"W świecie sycylijskiej mafii złamanie zasad omerty oznacza hańbę i śmierć..." - te słowa możemy przeczytać na odwrocie powieści Mario Puzo. Czyż ostatnie wyrazy nie zachęcają do sięgnięcia po tą pozycję? Przyznam, że miałem małe obawy, czy wydana pośmiertnie "Omerta"* jednego z moich ulubionych pisarzy sprosta oczekiwaniom i wciągnie mnie równie mocno jak "Sycylijczyk", czy w moim guście dzieło wybitne - "Ojciec Chrzestny". Na dobrą sprawę, książka ta utwierdziła mnie tylko w przekonaniu, że Puzo to prozaik, bez wątpienia świetny.

Omerta

Powieść zaczyna się ciekawie i od pierwszej strony przykuwa oko Czytelnika; nie pozwala odstąpić ani na moment. Bo czy słowa "śmierć", "planowanie zabójstwa", "zemsta" nie pobudzają? Nic innego nie zachęca bardziej, jak interesujący, krótki i na temat opis, i mocne słowa, wywołujące "podjaranie" u Czytającego.

Fabuła dzieje się, podobnie jak w wymienionych we wstępie innych książkach Mario Puzo, w XX wieku, a raczej pod jego koniec (pomijając prolog). Ktoś naprawdę pragnie śmierci jednego z najdostojniejszych bossów - don Raymonde'a Aprilego. Był on niegdyś wspaniałym i jednym z czołowych mafioso Stanów Zjednoczonych, lecz powoli, powoli zaczął się wycofywać z czarnych interesów i postanowił zmienić swoje życie na bardziej uczciwe, choćby przejęciem i zajmowaniem się bankami, z których zyski były sporych rozmiarów. Don Raymonde Aprile, odchodząc od świata przestępczego, stracił wszelkie kontakty z większością przyjaciół. Poniekąd i tak prawie wszyscy trafili za kratki, wsadzeni przez praworządnego nowojorskiego szefa FBI Kurta Cilke. Wyjątkiem był choćby don Aprile, który zaczął prowadzić - jeśli można to tak ująć - normalne życie. Cilke nie miał na niego żadnego haczyka, a ponadto boss Raymonde wiedział o Cilke coś, czego nie spodziewał się szef FBI. Morderstwem don Aprile nie zainteresowała się ani policja, ani federalni poza Kurte'em i bratankiem dona Astorre Viola, który przeobraża się z zabawnego śpiewaka w opanowanego, ale z zasadami mężczyznę, dążącego za wszelką cenę do złapania zabójców jego przybranego ojca. Dzieci don Raymonde są zaskoczeni tą nagłą przemianą Astorre'a i nie do końca zgadzają się z jego decyzjami.

Bardzo, ale to bardzo spodobała mi się postać Violi, który zgrywał na początku dobrodusznego młodego faceta, uwielbiającego konną jazdę i śpiew, a tak naprawdę okazał się, czego można było się spodziewać, osobą "godną poszanowania" i bezwzględną. Puzo udało się stworzyć jeszcze bardziej przekonującą osobę, niż główny bohater "Sycylijczyka". Przez książkę przeplata się spora ilość czarnych charakterów - postaci przebiegłych, byle tylko mieć jakieś korzyści - że tak naprawdę nie do końca wiadomo, kto trzyma z kim, a kto ma nad nimi wodzę.

W "Omercie" znalazło się kilka nagłych zmian w akcji, które mnie zaskoczyły. Oczywiście in plus. Takich momentów nie brakuje w niej, ba, wręcz obfituje nimi. Od początku do samego końca trzyma w napięciu i nie pozwala zamknąć powieści, póki nie zobaczymy jej końca. Książkę tę czytało mi się z wielką pasją i nie żałuję poświęconych chwil, aby rozwikłać wraz z Astorre tą zawiłą historię, która okazuje się wcale nie tak tajemnicza i dość łatwa do przewidzenia (poza paroma wyjątkami).

Książki Mario Puzo mają to do siebie, że każdą czyta się lekko, a zarazem przyjemnie. Czas przy "Omercie" upłynął mi bardzo szybko, ani się nie spostrzegłem, a już koniec. Chciałoby się czytać i czytać, a porównując objętościowo, jest nieco krótsza od "Sycylijczyka", a o "Ojcu Chrzestnym" nie wspomnę. Świetnie oddziałuje na wyobraźnię Czytelnika i po ukończeniu zostawia "bliznę" taką, że nie sposób zapomnieć i chce się aż do "Omerty" wrócić i raz jeszcze przeczytać ów dzieło. Z nie mniejszym umiłowaniem, jak za pierwszym razem. Czy potrzeba jeszcze czegoś? Tylko naprawdę dobre powieści tak na nas działają. I z pewnością do takich zalicza się "Omerta".