1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Marty Friedman: Loudspeaker

Pod koniec roku ukazała się kolejna płyta wirtuoza gitary Marty'ego Friedmana. O tym, że wielkim muzykiem jest nie trzeba przekonywać nikogo, kto słyszał chociażby jeden jego utwór. Wraz z Jasonem Beckerem w latach 80. XX wieku stworzył pierwszą gitarową hybrydę muzyki klasycznej z heavy/speed metalem - Cacophony. W późniejszym okresie, z powodów finansowych, dołączył do Megadeth i nagrał jeden z najlepszych albumów metalowych, jaki dane mi było słyszeć (a w moim odtwarzaczu lądowało wiele dobrych płyt:)).Mowa oczywiście o Rust In Peace. Marty opuścił Megadeth w roku 1999 i kontynuował karierę na własną rękę (jego pierwsza solowa płyta ukazała się już w 1988 r. pod tytułem Dragon's Kiss). Niestety - ostatnio o Martym było cicho, ponieważ upodobał on sobie Kraj Kwitnącej Wiśni, a jego nagrania z tamtejszymi artystami są dla nas po prostu niedostępne.

Marty Friedman: Loudspeaker

Dla kogo jest ten krążek? Myślę, że dla wszystkich zainteresowanych ambitną muzyką. Z przyjemnością wysłuchają jej zarówno osoby lubiące ostre, thrashowe brzmienia, jak i maniacy płyt ze stajni Shrapnel Records1, a także wszyscy lubujący się w pięknych, powolnych pasażach gitarowych.

Płyta jest bardzo zróżnicowana. Na szczęście utwory są odpowiednio rozmieszczone - na samym początku otrzymujemy porządny "kawał mięcha" (Elixer), by później przenieść się w coraz lżejsze, rockowe brzmienia (Noizu No Ame). Dodatkowo dwa utwory z końca płyty (Coloreas Mi Vida, Noizu No Ame) wzbogacono partiami wokalu, co jest przyjemnym urozmaiceniem, ponieważ reszta kawałków to utwory instrumentalne.

Skoro o instrumentach mowa, to myślę, że warto wspomnieć troszkę o muzykach. Na płycie oprócz, rzecz jasna, Marty'ego wystąpili bogowie gitary - John Petrucci (Black Orchid) grający na co dzień w takich zespołach jak Dream Theater, Liquid Tension Experiment i Steve Vai (Viper) występujący solo, współtwórca G3. Swoją obecnością zaszczycił też jeden z bogów basówki Billy Sheehan (Elixer, Street Demon), znany ze współpracy z Talas, Steve Vai Band, David Lee Roth, Mr. Big, oraz Niacin. Mamy więc plejadę gwiazd - czy wnosi ona cokolwiek na płytę? Odpowiedź brzmi: tak. Bas Sheehana nadaje dynamiki bardzo mocniejszym utworom. John Petrucci? Jak zwykle zaskakuje szybkością, polotem, precyzją i wirtuozerią znaną z płyt macierzystej formacji Dream Theater. Steve Vai - gitarzysta, którego klasy nie trzeba potwierdzać, muzyk, który odnajduje się w każdym składzie. Nie inaczej jest tutaj, świetne porozumienie z Martym owocuje utworem Viper.

Ogromnym plusem płyty jest jej brzmienie, które pozostaje selektywne pomimo wielu ścieżek w utworach. Dzięki temu można mieć pewność, że nic nie umknie potencjalnemu słuchaczowi. Gitary "łoją" aż miło, perkusja została bardzo dobrze wpasowana, bas słychać wyśmienicie, przy czym nie zagłusza tego, co najważniejsze, czyli gitary. Kolejny plus albumu to kompozycje, które nie są nagrane "na jedno kopyto", tylko wyraźnie przemyślane. Marty nie boi się użyć elektroniki, technik z pogranicza country czy jazzu, co urozmaica utwory. Jest tutaj wszystko, czego należy się spodziewać po muzyku tej klasy - wirtuozerskie popisy, zmiany tempa, gitary akustyczne, nakładanie ścieżek...

Jedynym minusem płyty jest to, że słuchaczom obeznanym w temacie krążek może wyraźnie się znudzić po długim słuchaniu. Osobiście odczułem, że "gdzieś to już słyszałem". Marty nie robi na tej płycie nic nowego, choć może nie innowacje były jego celem.

Podsumowując, jest to kolejny wirtuozerski, gitarowy album, świetnie nagrany, pełen wspaniałych kompozycji zagranych z błyskotliwym zacięciem i ciekawymi, acz znanymi pomysłami, które mogą przynudzać od czasu do czasu. Gdybym musiał ocenić ten krążek w skali 1-10, z czystym sumieniem wystawiłbym 8+.