te niestety, pomimo pozornego ich przywrócenia giną zmiażdżone w specjalnie przygotowanej, zsuwającej się klatce. Tu jedno pytanie - dlaczego w napisach końcowych nie dostrzegłem nigdzie adnotacji, że w tym filmie nie ucierpiał żaden kanarek? Nie jest to oczywiście jakiś błąd produkcji, ale miło byłoby, gdybym miał pewność, że te żółte kulki wyszły cało z planu ;).

"Magiczna" maszyna, czyli za kulisami show.

Ogólnie film ogląda się bardzo przyjemnie. Sam temat jest dość ciekawy, bo muszę przyznać, że nie spotkałem się jeszcze na dużym ekranie z kulisami magicznego show. Scenarzysta miał też dobry pomysł na połączenie całej tej iluzjonistycznej otoczki ze światem nauki oraz wplecenie w to całkiem dobrej intrygi, która w połączeniu z morderstwem daje niemalże kryminalną zagadkę. Jeśli więc macie chęć obejrzeć coś dobrego, to na Prestiż z pewnością warto poświęcić trochę czasu i pieniędzy na bilet do kina, a jeśli zdecydujemy się na wydanie DVD, to warto zrobić sobie nawet i dwa seanse, bo przy kolejnym oglądaniu, gdy znamy już główną tajemnicę, wszystko wydaje się jasne i oczywiste.