Powrócił naczelny moralizator XXI wieku. Jigsaw, pomimo wielu głosów krytyki, stał się w pewnym sensie kultową postacią współczesnej kinematografii. Jako połączenie Robin Hooda i księdza wymierza sprawiedliwość na własną rękę, a reszta świata go nie rozumie i traktuje jak zwykłego seryjnego mordercę. Lecz przecież sytuacja jest odwrotna. Gdyby jego działania nie były klarowne, to ludzie nie chodziliby do kin i nie mdleliby w trakcie projekcji. Widzowie jednak mają słabość do kontynuacji, a w szczególności do tych serii, które mają rozmach typowo serialowy. Nikogo więc nie zdziwiła premiera piątej części Piły.

Uwaga! Tekst zawiera fragmenty zdradzające treść filmu.

Jigsaw umarł. Wraz ze znalezieniem ciała można się domyślać, że sprawa została definitywnie zakończona. Niestety, jest to błędne myślenie. Agent FBI, Mark Hoffman, przeżył pułapkę Pana Układanki i postanawia kontynuować jego dzieło. Także wybiera grupkę powiązanych ze sobą osób, które mają cierpieć za grzechy, jakie popełniły. Ktoś jest jednak na jego tropie. Okazuje się bowiem, że agent Strahm również oswobodził się z sideł Jigsawa i za wszelką cenę chce powstrzymać Hoffmana od zabicia kolejnych ludzi.

Piła V

Mimo ogromnej popularności "prawowitego" mordercy, zastanawia mnie, dlaczego krytycy co roku piszą kolejne nowe recenzje, zamiast kopiować swoje wcześniejsze zdanie. Z Piły zrobił się horror-tasiemiec, tworzący motor napędowy każdego święta Halloween w Ameryce. Jest to, jak to nazwał mój kolega Spekkio w recenzji Eagle Eye, film-hamburger, tworzony tylko i wyłącznie dla przyjemności widza. Wcześniej mieliśmy niekończące się sequele Koszmaru z ulicy Wiązów, Piątku 13-stego czy Halloween. I dlatego Jigsaw nadal trwa, dzięki absurdalnym scenariuszom oraz przewidywalnej i prostej reżyserii kolejnych debiutantów, dla których Piła jest szansą na wejście do świata Hollywood.

Piła V

Czym się zatem przejmować? W końcu John ma dobre zamiary. Nikogo nigdy sam nie zabija, a przy okazji uczy ofiary swoich eksperymentów całkowicie innego spojrzenia na życie. Podobnie jak w przypadku Marka Hoffmana, który głównie ze względów osobistych stał się brutalnie atakującą ręką sprawiedliwości. Po co więc FBI i inne służby ścigają go, skoro tak naprawdę odwala za nich całą brudną robotę? To są pytania, na które nie będziemy w stanie odpowiedzieć, gdyż płytkość scenariusza powoduje, że nie wgłębiamy się intensywnie w psychikę zarówno ścigających, jak i ściganego. Taki schemat przejawiał się w każdej kontynuacji, powodując upadek świeżości znanej z pierwszej części. Im wyższy budżet, tym większy rozmach. Im większy rozmach, tym mniej uczucia beznadziejności sytuacji i strachu. Patrick Melton i Marcus Dunstan poszli na ilość w wybieraniu następnych ofiar, a poprzez wprowadzenie w międzyczasie narracji Strahma, uporczywie próbującego dogonić byłego agenta federalnego, zgubili sens i jakość opowieści. To jest chyba najważniejszy element, jakim my powinniśmy się przejmować.

Amerykańscy twórcy po raz kolejny traktują swoich potencjalnych odbiorców jak dzieci. Każdy element układanki jest podawany na tacy tak, że widzowie nie mają nawet okazji domyśleć się rozwiązania. Głównym tego powodem jest zdecydowanie zbyt duża przestrzeń. Mając w pamięci kultową już pierwszą odsłonę, gdzie podstawową lokalizacją była zniszczona łazienka, najprawdopodobniej w piwnicy.

Piła V

Zredukowanie możliwości jedynie do czterech ścian i dwóch osób potęgowało poczucie zagrożenia przede wszystkim poprzez klaustrofobiczne podejście do sprawy życia i śmierci oraz gry na emocjach. W Pile V właśnie tego najbardziej brakuje. Zamiast kreować nastrój grozy, zastępują go wymyślnymi i brutalnymi scenami mordów. To, co miało być ledwie dodatkiem, stało się głównym źródłem napięcia. Począwszy od części drugiej, twórcy trzymają się właśnie tego schematu, co sprawia, że każdy kolejny obraz nie zaskakuje, a wręcz nudzi sztampowym podejściem.

Piąty film z serii Piła różni się jednak jednym czynnikiem - zakończeniem. Nieważne, jak bardzo naciągane, groteskowe i absurdalne wydawało się rozwiązanie intrygi w dwójce, trójce i czwórce - zawsze w pewien sposób zaskakiwało widza. Produkcja Davida Hackla pozbawiona jest tego elementu zaskoczenia. Tak banalna i przewidywalna końcówka nie pasuje do aury reszty obrazów. Jako jedyna jest jasna, klarowna i nie potrzebuje słów wyjaśnienia. To ogromy zawód, gdyż po seansie jeszcze łatwiej jest zapomnieć o katastrofie, jaką nakręcił debiutant.

Niestety, ten horror będzie kontynuowany. Za rok pojawi się część szósta, która zakończy drugi już tryptyk z zastępcą Pana Układanki, Hoffmana, jako antybohatera. Najciekawszym elementem jest jedynie pudełko, jakie John przepisał swojej żonie w spadku. Jego zawartość jest nieznana tak jak to było z tajemniczą walizką w Pulp Fiction Quentina Tarantino. Jednak w Pile V nie unosi się wokół niego żadna jasność, podobnie jak wokół całego filmu. Potwierdza to zatem regułę powtarzaną przez wszystkich fanów Saw - każda kolejna część jest coraz gorsza.

Piła V

Zastanawia mnie, kiedy skończy się "piłomania". Popkulturowe tortury są w dalszym ciągu modnym tematem na film, co doskonale tłumaczy thriller Nieuchwytny z Diane Lane. Widzowie pragną widzieć śmierć na ekranie i czerpią z tego pewną masochistyczną przyjemność. To podświadoma chęć doświadczenia tego, co jest rzeczą niemożliwą w życiu codziennym. Tym samym, odreagowujemy wszelkie kataklizmy, które pasywnie i bezpośrednio oddziałują na nasz system. Piła V należy jeszcze do ery wojny w Iraku i Afganistanie. Ciekawe jak będą wyglądały horrory ery światowego kryzysu finansowego. Może dowiemy się przy okazji Piły VI?