Jeżeli masz nieznośnie męczące młodsze rodzeństo/kuzynostwo, dzieci, które raz po razie doprowadzają cię do stanu skrajnego wyczerpania, a psychiatra zarobił krocie na twoich załamaniach nerwowych, to wybierając się z dzieciarnią na Noc w muzeum zyskasz w najgorszym wypadku spokojne popołudnie, a w najlepszym - ciekawie spędzony czas.

Noc w Muzeum

Nie ukrywam, że na film wybrałem się głównie ze względu na walczące we mnie, skrajne stanowiska. Z jednej strony gdy na ekranie pojawia się Ben Stiller, którego miłośnicy komedii kojarzą z naprawdę udanych kreacji w "Poznaj mojego tatę", "Starsza pani musi zniknąć" i "Nadchodzi Polly" oraz Robin Williams, co to potrafiłby z expose premiera Kaczyńskiego zrobić fantastycznie zabawny skecz, musi być przynajmniej zabawnie, z drugiej zaś... cóż - film, w którym eksponaty z muzeum ożywają na noc w wyniku działania starożytnych czarów wydawał się, przyznacie chyba, kiczowaty już w samych założeniach. W ostatecznym rozrachunku Noc w muzeum to niezłe, familijne kino, idealne na sobotni wypad z rodzinką do pobliskiego multipleksu.

Noc w Muzeum

Życie, życie jest nowelą

Zawiązanie akcji nie należy do specjalnie oryginalnych. Oto Larry Daley znalazł się na kolejnym, życiowym zakręcie. U boku żony, z którą rozwiódł się jakiś czas temu, pojawił się nowy mężczyzna. Co więcej szefostwo sprawiło mu niezbyt przyjemną niespodziankę w postaci zupełnie niespodziewanego wypowiedzenia. Nie chcąc opuszczać miasta (a przede wszystkim ukochanego synka) za chlebem - Larry przyjmuje posadę stróża nocnego w pobliskim Muzeum Historii Naturalnej. Przybytek okazuje się być naprawdę interesujący. Zwiedzający mogą podziwiać zarówno wypchane zwierzęta, jak i woskowe figury postaci historycznych, makiety z miniaturowymi figurkami Rzymian i Azteków oraz idealnie zrekonstruowany szkielet T-Rexa. Gdy jednak zwiedzający opuszczają muzeum, a zegar wybija 12, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystkie figury ożywają, a Larry rozpoczyna walkę o własne być, albo nie być.

Woskowy prezydent

To jednak nie koniec. Prawdziwym wyzwaniem okazuje się nie tyle przeżycie jednej nocy w towarzystwie rwących się do bitki figurek, krwiożerczych bestii i postaci prosto z kart historii Stanów Zjednoczonych, ale utrzymanie tego miejsca przez kolejne dni. Dzięki radom prezydenta Roosvelta, własnej determinacji oraz pomocy poprzednich stróżów nocnych sytuacja Larry'ego w jakimś stopniu się poprawia. Przynajmniej do chwili, gdy...

Noc w Muzeum

Życie jest jak pudełko czekoladek

Cóż, więcej zdradzić nie chcę i nie mogę, bo mijałoby się to z celem. Cały obraz jest nie tyle rzeczywiście śmieszny, co szalenie optymistyczny i radosny, dzięki czemu, choć gagów w naturalnym tego słowa znaczeniu nie znajdzie się tu wiele, uśmiech nie opuszcza widza niemal przez cały czas. Warto zwrócić uwagę na trzymający w napięciu, mistrzowski finał w starym, dobrym stylu i szalenie przesłodzony, ale przez to idealnie wpasowany w konwencję, Happy End przez wielkie "H".

Noc w Muzeum

Habeus Adamczyk!

W pracach nad lokalizacją wziął udział jeden z najpopularniejszych aktorów, polskich ostatnich lat - Piotr Adamczyk, który podłożył głos pod zmęczonego życiem Daleya. Warto też wspomnieć o niezłej kreacji Lucyny Malec. O ile momentami dawało się wyczuć jakiś tam brak synchronizacji ust z wymawianymi kwestiami, to w porównaniu choćby do recenzowanego ostatnio Eragona - niebo, a ziemia. Cieszy również całkiem szczęśliwy dobór głosów. Jedyne, do czego można się przyczepić to tendencja do "ziomalizowania" dialogów, którą zespół polonizacyjny zaprezentował wpychając wszędzie pseudo-młodzieżowe zwroty i zdrabniając pieszczotliwie jakie tylko imię się da. Brawa należą się za kilka rodzimych akcentów.

Wojownik z nikąd

Noc w muzeum to 100 minut rozrywki dla całej rodziny na całkiem wysokim poziomie. Dość wyraźnie widać inspirację Jumanji i choć Joe Johnston, reżyser tegóż, może spać spokojnie, bo do jego kultowej komedii Nocy w Muzeum wciąż daleko, ogląda się ją przyjemnie. W chwili, gdy kino pełne jest mocno przereklamowanych gniotów, warto się wybrać na produkcję nie aspirującą do miana kultowego obrazu, ale zapewniającą naprawdę sporo autentycznej frajdy.