1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Painkiller: Overdose

Trzeba przyznać, że ostatnimi czasy kontakty na linii polsko-czeskiej są bardzo dobre. Daniel Landa - na którego koncerty przychodzi po 30 tys. osób, polecam zapoznać się z jego twórczością - zaprosił zespół Kult na wspólną trasę koncertową po Czechach. Do nie tak dawna internetowym hitem w Polsce była piosenka o Józefie z Bagien autorstwa Ivana Mladka - Czecha, oczywiście. Nie wolno zapominać też o tym, że polscy piłkarze ograli w towarzyskim meczu reprezentację Czech - jak wiadomo nic lepiej nie cementuje wspólnej przyjaźni jak mecz piłki nożnej. Jednak gdyby w naszym pięknym kraju wpływ na kontakty międzyludzkie miały gry komputerowe, podejrzewam, że taka sielanka nie trwałaby długo. Zamiast tego wszystkie kontakty z naszymi południowymi sąsiadami zostałyby zerwane, Kult zrezygnowałby z trasy z Landą, a polscy piłkarze wygraliby nie 2:0, a 6:0 i wszystkie gole strzeliłby Grzegorz Rasiak. Dlaczego? Odpowiedzią na to pytanie jest Painkiller: Overdose.

Ale dlaczego akurat Overdose, a nie np. Mafia, która przecież też wyszła spod rąk rodaków Karela Gotta? Ano dlatego, że Painkiller to dla polskich graczy tytuł niezwykle ważny. Była to gra, która pokazała w świecie, że Polacy potrafią robić gry, które mogą spokojnie konkurować z "tymi większymi". Kilka lat po premierze Painkillera, jego twórcy, People Can Fly, dostali niesamowitą szansę jaką było tworzenie pecetowej wersji Gears of War - dalej jak się wszystko potoczyło, wiemy wszyscy doskonale. A co z Painkillerem? Prawa do niego pozostały u wydawcy, czyli u panów z Dreamcatcher. Ci zaś nie zamierzali rozpaczać po stracie ludzi z Polski i zatrudnili naszych południowych sąsiadów. Wydawałoby się, że Czesi przychodzą na gotowe - marka pozostała, wystarczyło wymyślić kilka map, broni, potworków i będziemy mieli kolejną, udaną część Painkillera. Tak też zrobili, ale efekt, niestety, jest inny…

Painkiller: Overdose

Jak widać Czesi to naród ambitny. Nie zamierzali dalej wykorzystywać bohatera stworzonego przez naszych rodaków, tylko stworzyli własną historię, nijak niezwiązaną z tym, co widzieliśmy we wcześniejszych odsłonach. Painkiller: Overdose przedstawia nam historię półanioła i półdemona - syna jednego z posłańców niebios i panienki z piekła rodem. Jako że niebo i piekło od dawien dawna żyje ze sobą w konflikcie, nikt z wyższych (i niższych, jeśli mowa o piekle) sfer nie mógł pozwolić na legalizacje takiego związku. Problem w tym, że pojawiło się dziecko. No cóż zrobić, tak to już na świecie bywa. Jednak wiadome było, że nikt nie da zgody na to, żeby taki dzidziuś chodził sobie spokojnie po Świecie/Niebie/Piekle. Dlatego też zdecydowano się go zamknąć w klatce, gdzieś, gdzie nikt nie zagląda i zapomnieć. Tak też się stało, a nasz bohater mieszkał sobie gdzieś w okolicach Piekła i z dnia na dzień rosła w nim nienawiść do tych, co go na taki żywot skazali. Jednak pewnego gorącego dnia (jak to już w Gehennie bywa…), ktoś otworzył klatkę i pozwolił bohaterowi dokonać zemsty…

Painkiller: Overdose

Prawda, że interesujące? Fabuła pozwala nam na rozegranie trzech rozdziałów, po sześć poziomów na każdy. Przejście każdej lokacji zajmie nam ok. 20-30 min., a więc na cały Overdose musimy poświęcić trochę czasu. To spory plus, bo przecież należy pamiętać, że to tylko dodatek. Mechanika rozgrywki pozostała bez zmian. Cały czas chodzi o to, żeby na każdej lokacji wybić wszystkich wrogów w jak najszybszym czasie i czerpać z tego radość. Najgorsze jest to, że w Overdose tej radości z rozgrywki jest jakby mniej. Oczywiście, jeśli siądziemy do niego po ciężkim dniu pracy i chcemy się przy nim odstresować, możemy poczuć ulgę, bo mimo wszystko to ciągłe strzelanie do przeróżnych potworów może troszkę się podobać, ale… No nie ma w tym tego "czegoś", tego, co Painkiller robiony przez People Can Fly miał! Do podstawki czy dodatku Battle out of Hell siadałem, bo po prostu chciałem, łupanie przeciwników dawało niesamowitą frajdę. A Overdose niczym nas nie zaskakuje, a na dodatek strasznie nudzi. No i to tego dochodzą wady…

Painkiller: Overdose

Pamiętacie przeciwników z "jedynki"? Na każdym z etapów walczyliśmy z charakterystycznymi potworkami, które idealnie pasowały do niezwykłego klimatu każdej z lokacji. W Overdose jest zupełnie odwrotnie. Większość z nich biega po poziomach, nie wiedząc w ogóle, co one tutaj robią. Pomijając fakt, że większość z nich nie pasuje do danego miejsca - przeciwnicy są po prostu śmieszni! I nie chodzi tutaj o ich inteligencję. Otóż w Painkiller: Overdose atakować będą nas (uwaga!): grafficiarze strzelający do nas… farbą, kombatanci na wózkach inwalidzkich, krowa przebrana w strój rzeźnika, człowiek, który zamiast głowy ma piłę i najlepsza para - kurczaki (tak, tak, zwykłe kurczaki!) oraz… tekturowe manekiny! Do tej plejady gwiazd dochodzą jeszcze inne stworki, o których lepiej jak najszybciej zapomnieć. I jak wśród takich dziwów rozkoszować się rozgrywką? Zamiast tego lepiej usiąść i płakać. Choć po dłuższym zastanowieniu śmiać się nie ma z czego…

Lokacje są nieco lepiej wykonane od przeciwników, chociaż do tych z podstawki czy też dodatku, wiele im brakuje. Do dziś pamiętam Piekło czy też Wariatkowo z "jedyneczki" bądź Sierociniec i Wesołe miasteczko z dodatku. Po ukończeniu Overdose nie jestem w stanie sobie przypomnieć jakiegoś ciekawszego miejsca, które mogłoby pozostać w pamięci na dłużej. Za to twórcy zadbali o to, żeby przywróciły wspomnienia z Battle out of Hell. Otóż, moi mili, Czesi skorzystali z "Wesołego miasteczka" i wrzucili je do swojej gry. Połowa etapu jest dokładnie taka sama, jak w BooH. Szczerze powiedziawszy, mało obchodzi mnie to czy było to zrobione w zgodzie z People Can Fly czy też nie. W działaniach Czechów widać pewną niekonsekwencję - niby raz silą się na swoje pomysły, wymyślając nowe lokacje i nowych przeciwników, by potem skorzystać z pracy Polaków. Wprawdzie tylko jedna taka lokacja pojawiła się w grze, to potworów, które mogliśmy spotkać we wcześniejszych częściach, jest zdecydowanie więcej.

Skoro jesteśmy już przy lokacjach - właśnie z nimi związana jest jedna z największych wad Overdose, a właściwie z ich konstrukcją i braku bardzo istotnej rzeczy. Jak wiadomo, Painkiller to gra, której celem jest sprawianie graczom radości poprzez totalną rozwałkę. Spora liczba wrogów na ekranie, mnóstwo broni do wyboru i olbrzymie lokacje. Tak było wcześniej. Nie wiedzieć czemu, Czesi zrezygnowali z tego, aby gracz miał mnóstwo broni do wyboru (o tych za chwilę), a przede wszystkim, żeby miał do nich amunicję! Rozumiem taki zabieg w grach typu Condemned czy też Silent Hill, ale w tytule, w którym gracz skupia się na totalnej rozwałce? Kompletna głupota! I tak, na lokacjach, które odwiedzamy, skrzyń z amunicją jest jak na lekarstwo! Przez większość gry biegamy z resztkami amunicji i oszczędzamy ją, zamiast ładować cały magazynek we wroga. Często musimy ratować się też kostką, która zastąpiła dobrego i sprawdzonego Painkillera. Miało być trudniej, jest denerwująco.

Painkiller: Overdose

Bronie w Painkiller: Overdose są właściwie nijakie. Niby jakiś pomysł był, ale nie wyszedł, tak jak powinien. Korzystać będziemy ze specjalnej kostki, która dosłownie mieli przeciwników, strzelby, kołkownicy, serca(?), które "strzela" specjalnym laserem, broni, która przypomina granatnik, tyle że strzela jakimś dziwnym kwasem i mini-guna. Czyli mówiąc krótko, nic specjalnego. Dodatkowo każda z broni ma "tryb specjalny", który w połączeniu ze zwykłym strzelaniem może przynieść ciekawy efekt. I tak strzelba może "usztywnić" przeciwników dziwnym błockiem, mini-gun ma wyrzutnię rakiet itd.. No tak, ale to już wszystko było…

Czym byłby Painkiller bez pojedynków z bossami? Painkillerem: Overdose. Owszem, na całą grę przypadają dwie walki ze specjalnymi przeciwnikami, ale we wcześniejszych częściach każdy z bossów dosłownie wgniatał w ziemię! A tutaj… jeden to tylko większa wersja potwora, który pojawia się dość często w pierwszym rozdziale, a drugi to archanioł, który nie imponuje nam niczym. Gdzie się podziały te wielkie kolosy, które potrafiły samym tupnięciem odebrać pół życia bohaterowi?

Painkiller: Overdose

Byłbym zapomniał - w Overdose pojawiają się znane Karty Tarota, których zdobycie pozwala zakupić kilka ulepszeń pomagających w rozgrywce. Tylko czy będzie ktoś, komu będzie się chciało zdobywać wszystkie sekrety, zbierać wszystkie dusze skoro już zwykła siekanina strasznie nudzi? Mnie się nie chciało…

Graficznie Overdose uległ lekkiej poprawie. Myślałem, że będzie trochę gorzej, bo gra korzysta z tego samego silnika co wcześniejsze tytuły, jednak oprawa aż tak bardzo się nie zestarzała. Nie można porównywać jej do gier, które wykorzystują najnowsze technologię, ale nie jest źle. Gorzej jest z audio. Muzyka po prostu do rozgrywki kompletnie nie pasuje. Dobre, ciężkie brzmienia znane z podstawki i dodatku zamieniono na… No właśnie, na co? Na muzykę przez całą grę nie zwróciłem praktycznie uwagi, co nie świadczy o niej zbyt dobrze.

Cóż, troszkę po Overdose sobie pojechałem, jednak nie da się ukryć, że to dużo, dużo, dużo gorsza wersja naszego rodzimego Painkillera. Nie rozumiem, po co ktoś miałby wydawać 40 zł, skoro można za 20 zł kupić dużo lepszą Black Edition, która da nam dużo więcej frajdy, potworów i lokacji, a przede wszystkim rozrywkę na bardzo wysokim poziomie. Painkiller: Overdose to gra po prostu słaba. Nie polecam.