Skąd się bierze fenomen wszelkich seriali kryminalnych czy serii dokumentów na temat pracy organów ścigania? Może to ta odwieczna fascynacja śmiercią, a może wręcz przeciwnie - to zmęczenie faktem, iż śmierć zaliczana wciąż jest do sfery sacrum, a w której tak naprawdę nić uświęconego nie ma, co tego typu programy idealnie ukazują? A może chęć nabrania wrażenia, że inni mają gorzej, a my jesteśmy kuloodporni? Albo odwieczne dążenie do sprawiedliwości, która miałaby dosięgnąć sprawców danej zbrodni, a do których odnalezienia potrzebna jest długa i żmudna praca dziesiątek specjalistów? A może...

Tak czy inaczej - Kathy Reichs napisała powieść mającą wiele wspólnego ze wspomnianymi wyżej formami. Należy ona do gatunku medycyny sądowej, a główną bohaterką Nagich kości jest doktor Temperance Brennan - antropolog sądowy. Ma ona, a to ci niespodzianka, nie lada twardy orzech do zgryzienia. Pewnego dnia jej pies (a właściwie jej męża, ale to skomplikowana historia) podczas imprezy "ogródkowej" odkopuje z pobliskiej działki plastikową torbę z kośćmi. Wydarzenie to zbiega się w czasie z innymi, nie mniej tajemniczymi - wcześniej pani doktor bada szczątki noworodka odnalezione w piecyku, by później wziąć udział w śledztwie dotyczącym rozbitej awionetki. Oczywiście, wszystkie są ze sobą w jakiś sposób powiązane. Tylko w jaki sposób? I tu do akcji wkracza niezrównana w temacie doktor Brennan.

Równie niezrównana co sama Kathy Reichs, która również pracowała jako antropolog sądowy. To daje pewność profesjonalnego podejścia do tematu. Niestety - daje też zbyt duże pole do popisu i pewne "wymądrzanie się". Oczywiście, nie dosłownie, jednak przez to czytelnik stoi nieco z boku całej powieści, a nie w centrum wydarzeń. No bo weź tu zrozum, jak pani doktor nawija o tetrodoksynie, chromosomach XXY czy jakichś zmianach kostnych występujących tylko u konkretnych grupach ludzi żyjących tylko w danym stanie (rzecz jasna, nazwy zapomniałem, bo była długa i językoskrętna). Jedyne co pozostaje czytelnikowi to podziwianie geniuszu Temp.

Na szczęście o wiele lepiej jest z samą historią - fabuła "trzyma w napięciu" i odkrywa swoje karty niezwykle powoli. Dlaczego użyłem w poprzednim zdaniu cudzysłowu? Bo "trzyma w napięciu" nie pasuje do tej powieści. Akcja mimo sporej porcji nieprzewidywalności ciągnie się ospale i usypia. Skutecznie utrudnia to czytanie i wydłuża czas potrzebny do przebrnięcia przez nią. Do tego często jesteśmy świadkami kiepskiego przynudzania o życiu prywatnym antropolog. Wszystko jest takie utopijne - superprzystojny, superumięśniony i do tego supersarkastyczny facet, Ryan, który pojawia się w jej domu niemal znikąd po wielu miesiącach niepodtrzymywanej znajomości, superinteligentny i supernadpobudliwy pies, a do tego upodobanie pani doktor do dietetycznej coli, zdrowego trybu życia i na koniec perełka - ta cała empatia do zwierzątek, które martwe dane jej było znaleźć na swej drodze (papugi, niedźwiedzie, żółwie, etc.) czy do dzieci znajdowanych w piecykach. Z takim podejściem to raczej kiepski zawód sobie wybrała.

Nagie kości

Na odchodne można wspomnieć też o postaciach, z jakimi ma do czynienia czytelnik. Są one do bólu sztampowe - a to sarkastyczny, "prawie-zabawny" glina, pan "kwintesencja męskości" Ryan albo najbardziej religijny człowiek świata po Chrystusie czyli Gideon Banks. Trochę to nudne - oglądać wciąż "te same twarze". Aczkolwiek niektóre utarczki słowne w wykonaniu bohaterów są dzięki temu całkiem niezłe.

Dodając do tego wszystkiego język książki, który potęguje poczucie nudy otrzymujemy bardzo przeciętną powieść. Tak przeciętną, że właściwie nie mogę nic więcej dodać. Ot - da się czytać. Ale absolutnie nie mam pojęcia, komu mógłbym polecić Nagie kości. Już lepiej obejrzeć dobry dokument w tej tematyce. I lepiej żeby właśnie za coś takiego wzięła się pani Kathy.