Bladym strachem zasłynął w oczach wielbicieli gore, a nową wersją filmu Wzgórza mają oczy udowodnił, że posiada potencjał na współczesnego mistrza horroru. Alexandre Aja zdecydowanie należy do najbardziej utalentowanych twórców kina grozy i nie kryje się z tym. Drobnymi krokami uzupełnia swoją filmografię o coraz to ciekawsze pozycje. Tym razem zrealizował kolejny remake, ale nie w oparciu o kulturowe dziedzictwo Stanów Zjednoczonych. Postanowił wziąć na warsztat południowokoreańskie Lustro.

Ben Carson zrezygnował z pracy w policji po tym, jak przypadkiem zastrzelił jednego ze swoich kolegów. Od tamtej pory zaczął popadać w alkoholizm, a żona wraz z dziećmi go zostawiła. Teraz główny bohater próbuje stanąć na nogi. Przyjmuje pracę jako stróż nocy w doszczętnie spalonym 5 lat temu domu handlowym Mayflower i pilnuje, aby nikt nie dostał się na jego teren. W trakcie jednego z nocnych obchodów, Ben zauważa odciski dłoni na każdym z luster. Wkrótce odkrywa przerażającą prawdę i rozpoczyna gonitwę z czasem, aby uratować swoich najbliższych.

Lustra

Remake Lustra posiada wszystkie cechy charakterystyczne dla hollywoodzkich standardów. Aja wzorował się jedynie na paru wątkach z wersji oryginalnej, a całą resztę przemontował, sugerując się w pewnym stopniu konwencją american gothic. Oto spalone i opustoszałe centrum handlowe służy za nawiedzony dwór, do którego wielu jankeskich twórców nie chce powracać. W przypadku Posłańców braci Pang zmieszanie cech azjatyckiego i amerykańskiego kina grozy nie wyszło dobrze, ale w filmie francuskiego reżysera to połączenie zmieniło zupełnie nastrój. Oryginał naturalizował napotykane elementy nadprzyrodzone, a Alexandre Aja nie boi się korzystać z efektownych oraz mrocznych pejzaży wnętrz w stylu Silent Hill lub Martwej ciszy, aby ubarwić klimat produkcji. To świadczy tylko o jednym - talent twórcy Bladego strachu jest ogromny. W trakcie seansu naprawdę się boimy i nie jest to sztuczny strach. Poprzez pseudo-gotycką atmosferę i pokazanie spektakularnych śmierci jak z porządnego filmu gore, uczucie grozy stopniowo narasta jak w każdym dobrym horrorze.

Lustra

Gorzej jednak z linią fabularną. Scenariusz jest pełen nielogiczności, które co chwilę się nasuwają. Historia z wersji koreańskiej łączyła w sobie elementy rasowego kryminału i horroru. Lustra przypominają pod tym względem The Ring. Główny bohater prowadzi prywatne śledztwo, które jest niczym krucjata prowadzona w celu ocalenia własnej rodziny.

I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie nieoczekiwany zwrot akcji, kompletnie zmieniający horror w podrzędne kino akcji. Fakt, trzyma dość intensywnie w napięciu, ale za to nie dostarcza wrażeń, jakie mogliśmy napotkać w trakcie oglądania oryginału. W dodatku absurdalna i niedorzeczna finałowa walka ze źródłem zła jest jednym z najgorszych pomysłów amerykańskiego horroru w tym roku. Aja tak bardzo skupił się na wykreowaniu odpowiedniej atmosfery grozy, że zapomniał o spójności fabuły. Lustro było pełne symboliki nie tyle co baśniowej, ale przede wszystkim filozoficznej, a Lustra przepełnione są spirytystyczną patetycznością, która deklasuje tę pozycję w walce o miano kultowego horroru.

Lustra

Sytuację stara się ratować Kiefer Sutherland, który swoją kreację odtwarza wiarygodnie, lecz trochę nazbyt w stylu Jacka Bauera z serialu 24 godziny. Trudno więc się dziwić, że nasuwają się skojarzenia z filmem akcji, skoro w głównej roli usadzono gwiazdę właśnie tego gatunku. Niestety, z winy scenariusza brakuje dość solidnego rozwinięcia motywu rodzinnej tragedii jaka dopadła - tudzież dopadnie - najbliższych Carsona. W większości scen obserwujemy Bena przechadzającego się między ciemnymi zakamarkami Mayflowera i rozwiązującego zagadkę tajemniczych luster. Kłopot alkoholizmu czy separacji z żoną i dziećmi zostaje zepchnięty na bok, a szkoda, bo w scenie końcowej okazuje się być motywem dość istotnym.

Lustra

Tworząc nową wersję Lustra Alexandre Aja nie tylko udowodnił, że ma talent do wytwarzania bardzo zgrabnego nastroju grozy, ale również, że ma problem w opowiadaniu historii. To wszystko, co było sensowne w oryginale, staje się absurdalne i naciągane w remake'u. Być może reżyser chciał, aby duch koreańskiego pierwowzoru unosił się pomiędzy brutalnymi scenami mordów a gotycką atmosferą spalonego domu handlowego. Na szczęście francuskiemu mistrzowi horroru udało się to, czego nie potrafił spełnić Seong-ho Kim - przestraszyć widza. Sądzę, że gdyby obydwoje połączyli siły, powstałby najbardziej oryginalny obraz współczesnego kina grozy. Lecz taka współpraca to tylko pobożne życzenia.