1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Na deskach ringu: The Orange Box

Z zakupami nowych gier, szczególnie tych, które ukazują się w reedycji, jest jak z randkami, umówionymi w Internecie. Nawiązujesz kontakt, konwersujesz na wysokim poziomie intelektualnym (matołki mają słabe "branie"), wymieniasz się fotkami (by rozpoznać się w tłumie) i na końcu galopem młodego źrebaka podążasz na spotkanie. W umówionym miejscu, dzierżąc w ręce znak rozpoznawczy (gazeta, róża, deska klozetowa lub inny gadźet), z niecierpliwością oczekujesz na przybycie wybranki. I oto się pojawia! Lekko starsza od wieku deklarowanego w niezliczonych rozmowach na internetowym "gadaczu" (wiek równy wbiciu pierwszej łopaty pod budowę piramid w Egipcie), z uzębieniem lekko zdezelowanym (właściwie dwa ocalałe siekacze mogłyby służyć jako kasownik w środkach komunikacji publicznej), zwiewna niczym żubr z pewnej reklamy i o oczach tak pięknych, że ich uroda dyskretnie została skryta za okularami o szkłach grubości dna słoika po ogórkach. Co robisz? Wykonujesz jedyną możliwą akcję. Manewr nożny polegający na szybkim oddaleniu się od tej horpyny! EWAKUACJA!

Nie chcąc być posądzonym o męski szowinizm i proponuję żeńskiej, jakże nadobnej części Czytelników tego tekstu, podstawienie w miejsce opisanej "Damy" przedstawiciela rodu męskiego, bez specjalnych zmian kosmetycznych. Po tym zabiegu pojawi się zapewne obraz któregoś z polityków, ale ta nacja niespecjalnie cieszy się moim poważaniem, bez względu na kolor poglądów, jaki reprezentuje. Co ma wspólnego z grami komputerowymi historyjka, którą Was uraczyłem? Wbrew pozorom sporo.

Pomarańczowe początki złego - kasa już poszła…

Wiadomość o wydaniu zestawu "The Orange Box" nakładem Elekronic Arts Polska zawierającym "Half Life 2" wraz dodatkami zelektryzowała mnie na tyle, że niezwłocznie dokonałem jego zakupu za niemałe zresztą pieniądze, gdyż trudno twierdzić, że kwota niemal 140 złociszy jest przyjazna dla graczy, w szczególności za grę, która jest już lekko leciwa wraz z dodatkami w postaci "Portalu" mającymi się nijak do żądanej kasy. A niech tam! Zapomniałem tylko, zapewne z emocji, że poprzednie wydanie przygód Gordona Freemana obciążone było grzechem pierworodnym. Nakładem Nicolas Games wydany "Half Life 2" nie miał umieszczonej na pudełku informacji, że do pogrywania niezbędny jest dostęp do sieci internetowej, a bez niej kiszka. Nie wnikając w szczegóły powiem, że po kilku tygodniach stosowna naklejka pojawiła się na pudełkach w swoim wnętrzu kryjących grę. W ten oto sposób zawarłem znajomość z "Steamem", instytucją, która powstała zapewne tylko po to, aby uczciwym graczom uprzykrzać życie. No i rzecz jasna zarabiać na własne utrzymanie, jakby Valve Software - twórca tego wątpliwego systemu - był biedakiem z przedmieść Hanoi. Pomijam już przy tej okazji tak oczywisty fakt, że dzięki takiej polityce krąg odbiorców gier tej firmy mocno został zawężony, ale widocznie liczy się tylko i wyłącznie kasa! Tej inicjatywy nie rozumieją tylko hakerzy, którzy wspomniany "Portal" już "obrobili" i handlują nim na potęgę wpędzając w niemały stres właścicieli "legali". Dlaczego?

Pierwsze podejście i…

Oto moje wrażenia posiadacza "The Orange Box" okraszone własnoręcznie wykonanymi screenshotami, które są dowodem na batalię, jaką stoczyłem z tym "dziwolągiem" i to jest najłagodniejsze miano wyrobu gropodobnego, gdyż bardziej dosadnego określenia nie przepuści mi redakcyjna korekta i sam Redaktor Naczelny w osobie W.Sz. Voltaire'a.

Steam po raz pierwszy i nie ostatni, niestety

Zainstalowałem "The Orange Box" na swoim komputerze ze wszystkimi "paściami", które akurat do szczęścia zwykłemu graczowi nie są potrzebne. Takiemu, który lubi pogrywać w singlu, gdyż na rozgrywki sieciowe po prostu nie ma czasu. Utworzyłem konto na "Steamie", gdyż stare już było nieaktywne i wykonałem wszystkie czynności zalecane przez instalator. Umieściłem grę na dysku "growym" i wszystko zdawało się być ok. Tak, określenie "ok." zdawało się tu najbardziej adekwatne. Jazda zaczęła się po odpaleniu. Podstawka gry, czyli "Half Life 2" wystartowała bezawaryjnie, aby już po chwili zacząć tańce góralskie. Przycięcia i zwisy po kilku minutach doprowadziły mnie do furii. Pierwszy wniosek - coś poszło nie tak. Komputer, którego używam należy do młodej generacji (AMD Athlon 6000+, grafika EVGA 8800 GTS Superclocked i 4 GB RAM, że o reszcie nie wspomnę) i nie on był winien tym atrakcjom. Postanowiłem przeinstalować grę i tak też uczyniłem, nie znając wtedy konsekwencji tego kroku. Z pulpitu znikły wszystkie na dobry początek wszystkie ikonki zainstalowanych gier. Zdziwiło mnie to potężnie i od razu spróbowałem uruchomić pierwszą z nich, chcąc sprawdzić czy jest wszystko w porządku. Na pierwszy ogień poszedł "Silent Hunter 4: Wolves of the Pacific". Trup w postaci przeznaczonej dla "zimnego chirurga". Wszystkie pozostałe włącznie z "Wiedźminem" podobnie. Z pozostałości uratowałem, choć nie wszystkie, zapisy save'ów w zainstalowanych grach i zabezpieczyłem. Chwila przerwy i okazało się, że system operacyjny (a jestem "legalny") padł, jak marzenia polskich kierowców o normalnych drogach i autostradach. Koniec, auf wiedersehn! Cóż począć? Formacik komputera, stracony czas i nerwy, ale cóż, życie pełne jest niespodzianek. Po doprowadzeniu sprzętu do stanu używalności powróciłem do "The Orange Box".

Zmieniam lokalizację instalacji na dysk

Ponowna instalacja zwaliła mnie z nóg. Otóż, instalator wybrał sobie tylko i wyłącznie dysk systemowy! Pierwsze podejście spaliło na panewce, gdyż było na nim po prostu za mało miejsca, co jest logiczne, gdyż nie takie jest jego przeznaczenie. Postanowiłem ponownie zainstalować zestaw na dysku "growym". Nic z tych rzeczy! Wielokrotne próby nie przyniosły pożądanego efektu, mimo zastosowania całej gamy trików mających ominąć niezwykle twardego delikwenta. - Dobrze - pomyślałem sobie - mówisz i masz, jak w reklamie!. Oczyściłem dysk systemowy z aktualnie nieużywanego oprogramowania i zainstalowałem ze wszystkimi procedurami "The Orange Box". Poszedł! Co za radość, tylko że mocno przedwczesna, jak po chwili się okazało. Pobuszowałem nieco w "Portalu", po czym wyszedłem z gry. Okazało się wtedy, że mam współużytkownika komputera i to takiego, który bez przerwy złośliwie, namolnie i upierdliwie do bólu zaczął informować o swojej obecności na komputerze. "Steam". Próby jego ucywilizowania spełzły na niczym. Nie lubię mieć wspólników, w szczególności zaś takich, którzy zgłaszają się nieproszeni każdorazowo po uruchomieniu kompa. Mało tego sprzęt "mulił" niesamowicie osiągając prędkości bliskie kolejce wąskotorowej. - Dość tego cyrku! - Powiedziałem sobie i usunąłem po raz kolejny delikwenta z komputera. Zgadnijcie, co się stało? Po raz kolejny system padł! Nastąpiła powtórka z rozrywki. Format, poprzedzony czyszczeniem rejestrów (tam też się zagnieździła łachudra) i po skromnych dwóch godzinkach mogłem znowu pograć. W "Half Life'a 2"? Nic z tych rzeczy! Nie jestem sadomasochistą!

Definitywne rozstanie z marzeniami o prawidłowym działaniu gry

Nie poddaję się łatwo. Mam drugi komputer, po zabezpieczeniu wszystkiego, co cenne podjąłem próbę instalacji "The Orange Box". I przeżyłem deja vu! Znowu szarpanina ze "Steamem" i kolejne problemy z kompem. Zaiste, "Steam" osiągnął niezły wynik - udało mu się mnie wkurzyć, a tu jest wyczyn, jako że ja do ludzi dobrodusznych się z gruntu zaliczam. Z głosów, które spotkałem na różnych forach wynika jedno - nie tylko moim udziałem stały się opisane wyżej kłopoty. Ci, którzy cudem szczęśliwie uruchomili grę mają kłopoty z napisami w języku ojczystym, zapisem gry i wieloma innymi atrakcjami. Przedstawiciele Wydawcy powinni je sobie poczytać, wiele się z nich dowiedzą o produkcie skierowanym przez siebie na rynek. Słowo "bubel" jawi się niemal jak komplement. Kto nie protestuje? Z reguły użytkownicy tacy "legalni" jakby nieco mniej, ale dysponujący dobrze scrackowaną wersją. Może sobie Wydawca kupi jedną kopię na "szaberplacu" i puści na rynek zestaw działający bezawaryjnie? Ta absurdalna propozycja wbrew pozorom nie jest pozbawiona sensu.

Klapa po raz kolejny. Ten komunikat widziałem wielokrotnie

Nie jestem w stanie zrozumieć cudów, jakie Wydawcy Gier stosują, aby "niby" zabezpieczać gry przed nielegalnym kopiowaniem. Podziemie pirackie i tak niewiele z tego sobie robi, za to normalny, legalny użytkownik, który zapłacił za grę prawdziwymi pieniędzmi nie dość, że zostaje ograniczony w swoich prawach konsumenckich (mam wszak prawo do wykonania kopii bezpieczeństwa) to jeszcze użera się z pseudo wyrobem. Prawo swoje, Wydawcy swoje. Pozostaje tylko pytanie, dlaczego każdy użytkownik legalnego oprogramowania jest traktowany jak potencjalny złodziej? Może mnie ktoś w tej kwestii oświeci? Nienormalne stało się normalne. Kupuję gry za własne, z trudem zarobione pieniądze i na starcie podziwiam obrazki na ekranie monitora z cyklu sprawdzania legalności oprogramowania i jego autoryzacji. A moje prawa konsumenta i właściciela, gdyż takowym stałem się po zakupie? A bezdomny burek mordeczkę niech obliże! A co za radość, gdy w napędzie legalna płyta kupiona za 100 i więcej polskich "mocnych" złociszy rozleci się na tysięczne fragmenty, co wtedy?! Pisz na Berdyczów frajerze i miłośniku legalności!

Ostrzeżenie o niedogodnościach wynikających z zakupu

Faktem jest, że na pudełku z "The Orange Box", a ściślej na jego tylnej ścianie jest uwidoczniona napisana drobnym druczkiem uwaga i zarazem ostrzeżenie przed zakupem o ile nie posiada się dostępu do sieci. Mało tego, wielce "inteligentny" Wydawca zaleca przed zakupem i pochopnym zarejestrowaniem gry zapoznanie się z Prawami użytkownika, zamieszczonymi w Internecie. Milutko. Pytanie tylko się rodzi, jak to zrobić, jeśli sklep, czy też stoisko w hipermarkecie nie dysponuje komputerem przeznaczonym do użytkowania przez potencjalnych klientów? Prosta sprawa. Idziesz do domu graczu i tam wchodzisz na wskazany w ostrzeżeniu adres lub o ile jesteś prominentem rozkładasz przy stoisku z grami zupełnie przypadkowo niesionego w plecaczku laptopa z bezprzewodowym dostępem do sieci. Pełny luz, chociaż marsz do domu w wyżej wymienionym celu ma swoje zalety. Emocje opadną, zaczniesz myśleć racjonalnie, na co innego można przeznaczyć 140 złotych i przy okazji dotlenisz organizm. Samo zdrowie! Niejako przy okazji zapytam, ilu graczy czytuje enuncjacje umieszczone na pudełkach gier? Widzieliście takich? Ja nie. Skoro już udało się Wam dostać do sieci i adresu wskazanego w ostrzeżeniu to tu czeka na Was kolejna niespodzianka. Jest kilka opcji językowych z wyjątkiem języka pewnego Narodu zamieszkałego pomiędzy Bugiem i Odrą w centrum Europy. Nie znasz angielskiego? No to masz kłopot, przydałby się asystent - tłumacz do zakupów. Gawaritie pa ruski? Jeśli odpowiedź brzmi "da" to poczytasz, inaczej możesz pooglądać stronkę w cyrylicy. A może po hiszpańsku lub niemiecku? Strona polska ma tylko belkę narzędziową w ojczystym języku. Koniec i kropka.

Strona z Prawami Użytkownika - wyjątkowo przyjazna. Głównie dla graczy z całego Świata z wyjątkiem Polaków

Skoro już dotknąłem gry w jej fizycznej postaci słów kilka o wydaniu, choć można je skomentować jednym słowem - żałosne. Pudełko pomarańczowe jak w nazwie zestawu, za to z jedną kieszenią na nośnik. Zapewne w Elektronic Arts Polska nie słyszeli, że od dawna produkuje się pudełka z dwoma kieszeniami na płytki, a takowe dwie sztuki dvd wchodzą w skład zestawu. Druga płytka beląta się niczym facet na kacu o czwartej nad ranem w poszukiwaniu "wódopoju" i umieszczona została w papierowej kopertce, a jak wiadomo papier jest wybitnie przyjazny dla nośników - nie rysuje gładkich powierzchni płytek cd lub dvd. Wewnątrz zamiast instrukcji, jest świstek wydrukowany na kredowym papierze z kluczem niezbędnym do instalacji gry. Piekielnie to dużo, jak na towar za niemal półtorej "stówki". A to się EA Polska wykosztowała… Koszt płytek, świstka i lipnego pudełka to groszowa historia, opłata licencyjna zapewne też kosmiczna nie była, wszak to wznowienie wcześniej wydanych pozycji, skąd zatem ta cena?! Zapewne z wyobraźni zrodzonej w głowach księgowych Wydawcy i gargantuicznego apetytu na kasę rwaną z kieszeni bractwa graczy komputerowych. Samo trzepanie kasy to nie grzech, ale mile widziane jest, jak w zamian otrzymuje się solidny produkt, a takowym "The Orange Box" nie jest. Chwatit - jak mawiają Rosjanie.

Edycja niemal kolekcjonerska - głównie z powodu ceny

Zakup "The Orange Box" uważam za błąd i do tego solidnie opłacony własnymi pieniędzmi. To jest delikatnie rzecz ujmując "lipa" i osobiście go odradzam. Wieść o "atrakcjach" funkcjonuje już w świadomości graczy, gdyż po początkowym zainteresowaniu zestawem wydanym przez Electronic Arts Polska zalega on w ciszy, na najniższych półkach spokojnie pokrywając się kurzem i patyną czasu. Pytanie tylko czy taki cel przyświecał Wydawcy, który tak spaprał wydanie kultowej serii, a taką jest niewątpliwie "Half Life 2". Odpowiedzialny za ten stan rzeczy powinien poszukać sobie zajęcia w innym sektorze, najlepiej jako specjalista od przystrzygania żywopłotów.

Nowy wymiar

A "Steam" zapytacie? No cóż, jego logo przedstawiające dwa ogniwa łańcucha nieodparcie kojarzy mi się z ręką zgiętą w łokciu w słynnym na cały świat "geście Kozakiewicza". C'est la vie!