1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Lost Planet: Extreme Condition

W końcu się doczekaliśmy. Pierwsza pełnokrwista konwersja z konsoli nowej generacji prosto na blaszaka. Daje sobie rękę uciąć, że po zagraniu w Samotną Planetę nikt już nie będzie miał odruchu wymiotnego na samo słowo "konwersja", wręcz przeciwnie. Gra wgniata w fotel od samego początku i prędzej się w niego zapadniesz, niż przypomnisz sobie o rzeczywistym świecie. Panie i panowie: mamy hit lata.

Wybuch w Lost Planet. Czy to nie jest piękne?

Muszę się przyznać, że na samym początku miałem wielkie wątpliwości co do tej gry. W końcu przeszedłem przez Onimushę oraz Devil May Cry 3 wydane przez Ubisoft na komputery osobiste i jak zapewne wiecie, nie była to rzecz zbytnio przyjemna. Gigant z Francji pokazał, że to, co dobre na konsolach, niekoniecznie musi być dobre na komputerach. Mimo wszystko tym razem jest inaczej; Lost Planet stało się flagową grą na najnowszą konsolę Microsoftu, a Capcom zapewniał o szczerych intencjach swojego nowego planu marketingowego polegającego na multiplatformowości. Wzruszając rękoma wrzuciłem płytkę do napędu; co ma być to będzie.

DirectX 9 nie robi kolosalnego wrażenia

Początek gry jest niczym mocny kop z twardego glana prosto w twój tyłek. Zostajesz rzucony w sam środek wydarzeń i z miejsca powinieneś przywyknąć do takiej kolosalnej dawki akcji jak w samouczku, potem może być już tylko szybciej, niebezpieczniej i bardziej hardcorowo. W Lost Planet poznasz historię Wayna Holdena, jednego z żołnierzy na lodowatej planecie E.D.N III, którą ludzie chcą zagospodarować jako kolejne miejsce do życia dla własnej cywilizacji. Przygodę Holdena przyjdzie Ci zacząć w momencie, gdy wraz z ojcem oraz oddziałem swoich ludzi odpiera atak tutejszej fauny na ich placówkę. Miejscowe istoty to Arkidy, insektopodobne stworzenia, które nienawidzą ludzi tak samo mocno, jak ludzie ich. Jest jednak pewien malutki haczyk, pewna zależność: ludzie aby przeżyć na E.D.N III potrzebują specyficznej energii, która zawarta jest właśnie w ciałach Arkidów, jak i w samej planecie. Nieustanna walka toczy się tutaj już od dłuższego czasu i jak na razie, nie widać zdecydowanego zwycięzcy.

W takich momentach czuje się jedynie adrenalinę

Taki stan rzeczy zmienia całkowita porażka oddziału żołnierzy pod wodzą Holdena. Pomimo wszelkich starań kosmiczni marines zostają rozgromieni przez gigantyczne owady, ojciec Wayna ginie, a sam ciężko ranny bohater zostaje pozostawiony na śmierć pośród niegościnnej planety. I wszystko miało by się ku końcowi gdyby nie Luka; przywódczyni śnieżnych piratów; niezrzeszonej organizacji wierzącej w idylliczne zwycięstwo nad Arkidami i terraformacją całej planety. Piękna kobieta ratuje nas od niechybnej śmierci, jednocześnie pozyskując nowego członka w swojej grupie piratów. Żeby tego było mało, dowiadujemy się o istnieniu niejakiej NEVEC - potężnej organizacji, która ma własne plany co do tej planety i nie zawaha się przed niczym, aby te cele wykonać. Tak pokrótce rysuje się wstęp fabularny do Lost Planet i choć nie jest to majstersztyk, historia naprawdę wciąga. Mamy tutaj świetnie wykreowane postacie, nieliniową historię oraz ciekawe zwroty akcji. A musicie wiedzieć, że jest to zaledwie dodatek, bo prawdziwą kwintesencją rozrywki w Lost Planet jest… nieustanne zniszczenie.

Na E.D.N III dosyć niebezpiecznie jest szukać robaków na wędkę….

Dokładnie. Gra wymaga od nas jednie biegania nieprzerwanie w przód, grzania do wszystkie co się rusza po czym… dalszego biegnięcia do przodu. Potrafię sobie wyobrazić te wszystkie skrzywienia na twarzach osób, które to czytają. "Hit lata ma być tępą rozwalaną?!". Rozwalaną - tak. Tępą - zdecydowanie nie. Lost Planet ma takie pokłady grywalności, jak żadna inna produkcja tego typu! Gra rozkochuje w sobie gracza od samego początku i aż do samego końca nie jesteśmy w stanie oprzeć się czarowi Extreme Condition. Rozgrywka w Samotnej Planecie dostarcza takiej dawki emocji, jak żadna inna w tym roku. W końcu ponownie czułem tą chorą, niemal perwersyjną radość przy niszczeniu kolejnych zastępów wrogów. Wspaniałe uczucie.

Ufortyfikowana baza wroga z tabunem ochroniarzy. Pesta a zarazem kwintesencja Lost Planet.

Całą akcję widzimy zza pleców naszego bohatera (możliwy jest również widok FPP, ale spójrzmy prawdzie w oczy, jest totalnie nieprzydany), co jest rozwiązaniem niezwykle trafnym. Gdyby Lost Planet zostało klasycznym shooterem stracilibyśmy bardzo dużo, na ekranie dzieje się bowiem masa rzeczy, których nie bylibyśmy w stanie zauważyć. Pociski latają tutaj z ogromną częstotliwością, wszędzie coś wybucha, coś się pali, coś się sypie. A my cały czas jesteśmy czujni, eliminując kolejne watahy wrogów. Wayne Holden to w zasadzie taki mały czołg. Dzięki specjalnemu kombinezonowi jest w stanie nie tylko wytrzymać morderczo niską temperaturę E.D.N III, ale również potrafi regenerować utracone siły i zdrowie! Wystarczy jedynie ładować go regularnie energią z pokonanych Arkidów; w przeciwnym razie kombinezon straci całą energię, a my razem z nim. Kolejne błędne koło które strasznie wciąga. Aby żyć musimy non stop zabijać, a aby to robić musimy ciągle biec na złamanie karku przed siebie, w stronę masywu wroga. I na tym polega w zasadzie cała rozrywka w Extreme Condition. Nie prezentuje się to zbyt okazale? Ale gdybyście zobaczyli, jak to jest podane…

Gody mechów? Lost Planet potrafi zaskakiwać.

Grywalność w Lost Planet jest niebotycznie wysoka, a wszelakie wybuchy/zniszczenia/eksplozje działają na nas jak płachta na byka, sprawiając, że chcemy więcej i więcej. Samotna Planeta to gra dla typowego faceta. Tutaj liczy się tylko wielkość twojej lufy i nic poza tym. Grzejesz z czego się da w co się tylko da, a amunicja, choć limitowana, sprawia wrażenie niewyczerpanej. Podczas całej gry nigdy nie poczułem, że zaczyna mi brakować naboi. Za to palec od ciągłego strzelania bolał jak diabli. Każdy element rozgrywki jest jednak dopracowany w najmniejszym stopniu. Walki z insektopodobnymi Arkidami to prawdziwy majstersztyk; każdy rodzaj obcych wygląda oraz zachowuje się inaczej. Jedni są szybcy, mali i delikatni, drudzy ogromni, powolni i bardzo wytrzymali. Każda z tych bestii ma swoje unikatowe ciosy i zachowania, do każdej z nich trzeba obrać osobną taktykę. Jedne Arkidy maja czułe podbrzusze, inne z kolei muszą dostać po ogonie, żeby coś poczuły. Walka z takimi przeciwnikami to przyjemność sama w sobie, czujemy się jak w prawdziwym filmie, strzelając do tego całego robactwa, które jest dopracowane w najmniejszym stopniu. Szkoda, że walki z najemnikami NEVEC nie są już tak oryginalne, co nie zmienia faktu, że i tak są diabelnie emocjonujące. Zwłaszcza gdy garnizon wroga wyposażony jest w ogromne mechy ;)

DirectX 10 jest faaaajne :)

Na osobny akapit o Lost Planet zasługują bossowie. Każdy z tych nieprzyjemniaczków występuje na końcu planszy i gwarantuje wam, że na długo zapamiętacie potyczki z nimi. Ogromne, monumentalne i masywne robactwo potrafi przyprawić o kompleksy każdego faceta. Wyobraź sobie, że stoisz uzbrojony w broń maszynową naprzeciwko wielkiej larwy, która kształtem bardziej przypomina wieżowiec, niżeli to, z czym dotychczas kojarzyły Ci się insekty. Można dostać ciarek na plecach, naprawdę. Typowa walka z takimi wynaturzeniami to praktycznie pewna śmierć, ze względu na ich kolosalną wytrzymałość. Każdy z bossów ma jednak jakiś słaby punk, który musimy najpierw odkryć, a potem wykorzystać do granicy możliwości. Nie możemy jednak zapomnieć o specjalnych zdolnościach naszego przeciwnika, który bardzo często lubi nas zaskakiwać unikatowymi atakami. Reasumując; walki z głównymi bossami to zupełnie inna jakość rozrywki niż ze zwykłymi przeciwnikami. Najłatwiej mi to porównać do potyczek w Devil May Cry, gdzie na końcu plansz również czekały na nas przeróżne czarne charaktery.

Po piątej próbie wejścia po zlodowaciałych schodach Holden naprawdę się wkurzył…

Najwyższy czas napisać coś o grafice, bo uwierzcie mi, jest o czym śpiewać peany. Miałem przyjemność grania zarówno w wersję pod DX9 jak i pod DX 10 i śmiem twierdzić, że różnica naprawdę jest odczuwalna. Nie widać tutaj żadnego przełomu, nie ma rewolucji czy technologii spotykanych nigdzie indziej, lecz najnowszy DirectX robi różnicę. Wszystko jest bardziej efektowne, wybuchy są pełniejsze, rozmazania piękniejsze a sam czas ładowania map znacznie krótszy. Gra na sprzęcie z GeForce 8800 GTS, Intel Core 2 Duo i 2 GB RAM`u oraz Vistą na pokładzie śmiga aż miło. Nie na najmniejszej mowy o jakimkolwiek spadku klatek, nawet przy największych starciach i ogromnej liczbie wybuchów. Najnowszy DX ma ogromny potencjał, choć całkowicie przekonany się o nim zapewne dopiero za rok-dwa. Mimo to zdecydowanie lepiej grało się na DX10 i taką właśnie wersję polecam wszystkim graczom o mocniejszym sprzęcie. Lost Planet jest jak na razie głównym argumentem, aby przesiąść się na Vistę, bo o Halo 2 chcę jak najszybciej zapomnieć.

Multiplayer w Lost planet. Na razie Orly for X360.

W Lost Planet wszystko jest ładniutkie. Śnieżne zawieje, modele postaci czy wszelakie tekstury. Najpiękniej prezentują się jednak wybuchy, które są chyba jednymi z najpiękniejszych, jakie w życiu widziałem. Aż chce się niszczyć bez celu kolejne beczki wypełnione benzyną, byleby zobaczyć te piękne eksplozje. Efekt "oślepienia" jest tutaj naprawdę niesamowity, wszystko przepełnione jest masą bluuru i wygląda naprawdę niesamowicie. Modele wrogów również prezentują się okazale, choć rewolucji nie ma. Po prostu szpetne gęby, które trzeba czym prędzej posłać do piach.. śniegu. Fenomenalne jest natomiast oświetlenie, choć rzadko kiedy będziemy mogli podziwiać ten aspekt grafiki z racji przebywania głównie na otwartych lokacjach, gdzie światła i cienie nie mogą dać takiego popisu jak chociażby w ciasnych korytarzach Dooma 3.

Nawet Holden lubi czasem pobawić się w Spider-Mana ^^

Nie wiem, co mogę więcej napisać, aby przekonać was do tej gry. Lost Planet powinno spodobać się wszystkim, nawet fanom RPG czy wyścigówek (tak, to ja). Samotna Planeta to jedna z tych gier, w którą zagrać po prostu trzeba, niezależnie od "wyznania". Tylko wtedy będziemy w stanie docenić prawdziwy kunszt pracy programistów z Capcomu i piękno tej gry. Wciąga jak diabli, oferuje masę wrażeń i emocji oraz nie pozwala zapomnieć o sobie na długi czas. Jedyna wadą jest jej długość, bowiem 11 misji wypełnionych po brzegi wartą akcją tylko rozbudza głód na więcej. A więcej nie ma, grę natomiast jesteśmy w stanie ukończyć w 6 godzin. Mały skandalik. Mimo to jestem w stanie twórcom wybaczyć. W końcu lepiej mieć niedosyt, niż umierać z przejedzenia. A ja mam ogromny niedosyt i błagam o więcej. Lost Planet to prawdziwa, oryginalna perełka, którą polecam każdemu. Gwarantuję, że nie będziecie w stanie się przy niej nudzić, tak jak ja nie potrafiłem. Współczuję tylko waszym myszkom.