[PROLOG]

Niebo było szare jak… coś bardzo dużego i szarego, zapomnijcie, nie mam weny na gradobicie epitetów. Gwiazdy świeciłyby jasno gdyby nie to, że właśnie siedziały w studio pomiędzy Kazią Szczuką i Wojciechem Jagielskim przeszukując labirynty mózgu w poszukiwaniu tej odrobiny inteligencji, o której wspominała pani od matematyki w przerwie pomiędzy malowaniem paznokci, a paleniem kubańskich cygar. Pośród ogromnych bloków, teoretycznie wpasowanych w szaro-burą koncepcję opowiadania, zaś w praktyce pobaźgranych wszystkimi kolorami sprayu jakie widział świat, przechadzał się Papkin. Pogrążony w filozoficznych rozważaniach niezrozumiałych dla zwykłych śmiertelników (dla niezwykłych zresztą również) sunął po chodniku z prawdziwą gracją i dostojeństwem. Przynajmniej tak zauważał przeciętny obserwator. W istocie Papkin starał się omijać co to większe ślady obecności psów (dużych!) w okolicy oraz płyty chodnikowe, na których stanięcie skończyłoby się osunięciem w głąb Ziemi i podróżą, przy której palpitacji serca dostałby sam Julek Verne. Gdzieniegdzie dumnie wypinali się ku publiczności ekshibicjoniści, ale wtedy otworzyły im się oczy i poznali, że są nadzy. Z szarości wyłoniła się pulchna postać. W prawej ręce dzierżyła bicz wielobrzemienny, w lewej zaś ognisty sztylet…

[ROZDZIAŁ I (i ostatni)]

- Gdzie resztunia? - purpurowej buziuchnie zatrzęsły się policzki ze zdenerwowania.

- Eeee… ke?

- Nie mam zielonego pojęcia, ale rzucanie sloganami zawsze robi wrażenie. - W tle rozbrzmiewało wycie wilków, efekt pracy mocno nieświeżego dźwiękowca, który pomylił po pijaku opowiadania. Człowiek człowiekowi wilkiem. - Już czas wybrać między tym co dobre, a tym, co łatwe - ciągnął pulchny chłopiec.

- Wolę zozole.

- Słucham?

- No… sam mówiłeś z tymi sloganami… - zapadła chwila niezwykłej konsternacji, po czym Kuba, bo tak było na imię pucołowatemu przybyszowi, wyciągnął cygaro, zapalił je, zakrztusił się, wypluł migdałki (oraz orzeszki i bakalie) i zaczął:

- Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia. Już wkrótce w mieście urośnie nowa potęga, taka, za którą warto oddać zdrowie i życie.

- Playback?

- Nie, za jakiś czas otworzą Galerię Krakowską. Ale tak, w Playbacku również dostrzegam potencjał… Moc jest w nim silna. Już wkrótce na placu boju pozostanie jeden zin, ten, który pogrzebie pozostałe. Jeden by wszystkimi rządzić. Jeden by wszystkie zgromadzić. Jeden, by wszystkie odnaleźć i w ciemności związać.

- Skąd wiesz to wszystko, ekscelencjo?

- David Harkley stawiał mi tarota. - Wyciągnął rękę: - Pomożecie?

- Pomożemy! - I choć nos jak haczyk, kurzą nogę i krogulcze miał paznokcie Papkin szybko poznał się na Loonie i jego projekcie. Porzucił dotychczasowe zajęcia i poświęcił się zinowi tak, że dziś może z dumą powiedzieć: "Panie prezesie, melduję wykonanie zadania".

[EPILOG]

Nawet, gdyby pomiędzy kroczącego dumnie Papkina wszedł teraz Michał Wiśniewski i Drużyna A - nic nie zabiłoby szarości i ogólnego przygnębienia wywołanego przez grafików i dźwiękowca, który po mega-kacu otrząsnął się na tyle, aby móc pełnić swoją funkcję. Papkin został zResetowany i ze straszliwym bałaganem w biednej głowinie (który notabene charakteryzuje ponoć geniuszy) szedł ku przyszłości, ku szczęśliwej wróżbie, ku umiejętnościom i talentom oraz ku mnóstwie równie patetycznych i budujących haseł. Zaś ślady jego przejścia znaczyć będzie chaos.