Najnowszy film Davida Lyncha w końcu dotarł do naszych kin. Mistrz kina, który wymusza u widza uruchomienie szarych komórek, po raz kolejny oferuje nam podróż do najmroczniejszych zakamarków swojego umysłu. O "Inland Empire" było jednak dosyć głośno jeszcze przed światową premierą. Fabułę utrzymywano w ścisłej tajemnicy, a nieliczne informacje odkrywały jedynie jej drobne elementy. W dodatku reżyser przygotowywał ten projekt dwa i pół roku, a nawet przybył do Polski, by w Łodzi nakręcić parę scen z udziałem naszych rodzimych aktorów. Wiele atrakcji - a jaki jest efekt końcowy?

"Inland Empire" opowiada historię realizacji hollywoodzkiego filmu. Reżyser (Jeremy Irons) uważa, że produkcja ma duże szanse zawalczyć o najważniejsze nagrody oraz zyskać światową sławę. Głównych bohaterów w "On High Blue Tomorrows" mają zagrać zrównoważona Nikki (Laura Dern) oraz lowelas Devon (Justin Theroux). Wraz z rozpoczęciem pierwszych prób, na planie filmowym zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Okazuje się, że scenariusz inspirowany jest starą cygańską legendą z Polski, a wcześniejsze próby nakręcenia tej produkcji zakończyły się tragicznie. Aktorzy, grający tam główne role, zostali zamordowani. Krążą plotki, iż nad scenopisem wisi fatum, ale nie przeszkadza to ekipie w podejmowaniu dalszych prac. Wkrótce jednak świat filmowy zaczyna się mieszać z tym rzeczywistym.

Inland Empire

Pod względem realizacyjnym, Lynch postanowił poeksperymentować z techniką nagrywania swojego najnowszego dzieła. Wszystkie sceny, jakie oglądamy, są bowiem wykonane za pomocą zwykłej kamery cyfrowej. Autor nie naśladuje jednak stylu manifestu "Dogmy 95". Kreuje za to osobistą percepcję każdego, nawet najmniejszego elementu. Za przykład mogą posłużyć postacie występujące w filmie - są uchwycone w wyjątkowo nienaturalnych przybliżeniach, co stwarza efekt karykaturalny. Uwaga skupiona jest wyłącznie na twarzach, często też osoba ukazywana jest w sposób prześmiewczy, poprzez sportretowanie jej nienaturalnie szerokiego uśmiechu czy wyłupiastych oczu. Co więcej, zdjęcia wydają się być nakręcone strasznie amatorsko. Kamera jest w ciągłym ruchu, toteż obraz nie jest stabilny. Dużo tu również mroku, ciemności, bowiem zrezygnowano ze sztucznego oświetlenia i wykorzystano jedynie minimalne środki, by stworzyć produkcję bardziej naturalną. Cała ww. technika służy nie tylko w zmniejszeniu budżetu realizacyjnego filmu, ale przede wszystkim - nadaniu atmosfery klaustrofobii i odczucia, że sami wcielamy się w bohaterów tej skomplikowanej historii.

Inland Empire

A uczucie osobistej obecności w "Inland Empire" jest bardzo silne. Sposób wykonania to raz, ale bardziej istotnym jest fakt, że jesteśmy zmuszeni do ciągłego myślenia. Można zaobserwować, iż akcja dzieje się na czterech różnych płaszczyznach, z czego wszystkie pokrywają się w jedną całość. Granica między snem a rzeczywistością jest umiejętnie zatarta, tak samo jak między światem filmowym a realnym. Bohaterowie są zdezorientowani tym, jak akcja przebiega i tak samo czują się widzowie. Często błądzimy między poszczególnymi scenami. Przejścia z jednego miejsca do drugiego są mocne, brutalne i podawane bez żadnego ostrzeżenia. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co się stanie w konkretnej minucie. Jesteśmy co chwilę zaskakiwani nowymi ujęciami, co nie pozwala nam przestać zastanawiać się nad sensem historii.

Inland Empire

A z tym jest trudniej, co widać na każdym kroku. Mistrz surrealizmu karmi nas obrazami pełnymi metafor, jedynie teoretycznie wyjaśniającymi sytuację. Czasami nawet trudno określić, co tak naprawdę widzimy. Porównanie całej projekcji do snu wydaje się być najlepszym opisem sytuacji. Przykładowo, mamy dwóch rozmawiających ludzi, których twarze zostały zamazane, czy też kawałki z internetowego serialu Lyncha, opowiadającego o trzech królikach siedzących w małym pokoju. Dodatkowo pojawia się efekt paniki, dziwnego uczucia dezorientacji, jak gdybyśmy w trakcie snu nagle przenieśli się w zupełnie inne, ciemne miejsce, z którego trudno się wydostać, a gdzie, na domiar złego, jest tłum nieznajomych osób.

"Inland Empire" to przede wszystkim film skoncentrowany na kobietach. Przez większość czasu oglądamy zagubioną Laurę Dern. Na jej barki spadł obowiązek utrzymania całokształtu wymarzonego przez reżysera. Udaje się jej to znakomicie. Widzimy ją w różnych stanach emocjonalnych (szczęście, smutek, gniew, strach, panika), co staje się kluczem do rozszyfrowania, w jakim świecie aktualna scena się rozgrywa. Innym razem spuszczamy oko z głównej bohaterki i obserwujemy życie kalifornijskich prostytutek. Dodatkowo na równoległej płaszczyźnie widzimy również polskich aktorów. Szczególnie ciekawa jest Karolina Gruszka, która zagrała "zagubioną dziewczynę". Po stronie mężczyzn najbardziej pamiętne role stworzyli Krzysztof Majchrzak, Peter Lucas oraz Leon Niemczyk. Widać, że nasi mają dobrą renomę u zagranicznych filmowców. To dobrze wróży!

Inland Empire

Według Lyncha, dzisiejsza publiczność wybiera produkcje, gdzie nie trzeba myśleć. Co więcej, sądzi, iż problemem jest znaleźć tego typu filmy we współczesnej kinematografii. "Inland Empire" zdecydowanie zmusza do wytężenia szarych komórek. Główny problem produkcji może jednak polegać na tym, że tylko prawdziwi fanatycy twórczości Lyncha będą w stanie naprawdę docenić to dzieło. Wielu widzów opuszczało salę kinową po 30 minutach projekcji. Nie dziwi mnie to wcale, gdyż twórczość reżysera zdecydowanie nie jest produktem masowym. Nawet ci, co byli zachwyceni "Mulholland Drive" czy "Zagubioną Autostradą" mogą nie wytrzymać niekonwencjonalnej techniki realizacyjnej oraz garści abstrakcyjnych metafor. W końcu jesteśmy tylko ludźmi, a Lynch jest w dalszym ciągu sobą. Natomiast "Inland Empire" jest dowodem na to, że twórca dalej lubi eksperymentować z formą i uczuciami widza i robi to na najwyższym poziomie.

"Powiedzmy, że idziesz ze mną do muzeum i widzisz obraz. Oboje zinterpretowalibyśmy go inaczej" - powiedziała Laura Dern w internetowym wywiadzie dla IGN. Tak właśnie jest z "Inland Empire". Ten mroczny, surrealistyczny epos daje szerokie pole do prywatnej analizy każdej sceny. Polecam!