1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Muse – Black Holes And Revelations

Muse to band dość kontrowersyjny. Z jednej strony Brytyjczycy chwaleni są za oryginalność, ciekawe pomysły oraz muzyczne poszukiwania prowadzące ich coraz dalej z każdą kolejną płytą. Jednak często pojawiają się pod ich adresem zarzuty o epatowanie niepotrzebnym patosem, udziwnianie swoich kompozycji na siłę oraz balansowanie na granicy kiczu.

Muse - Black Holes And Revelations

Muse zostało jednak docenione przez tzw. "masową widownię" na tegorocznych MTV Europe Music Awards, odbywających się w Kopenhadze - chłopaki otrzymali statuetkę w kategorii "Najlepszy artysta alternatywny", dali również świetny występ, zachwycając obecnych na gali widzów. Czy więc ostatni album grupy, "Black Holes And Revelations" tak świetnie przyjęty przez widzów MTV, stanowi krok naprzód w muzycznej pielgrzymce grupy?

Po kolei. Najpierw był "Showbiz", który to był w miarę spójnym zlepkiem wszystkich pomysłów, jakie wtedy kłębiły się w głowach muzyków. Muse, jak to debiutanci, na swoim pierwszym albumie głównie poszukiwali stylu oraz kierunku, w którym powinni podążyć. Kolejny album długogrający, "Absolution", zrobił z Muse artystów pierwszego formatu i jedną z najbardziej zjawiskowych na rynku brytyjskiego rocka. Każdy fan gitarowego grania zapewne kojarzy popularne utwory z tego albumu, m.in "Hysteria", "Butterflies And Hurricanes" czy "Time Is Running Out". Udało im się świetnie połączyć elektronikę z gitarami, doprawiając całość rockowym pazurem i psychodelicznymi odjazdami, co w połączeniu z hipnotyzującym głosem frontmana grupy, Matta Bellamy'ego, dało niesamowity efekt. Następna płyta, "Orygin Of Symmetry" mi osobiście przypadła do gustu nieco mniej, jednak ewidentnie nie ma mowy o tym, że kapela stanęła w miejscu - wszystko, co mogło się podobać na "Absolution" zostało na tym krążku spotęgowane. Jest więcej charakterystycznych "kosmicznych" klawiszowych podkładów, głos wokalisty jest jeszcze bardziej przejmujący, a całość powoli zaczyna przypominać... Queen. Wzrasta niestety poziom kombinowania, przekraczając powoli dozwolony limit (jasne, że nie jest to ostatnie Mars Volta, ale przesadne przeciąganie numerów wybitnie do Muse nie pasuje), podnosi się również poziom patosu i nadęcia, niebezpiecznie zbliżając się do granicy komizmu.

Nowa płyta jest inna od poprzednich. Wciąż mamy tu do czynienia z typowo muse'owskimi zagrywkami, kosmiczno-epickim klimatem oraz cała mocno pompatyczną otoczką, jednak nie da się ukryć, że o ile od "Showbiz" do "Orygin Of Symmetry" kapela wykonała kilka dużych kroków do przodu, to w kierunku "Black Holes And Revelations" skręcili nieco w bok. Nie jest to jednak przysłowiowy "skok w bok", bowiem Muse wciąż nie zdradziło swojej stylistyki i ich pomysł na granie jest konsekwentnie realizowany także na tym albumie.

Pierwszy singiel, "Supermassive Black Hole" usłyszałem na jakimś bootlegu, który to wpadł mi w ręce właśnie z powodu obecności na nim premierowego kawałka. Szczerze mówiąc, byłem dosyć zaskoczony, słysząc coś co pasuje raczej na płytę Scissor Sisters. Falset wokalisty w połączeniu z wieloma elementami charakteryzującymi raczej disco, aniżeli rock brzmiał kompletnie inaczej niż wszystko, co dotąd nagrywali chłopaki z Muse. Potem dorwałem cały longplej i po pierwszym przesłuchaniu również miałem mieszane uczucia. Pierwsze, co mi przyszło na myśl, to fakt, iż muzycy w końcu przesadzili z dopieszczaniem swojej muzyki. Płyta brzmi sterylnie, melodie nie powalają, a flirt muzyki tanecznej i pokręconych dźwięków wcale nie brzmi tak zachwycająco, jak chwalił się Matt Bellamy w wywiadach. Bardzo rozczarowuje finalny utwór, "Knights Of Cydonia" - całość rozpoczyna się odgłosami pędzących koni, następnie słychać lasery i wszelkiej maści odgłosy wojny, po czym z głośników dobija głos wokalisty, swoją barwą sytuujący się gdzieś miedzy podniosłością a histerią. Utwór jest przesadnie nadęty, kiczowaty oraz zwyczajnie nieciekawy, bo prócz zbędnych ozdobników wcale wiele nie oferuje. W czasie pierwszego odsłuchiwania "Black Holes And Revelations" do głowy przyszła mi dość smutna myśl, że oto Muse kończą się pomysły i powoli stają się karykaturą samych siebie.

Z kolejnymi przesłuchaniami jednak było coraz lepiej, bo okazało się, że utwory ze sobą grają, album jest dość spójny i mimo wszystko panowie mieli pewną koncepcję, którą próbują tu z różnym skutkiem realizować. Klawiszowe pasaże mają pewien klucz, a zarówno instrumentaliści, jak i Bellamy są w dobrej formie. Po kilkukrotnym przesłuchaniu można się doszukać kilkunastu naprawdę fajnych zagrywek, usłyszeć coś w stylu flamenco ("City Of Delusion") czy ciekawie brzmiący fortepian w "Hoodoo".

Album miał ponoć łączyć industrialno-progresywne klimaty z dyskotekowo-zabawowymi i Muse teoretycznie się ta sztuka udała. Piszę teoretycznie, bo tak naprawdę efekt nie jest powalający. Otrzymaliśmy bowiem płytkę pozbawioną rockowej zadziorności, nienadającą się z kolei na dyskotekowe parkiety. Kilka ciekawych utworów, m.in. wspomniany "Supermassive Black Hole", "Starlight" (z przesadnie mięciutkim brzmieniem klawiszy), słodkie "Invincible" czy "Hoodoo" nie rekompensują całego albumu, który sam w sobie zły nie jest, jednak po bardzo dobrych poprzednich albumach spodziewałem się czegoś dużo lepszego. Zdecydowanie za dużo "melodyjek z komórki" (bardzo celne określenie pochodzące z któregoś forum internetowego), miękkich pasaży klawiszowych oraz wygładzonych dźwięków, które wraz z ogarniającym wszystko patosem kierują Muse do ślepej uliczki. Bardzo chciałbym, żeby panowie cofnęli się do "Absolution" i obrali nową ścieżkę - rockowy Muse wyjdzie wszystkim na dobre. Płyta jest warta przesłuchania, ale po Muse należy oczekiwać dużo więcej.

Zawartość:

Take A Bow; Starlight; Supermassive Black Hole; Map Of Problematique; Soldier's Poem; Invincible; Assassin; Exo-Politics; City Of Delusion; Hoodoo; Knights Of Cydonia