Niepodrabialny styl pisania powieści, stylizowanych na reportaż "na żywo z miejsca zbrodni", przysporzył Forsythowi miłośników na całym świecie. Jego debiut jako powieściopisarza, czyli "Dzień Szakala" stał się z miejsca światowym bestsellerem. Można powiedzieć, że autor budował swą legendę po łebkach, nie wydając powieści seryjnie, lecz co kilka lat, co zresztą nie powinno dziwić z racji tego, iż reprezentuje on gatunek thrillera politycznego, wymagającego zbierania mnóstwa informacji. Forsyth chciał wprawdzie w latach 90. zaprzestać pisania książek, jednak dzięki uprzejmości i braku rozsądku jego doradcy finansowego, nadal możemy cieszyć się słowem pisanym, które wychodzi spod pióra angielskiego pisarza.

"Mściciel", jak i pozostałe powieści w dorobku autora, pozostaje politycznym dreszczowcem, który ukazuje fikcyjne wydarzenia w jak najbardziej realnej rzeczywistości. To niesamowite, jak fabuła ta może wciągnąć czytelnika, stwarzając wrażenie autentyczności. Fikcja z realiami łączy się tu w tak perfekcyjnie, że mamy wrażenie, jakbyśmy czytali dziennik przy porannej kawie.

A sprawa z grubsza wygląda tak - w Bośni ginie młody amerykański pracownik agencji humanitarnej Ricky Colenso. Po sześciu latach jego ciało zostaje odnalezione i okazuje się, że chłopak został zamordowany. Jego rodzina nie może się z tym faktem pogodzić, a szczególnie Steve Edmond, dziadek chłopaka, weteran wojenny i kanadyjski miliarder. Porusza niebo i ziemię, by odnaleźć mordercę wnuka i postawić mu zarzuty. Uruchamia kontakty na najwyższym szczeblu, a następnie wynajmuje tytułowego Mściciela. Jego poszukiwania zaprowadzą go w najdalsze zakątki globu. Okaże się również, że sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana, niż myślał i są w nią wplątani ludzie, którzy mogą mu sprawić ogromne problemy w osiągnięciu celu. Pojawia się motyw tajnej operacji CIA i osoby samego Osamy Bin Ladena.

Powieść zaczyna się dość tajemniczo. W prologu pt. "Zbrodnia" pojawia się opis morderstwa, który składa się z zaledwie kilku zdań. Później, można powiedzieć, że akcja ciągnie się i wlecze w nieskończoność, gdyż na początku autor opisuje wydarzenia z życia kilku postaci, teoretycznie zupełnie nie mających ze sobą nic wspólnego. Wszystkie wątki żyją obok siebie i zazębiają się dopiero niemal w połowie powieści.

Mściciel

I choć wydawać by się mogło, że nic ciekawego w tych tak dalekich od siebie historyjkach nie znajdziemy, dosłownie żadne z tych wydarzeń nie jest w tej powieści umieszczone przypadkowo i ma swoje skutki i konsekwencje w przyszłości. Na przykład Steve Edmond w sanatorium poznał pewnego amerykańskiego żołnierza sił powietrznych, Petera Lucasa. Później został on senatorem i pomagał przyjacielowi w uzyskaniu zgody na poszukiwania i ekstradycję zidentyfikowanego już zabójcy jego wnuka. To jest najprostszy i najmniej rozbudowany przykład, jaki mogłem podać, ale nie chcę Wam oczywiście psuć zabawy. A zapewniam, że frajdy przy odkrywaniu nowych faktów będziecie mieli co niemiara.

Frederick Forsyth znakomicie buduje napięcie, dawkując nam kolejne informacje powoli i z rozmysłem. Czytając kolejne strony dzieła, siedzimy jak na szpilkach i, co najważniejsze, wiążemy się emocjonalnie z bohaterami. Choć Mściciel działa w słusznej sprawie, tak naprawdę kibicujemy również tym, którzy dążą do jego unicestwienia. Czemu? A tego się już musicie dowiedzieć sami.

Jeśli podobnie jak ja oceniacie dobry dreszczowiec miarą zaskakującego zakończenia - będziecie w siódmym niebie. Powinno być ono zaskoczeniem chyba dla każdego, ale nie to jest najważniejsze. Spoglądając na datę zakończenia akcji powieści, oniemiałem. To sprawia, że jest ono cholernie niejednoznaczne i wręcz szokujące. Mogę jedynie powiedzieć, że złamana została w nim zasada, którą tak często przytaczał jeden z bohaterów - "Mniejsze zło, większe dobro". Czasem lojalność wygrywa ze zdrowym rozsądkiem.

Tytuł ten jest właściwie obowiązkowy dla każdego zadeklarowanego miłośnika thrillerów. Tłumaczenie wprawdzie nie ustrzegło się paru błędów - literówek, stylistycznych, a na deser - śmieszna pomyłka z samolotem o "zasięgu około dwóch tysięcy metrów". Wszystko to jednak nie psuje geniuszu autora w konstruowaniu wielkich spisków i wprawy w opowiadaniu ich przebiegu. I jeśli spytacie mnie, czy to jest wielka powieść odpowiem: tak, jest. Ale nie wybitna, nie przejdzie do kanonu gatunku tak jak "Dzień Szakala".