1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Neverwinter Nights 2: Maska Zdrajcy

Miał być godny następca Planescape: Torment. Obiecywali fenomenalną, zapierającą dech w piersiach fabułę, wspaniałe i rozbudowane dialogi, nasze decyzje miały wpływać na losy świata, a uczynki odbijać się echem wśród każdego NPC jakiego spotkamy. Dodatek miał być po stokroć lepszy niż podstawka, pisane mu było wyznaczać nowy kierunek dla komputerowych cRPG-ów. Miał być hitem przez duże H. A ja wam powiem, że wyszło z tego gówno przez duże G. Szymon Radzewicz, witam państwa i zapraszam do lektury.

CD Projekt jak zwykle zaliczył obsuwę premiery, z listopada na grudzień. Niezbyt zaskoczony taką postawą naszego rodzimego "giganta" (w końcu ostatnio zdarza się mu to nader często, pozdrowienia dla fanów Gears of War) uzbroiłem się w cierpliwość, zgrzytałem zębami z zazdrości czytając opinie ludzi, którzy skusili się na wersję ENG oraz wypatrywałem przez okno jakiegoś listonosza. Przykrą perypetię z Pocztą Polską pozwolę sobie pominąć, najważniejsze, że w końcu zlodowaciała paczka z grą wylądowała na moim odrapanym biurku.

Wielki pluszowy misio. Tylko się przytulić!

Radości nie było końca. Podstawowego NWN2 przeszedłem trzy razy, na Maskę Zdrajcy czekałem z zapartym tchem na bieżąco śledząc kolejne świeże doniesienia z placu boju. Teraz, kiedy pożądana gra znalazła się już na moim dysku twardym w końcu mogłem się odprężyć, zrelaksować i …nie, to by było zbyt proste, aby po prostu włączyć grę. Autouploader Obsidianu oszalał, gdy spróbowałem zaktualizować moją MZ do najnowszej wersji. Być może to wina Visty, być może dziwacznego wydawania łatek przez CDP, w każdym razie dopiero po kilkudziesięciu minutach spędzonych w Internecie znalazłem rozwiązanie problemu. Dzielny i niezrażony w końcu mogłem zacząć swoją przygodę z Maską Zdrajcy.

Ta zabita dechami wieś to właśnie główne miejsce akcji

Ładne menusy, klimatyczna muzyka. No no, nie jest źle. Pogrzebałem troszkę w opcjach, włączyłem najwyższe detale i wszelkie pozostałe szmery-bajery, zwiększyłem głośność muzyki i uderzyłem prosto w kampanię dla pojedynczego gracza. Tutaj pojawiło się pierwsze poważne, niemiłe zaskoczenie, bowiem przy maksymalnych ustawieniach grafiki mój komputer uzyskał niesamowicie wydajny wynik trzech fpsów na sekundę. Coś chyba było nie tak, zwłaszcza że Crysis przy takich samych ustawieniach tych fpsów zawsze miał ponad dwanaście. Cóż, pokornie zmniejszyłem moje wygórowane wymagania względem wizualnej strony gry (jakby jeszcze było co podziwiać), po czym w końcu mogłem zacząć na dobre swoją przygodę z Maską Zdrajcy.

Emmm...WTF?

Miało być epicko. Nasz (oczywiście własnoręcznie stworzony!) hero jest tym samym portowym szczurem, którym zaczynaliśmy grę w podstawce. Zdobywszy tam odpowiednie doświadczenie i obycie w dziedzinach walki czy magii na nowo rozpoczyna swoją przygodę, tym razem już z dwudziestym poziomem doświadczenia. Dla wyjaśnienia dodam, że dwudziesty poziom to w systemie Dungeons & Dragons 3,5 limit dla dzielnych i odważnych poszukiwaczy przygód, potem są już tylko poziomy epickie. Chodzi mi tutaj o boskich avatarów, pomniejszych bogów, potężnych pozasferowców i tym podobnych. Szkoda tylko, że przez niemal całą grę tej epickości nie czujemy nawet za grosz.

Ale ona naprawdę podała mi ten adres!

Wszystko za sprawą fatalnego "dostosowania" świata gry do tak wysokiego poziomu doświadczenia naszego pupila. Z tak potężnym głównym bohaterem powinniśmy mierzyć się ze smokami, pradawnymi liszami, arcymagami, demonami prosto z najniższego poziomu dziewięciu piekieł czy innymi półbogami. Obsidian poszedł jednak na łatwiznę i (głównie w początkowej fazie gry) walczymy z odpowiednio potężniejszym bestiariuszem znanym z poprzedniej części. Co powiedzie na thayjskiego gnolla 15 poziomu? A czemu ten głupi zwierzak jest tak potężny? No, to już nie jest wytłumaczone, ale najważniejsze, żeby walki nie były zbyt proste. Tak samo sprawa ma się z ekwipunkiem. O ile w pierwszym Neverwinter Nights, przechadzając się w tytułowym mieście, można było czasem się natknąć na jakąś beczułkę z 2-3 sztukami złota, o tyle teraz w takim beczkach leżą odłogiem sumy przekraczające kilka tysięcy. Żałość, zwłaszcza, że zaraz obok stoi pijany marynarz zrzędzący na brak najmniejszych nawet funduszy do przepicia.

Minister edukacji trochę przesadził z tymi lekturami

Fabuła również mnie nie porwała. Choć muszę przyznać, pod tym względem jest już o wiele bardziej "epicko". Stajemy przed bardzo ważnymi moralnymi wyborami, wplątujemy się w konflikt tak potężny, że sięgający naturalnych praw życia i śmierci, ponadto z pewnym potężnym bogiem oraz jego boskimi pomagierami mamy ostro na pieńku. Mimo całej tej "epickości" fabuła jednak nie powala na kolana. Za mało jest tutaj zwrotów akcji, ponadto głównego wątku jesteśmy się w stanie domyślić w jakieś… 20 minut gry. Nie pomagają również NPC, którzy są o wiele mniej barwni i charakterystyczni niż ich poprzednicy z podstawowej wersji. Gdzie im do mędrca Aldanona granego przez Krzysztofa Kowalewskiego czy tajemniczej, ponętnej Torio.

To się nazywa... emmm... epicka... emm... walka?

Podobnie ma się sprawa z naszymi towarzyszami. Gdzie im do słodkiej diablicy Neeshki czy potężnego, dumnego ale i zabawnego krasnoluda Khelgara. O wrednym czarodzieju Sandzie nie będę już wspominał. Tym razem trafiła się nam znacznie słabsza plejada gwiazd. Bohaterowie nie są tak wyraziści, nie rzucają tak ciętych i zabawnych tekstów, ponadto nie maja tyle do powiedzenia co ich poprzednicy. A szkoda, bo to właśnie nasi towarzysze byli jedną z głównych przyczyn sukcesu poprzednich części. Szczegółowy opis nowych postaci niezależnych znajdziecie zresztą obok.

Prawdziwie epicka drużyna

A jak ma się sprawa z grafiką? Pod względem wizualnym Obsidian dał ciała na całej linii. Optymalizacja jest po prostu KOSZMARNA, o czym mogliście przeczytać już wcześniej. Zaawansowanie cienie przyprawiają o czkawki nawet najpotężniejsze komputery, a grafika sama w sobie jest już po prostu brzydka. Wszystko wygląda "w miarę" jedynie przy najbliższych zbliżeniach, im dalej odsuniemy się z kamerą tym gorzej, ponadto większej czkawki dostaje nasz komputer. Już nawet efekty czarów nie robią na mnie wrażenia, choć kiedyś gotów byłem wyzwać każdego drania, który mówił źle o fajerwerkach związanych z magią. Czas leci do przodu, najnowsze dzieło Obsidianu jednak niekoniecznie. Grafika, jak na dzisiejsze czasy, jest po prostu brzydka; w konfrontacji z rodzimym Wiedźminem, Gothic 3 czy Oblivionem z poprzedniego roku wypada skandalicznie słabo. Gdyby chociaż nadrabiało to grywalnością…

Awans! Uwielbiam ten moment w cRPG

Ale tak niestety nie jest. Jeżeli sadziłeś, że rozgrywka w podstawowym Neverwinter Nights 2 była ślamazarna, tutaj po prostu zaśniesz przed monitorem. Z wielkim bólem ruszamy wszystko do przodu i chociaż zdarzają się momenty ciekawe, wciągające, a nawet klimatyczne i budujące wspaniałą atmosferę, są to jednak tylko rzadkie perełki. Tereny, które przyjdzie nam odwiedzać, zadania, które przyjdzie nam wykonać… wszystko zostało bezczelnie wyssane z tego wciągającego klimatu, jaki oferowała podstawka. Co wrażliwsi mogliby nawet sądzić, że dodatek został stworzony poniekąd na siłę. Wszystko jest tutaj ograniczone, nieścisłe i mało rozbudowane. Gdybym był wredny, mógłbym nawet powiedzieć, że widziałem amatorskie modyfikacje niewiele gorsze niż Maska Zdrajcy. Jestem rozczarowany i to bardzo.

Powiedz "przyjacielu" i wejdź!

Na całe szczęście dodatek wprowadza kilka ciekawych nowości. Pierwszą, a zarazem najbardziej charakterystyczną z nich jest możliwość "zjadania" dusz. W Masce Zdrajcy będziemy zmuszeni do nieustannego pożerania tych biednych esencji istnienia, w przeciwnym razie sami padniemy z głodu. A czemu właśnie tak? Trzymam język za zębami, w przeciwnym razie musiałbym zdradzić wam jedną z zalet fabuły.

Paladynka sieje prawdziwy popłoch pośród wampirów

Skoro mamy epicką kampanię, dostajemy również epickie czary, atuty oraz przedmioty. Co powiecie na obszarowe zaklęcie, które zamienia wszystkich wrogów na terenie działania w …kurczaki? Albo miecz +5 zadające kolejne 4k6 obrażeń od kwasu. Dodajmy do tego pełnopłytową zbroję uodparniającą nas na ogień, dodatkowo zwiększającą naszą premię od pancerza o 6 punktów. Nie zapomnijmy dobrać do tego atutu zwiększającego naszą wytrzymałość o 30 punktów. Oczywiście na stałe.

Ładny widok. Prawie jak Baldur's Gate!

Maska Zdrajcy to ponadto dwie nowe klasy podstawowe oraz kilka klas prestiżowych. Mamy nowego "ulubieńca bogów" oraz "kroczącego w snach", nie są to jednak profesje zbyt ciekawe czy oryginalne, wbrew swoim egzotycznym nazwom. Nowe klasy to po prostu kompilacje starych, przykładowo zmieszanie kleryka z łowcą, czy wojownika z zaklinaczem. Takie udziwnienie na siłę.

Moim skromnym zdaniem Obsidian po raz kolejny pokazał, że nie potrafi zrobić świetnej gry. Jest zaledwie cieniem Black Isle i BioWare. Spartaczyli Knights of the Old Republic 2, nie pokazali klasy przy Masce Zdrajcy, daleko im do takich dzieł jak Baldur's Gate czy Planesape: Torment. Tym bardziej dziwi mnie fakt, że mają odwagę porównywać swoją produkcję do tego ostatniego. Równie dobrze można porównywać Terrorist Takedown do Modern Warfare. Podobieństwa oczywiście są, ale nawet one różnią się pod względem jakości wykonania.

Standardowa bomba w żołądek przydaje się nawet w epickich przygodach

Tym optymistycznym akcentem pragnę zakończyć tą recenzję. Maska Zdrajcy i tak sprzeda się świetnie, ludzie będą wniebowzięci rozbudowaną fabułą i wspaniałymi dialogami, serca fanów rozgorzeją za pomocą zaledwie marnej namiastki wątku miłosnego, a wiele graczy będzie patrzyło na moją ocenę z niedowierzaniem, wręcz pogardą. Tym wszystkim dedykuję wspominanego przez samo Obsidian Planescape: Torment. Czasem warto sobie przypomnieć jak powinien wyglądać prawdziwy cRPG.