Dean Koontz z pewnością jest jakąś małą fabryczką doskonałych pomysłów, zamkniętą w ludzkim ciele. Pomimo tego, iż wciąż powieści spod jego pióra taśmowo opuszczają drukarnie, a sam autor nie zatrzymuje się nawet na chwilę, jakimś cudem nie traci wysokiej formy. A wręcz przeciwnie. Odkąd się podniósł po małym kryzysie, chciałoby się rzecz średniego wieku (lecz chyba bardziej by tu pasowało - literackiego stażu), każdą kolejną książką stawia sobie coraz wyższą poprzeczkę. Co więcej, za każdym razem ją podbija.

W ostatnich tygodniach, nakładem wydawnictwa Albatros, ukazały się w Polsce dwa tytuły (a praktycznie ich reedycje) - Mąż i Ocalona, które z dnia na dzień zajęły wysokie miejsca w notowaniach poszczególnych księgarń. Dziś skupimy się na tej drugiej powieści, z samolotem na okładce i skojarzeniami, które w pierwszej chwili rysują w głowie obraz jednego z najbardziej znanych seriali ostatnich lat - Lost. Na szczęście poziom książki stoi na znacznie wyższym poziomie, a historia, choć nie braknie w niej odrobiny mistyki i science-fiction, jest spójna i ciekawa.

Koontz w nowszych książkach jakby porzucił swoją fantazję, zaniechał wplatania do powieści kryminalnych i thrillerów wątków dosyć fantastycznych i trudnych do przyjęcia nawet dla najbardziej łatwowiernego człowieka. O ile w jego starszych książkach nie przepadałem za wątkami pasującymi idealnie do Archiwum X, tak teraz, mówię z czystym sercem, cieszę się, że mieliśmy szansę powrócić do tego, co go charakteryzowało w samych początkach działalności. Jest tylko jeden szczegół... Teraz to wszystko wygląda znacznie lepiej.

Na początku historii poznajemy Joe'go Carpentera, który od roku nie może się pogodzić ze stratą ukochanej małżonki i córeczek. Nie może zrozumieć, czemu to własne one musiały zginąć wraz ze wszystkimi pasażerami pechowego lotu. W rocznicę śmierci, gdy planuje odwiedzić cmentarz, zaczynają dziać się dziwne rzeczy, a sam Joe zaczyna żyć nowymi nadziejami. Tajemnicza kobieta, którą spotyka, jest przekonana, że była na pokładzie maszyny, a co więcej ma dla niego coś do przekazania. Znika jednak bez wieści, a główny bohater rusza na poszukiwania, natrafiając na swej drodze na tajny, wojskowy ośrodek. Czy więc jest jakaś szansa, że dziewczynki przeżyły?

Ocalona zaczyna się dosyć smętnie, powoli wprowadza nas w życie człowieka, który w jeden dzień stracił wszystko. Autor daje nam czas, abyśmy się wczuli w jego sytuacje. Lecz kiedy nadchodzi odpowiedni czas, rzuca nas w wir zdarzeń i aż do ostatniej stronicy mamy praktycznie zerowe szanse na porzucenie lektury. To naprawdę wciąga. Koontz należy do tych pisarzy, których się czyta jednym tchem, z ogromną przyjemnością nie odstępującą nas nawet o krok.

Ocalona

Oprócz interesującej historii, książka na pewno przyciąga doskonałym przedstawieniem postaci. Carpenterowi serdecznie współczujemy przez wszystkie ponad czterysta stron i trzymamy kciuki, mając razem z nim nadzieję, że jednak jest jakaś szansa dla jego rodziny. A jeśli już docieramy do momentu, kiedy wydaje się, że cała sprawa zostanie wyjaśniona, nagle wszystko, co wiemy, wywraca się do góry nogami. Z minuty na minutę jesteśmy zdezorientowani, ale co więcej... Jeszcze bardziej chcemy poznać zakończenie. Nie ma co tu wiele mówić. Takie książki powinny być obowiązkową lekturą dla fana thrillerów.

Szkoda tylko, że mamy tak mało świetnych tytułów dostępnych na rynku. Chociaż w gruncie rzeczy należy się cieszyć z tego, co jest, bowiem Ocalona jest z pewnością jedną z lepszych powieści Deana Koontza, którą poleciłbym każdemu, a zwłaszcza fanom prozy tegoż autora, jak i opowieści z Archiwum X. Jeśli więc zastanawiasz się, którą z książek wybrać by na długą podróż, twoja decyzja powinna dziś być znacznie łatwiejsza. Masz przecież Koontza...