1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz

Sidney Lumet od czasu do czasu prezentuje całemu światu swoje kolejne filmy. Nie za często, nie za rzadko. Może to jest jakaś recepta na utrzymanie wysokiego poziomu, którego często innym brakuje. W każdym razie, po dosyć obfitym dla Lumeta okresie (w którym m.in. mogliśmy oglądać "Serpico"), musiał nastąpić ten czas, kiedy to każdy kolejny film był coraz gorszy. W końcu w 2006 r. powrócił do wysokiej formy z "Find Me Guilty" (Vin Diesel w niecodziennej dla niego roli) i na nowo podbił serca wielu widzów. "Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz" jest kolejną szansą na udowodnienie, iż wielki reżyser jeszcze nie odszedł i ma się całkiem dobrze.

Andy wiedzie spokojne, nudne i niezbyt szczęśliwe życie. Ma dobrą pracę i ogromne długi, żonę z którą mu się nie układa, brata nieudacznika, który tonie w problemach, niekochających rodziców. Za to może od czasu do czasu, regularnie sobie przyćpać. Obmyślił jednak plan, który pozwoli mu rozwiązać większość problemów. Zatrudnia więc brata do brudnej roboty i zleca mu obrabowanie sklepu jubilerskiego ich własnych rodziców, na swoje moralne usprawiedliwienie mając ogromne ubezpieczenie, które pokryłoby straty rodzicieli. Proste, nie? W takim razie poznaj pana Lumeta, u którego nic nie jest proste.

Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz

Film jest dokładnie taki sam jak życie Andy'ego. Historia toczy się spokojnym, ślamazarnym wręcz tempem, z ekranu czasami powiewa nudą, a i zakończenie jest niezbyt szczęśliwe. Myślisz, że na tym recenzja powinna się skończyć? Z pewnością by tak było, ale najnowszemu tworowi Sidneya Lumeta nie można odmówić pewnego uroku. Już sama obsada powinna przyciągnąć nawet co wybredniejszych wielbicieli kina. Albert Finney, Philip Seymour Hoffman, czy wreszcie nieco zapomniany w ostatnich latach Ethan Hawke. Reżyser dokładnie wiedział jak wycisnąć z nich ostatnie soki, przez co na ekranie obserwujemy prawdziwą batalię uczuć targających każdym z bohaterów. A ziemia nigdy nie była im lekka. ;)

Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz

"Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz" jest niemalże bliźniaczo podobny do innego filmu z tego okresu, "Snu Kasandry" również wielkiego reżysera, jakim jest Woody Allen. Nie znaczy to jednak, że gdy oglądałeś jeden, drugi możesz sobie odpuścić. O nie mój drogi, to byłaby za duża strata dla twojego wiecznego głodu na kinematografię. U Lumeta całą historię obserwujemy jakby przez szkło, z pewnego dystansu, chłodnym okiem. Niczym pełen rutyny lekarz badający kolejnego, umierającego pacjenta. Sceny, jak w teatrze, toczą się aż do zejścia głównych postaci z desek pierwszego planu. Tutaj na wszystko jest czas, nic nam nie umknie.

Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz

Dzięki temu możemy doskonale dostrzec zmieniające się przez cały film uczucia bohaterów. Niemalże wejść w ich psychikę i zobaczyć co im w duszy gra. A warto choć trochę uwagi poświęcić rozwijającym się wraz z kolejnymi minutami filmu relacjom pomiędzy braćmi i ojcem. Lumet uwiecznił tu dosyć interesujący portret psychologiczny, można by rzec, wielu współczesnych rodzin.

Przy wiecznie przedłużających się scenach, mamy także okazję dostrzeżenia pewnych aspektów, na które normalnie widz nie zwraca najmniejszej uwagi. A widać, że twórcy włożyli wiele pracy w polerowanie nawet najmniejszych szczegółów - scenografia momentami wręcz urzeka i stanowi doskonałe uzupełnienie rozgrywającej się na naszych oczach historii. Tutaj nawet drobny przedmiot może mieć wpływ na nasz odbiór. No i jeszcze jedna sprawa, o której nie mógłbym zapomnieć. W "Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz" mamy okazję obserwować każdego bohatera po kolei i z osobna. A przez suche spojrzenie kamery zaczynasz u każdego z nich dostrzegać niewinność. To nie oni zawinili, to życie. A raczej fatum ciążące nad nimi. Wygląda znajomo, nie?

Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz

Niestety znajdziemy też w tym filmie parę minusów, które skutecznie odstraszą większość widzów. Pisałem, że sceny są długie i starannie wykonane, lecz ma to też drugą stronę. Po pewnym czasie film zaczyna się po prostu niemiłosiernie dłużyć i od odejścia od ekranu ratuje tylko chęć poznania fascynującej historii i to jest niestety niezaprzeczalny fakt. "Nim diabeł dowie się, że nie żyjesz" jest także bardzo mroczny i nie brakuje w nim elementów psychodelicznych (ot wspomniana wyżej scenografia). Przez co czyni go filmem trochę cięższym w odbiorze i za bardzo nużącym dla niedzielnego fana filmów sensacyjnych. Ale jeśli nie podchodzisz pod tę grupę ludzi, oraz darzysz szczególną sympatią pana Lumeta lub nawet Woody'ego Allena to powinieneś się skusić. A widzowie pomiędzy tymi dwoma grupami oglądają film na własne ryzyko. Choć myślę, że warto zaryzykować...