Polacy nie mają dużego doświadczenia w kręceniu horrorów. Ten gatunek był w naszym kraju traktowany jak niszowy, dlatego częściej pojawiał się w formie kina niezależnego aniżeli komercyjnego. Grzegorz Kuczeriszka - znany głównie jako operator seriali Teraz albo nigdy bądź Twarzą w twarz - postanowił postawić pierwszy krok w stworzeniu polskiego horroru i uczynieniu go towarem eksportowym, jak robią to teraz Hiszpanie czy Francuzi. Nakręcił Porę mroku.

Czwórka przyjaciół przyjeżdża do opuszczonej fabryki na Dolnym Śląsku, w której rok temu zaginął brat jednej z uczestniczek wyprawy. Postanawiają zbadać sytuację i natrafiają na szpital psychiatryczny, gdzie akurat przebywa młodzież z poprawczaka, chcąca w ten sposób skrócić sobie czas męki w więzieniu. Okazuje się, że wszyscy są w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

Już od pierwszych kilku minut widać, że Pora mroku miała przerażać klimatem. Lokalizacja była do tego wręcz idealna. Przełom jesieni i zimy, opuszczona fabryka, szpital dla psychicznie chorych - lepiej być nie mogło. Wreszcie ktoś zauważył, że w naszych polskich rejonach istnieje potencjał na dobrą historię z dreszczykiem. Mimo wszystko, Kuczeriszka zawiódł fanów horrorów i to dość srogo. Dlaczego?

"Na wspólnej" w wersji sado-maso

Po pierwsze, do końca nie wiadomo, jakie kino grozy ma film reprezentować. Najpierw widzimy wąskie uliczki, wyniszczone budynki i dziwnych ludzi w sposób hipnotyzujący obserwujących głównych bohaterów, co przywodzi na myśl Hostel Rotha. Później następują liczne ucieczki charakterystyczne dla slasherów takich jak Teksańska masakra piłą mechaniczną, a następnie widzimy opowieść znaną już wcześniej z francuskiego przeboju Frontiere(s). Lecz to nie wszystko! Mamy tu również inspiracje Piłą, które nasilają się w scenach końcowych, gdzie dominuje głównie ciemna kolorystyka oraz mniej wymyślne pułapki przypominające pierwszą część amerykańskiego hitu. Wisienką na torcie są przebłyski pojawiające się przez cały czas trwania produkcji, które sugerują, że możemy mieć do czynienia ze zwykłą historią o duchach. Ta wybuchowa mieszanka przyprawia niestety o ból głowy. Nie wiemy, czego konkretnie oczekiwać po historii Dominika Wieczorkowskiego-Rettingera. Wprowadza on zbyt dużo wątków i rozwiązuje je w sposób absurdalny. Doskonale rozumiem, że chciał powielić schemat z USA, w którym szokujący i dobry horror musi posiadać zaskakujące zakończenie, lecz w tym przypadku ten motyw nie sprawdza się w ogóle. Co za dużo, to niezdrowo.

Jak współczesny horror to i gore - proszę Państwa, mamy krew!

Drugim poważnym mankamentem jest montaż. Kuczeriszka nie popisał się swoimi zdolnościami realizatorskimi. Film jest niespójny. Ma mnóstwo dziur i niedomówień, których twórcy nie tłumaczą. Sama atmosfera, zaprezentowana tutaj w formie specyficznej ciemnej barwy, nie wystarcza do stworzenia dobrej produkcji. Chaotyczność objawia się na każdym kroku. Spowodowana jest nie tylko przez wspomniane wcześniej przebłyski, ale również przez to, że film jest hybrydą innych pozycji kina grozy. Panuje tu zamęt, z którego ciężko wyjść szybko i sprawnie. Dlatego też obraz jest ciężki w odbiorze i trudno zrozumieć, co tak naprawdę się dzieje.

Jigsaw w Polsce byłby kobietą

A potencjał był duży. Samo wprowadzenie postaci nazistów było znakomitym posunięciem, gdyż ten problem jest zakorzeniony w naszej historię. Ostatecznie jednak, zmodernizowanie tego wątku wywołuje śmiech na sali. A może właśnie taka była idea, aby ośmieszyć pokolenie Hitlera i zrobić z niego bezwzględnych morderców? Frontiere(s) Gansa w podobny sposób portretowało neonazistów. Aczkolwiek filmowe zamieszki we Francji kontrastowały z terrorem, jaki dział się na granicy kraju. W Porze mroku nie ma żadnego kontrastu, więc wykorzystanie takich, a nie innych złoczyńców, wydaje się być odrobinę bezcelowe.

Jeszcze więcej gore! Strach się bać!

Kuczeriszka w wywiadach stwierdzał, że jego horror można sklasyfikować między Lśnieniem a Piłą. Przeliczył jednak swoje możliwości. Z obrazem Kubricka nie można go porównywać, gdyż jest nienaturalny i chaotyczny, zaś wszelkie skojarzenia do filmu Wana są zbyt wygórowane. Poziom brutalności między tymi dwiema produkcjami jest zupełnie inny. Mimo iż Pora mroku jest przeznaczona wyłącznie dla widzów dorosłych, to Piła dostarczała o wiele więcej emocji. Reżyser wykorzystał taryfę ulgową sądząc, że polscy widzowie nie są gotowi na większą dawkę tortur, krwi i flaków. Wręcz przeciwnie. Amerykanie i Francuzi co roku dostarczają nam pozycji z kina grozy, które przepełnionione są przemocą. Na ich tle "dzieło" Kuczeriszki wygląda jak bajka dla grzecznych dzieci.

Pora mroku miała być reaktywacją polskiego horroru. Wyszło niestety podobnie jak w przypadku wszystkich komedii romantycznych spod znaku "tvn". To tylko próba dosięgnięcia światowych standardów, która skończyła się tak jak zwykle - niepowodzeniem oraz ukazaniem braku doświadczenia i talentu polskich filmowców. Miejmy nadzieję, że w przypadku następnego horroru podejdą już do sprawy pod zupełnie innym kątem.