Amerykanie nie próżnują. Tworzą filmy, które w większej mierze odpowiadają przeciętnemu widzowi. Co ciekawsze, oglądając jeszcze więcej kina azjatyckiego, odnajdują kolejne pomysły na zaśmiecenie amerykańskiej kinematografii porcją remake'ów. Zazwyczaj jednak, te pozycje nie dorastają do pięt wersjom oryginalnym. I nie ma się co tutaj dziwić. Niewielu reżyserów potrafi stworzyć drugi raz ten sam film, tylko w nowszej konwencji. Wyjątkiem jest Martin Scorsese, którego remake "Przylądku Strachu" był zdecydowanie lepszy od pierwowzoru. Tym razem, pracował on nad amerykańską wersją azjatyckiego hitu "Infernal Affairs". Nadał jej tytuł "The Departed".

Infiltracja

Akcja dzieje się w południowym Bostonie, gdzie policja walczy ze zorganizowanymi grupami przestępczymi. Szefem mafii jest Frank Costello i to on werbuje nowych ludzi, eliminuje nielojalnych oraz pojawia się na wszelkich transakcjach z innymi mafijnymi grupami. Stał się głównym celem policji i większość służb chce go za wszelką cenę zatrzymać. Dla ochrony, Costello posyła jednego ze swoich ludzi, aby będąc w policji informował o każdym ich kroku. Szefowie jednak, aby wiedzieć o poczynaniach przywódcy mafijnego, wysyłają swoją własną wtyczkę, która wtapiając się w tamten świat musi być wystarczająco wiarygodna, aby przeżyć w przestępczym światku. Wszystko się zmienia, gdy ci bohaterowie, muszą odnaleźć kretów w swoich własnych środowiskach.

Jak już wcześniej wspomniałem, "Infiltracja" jest remakiem azjatyckiej produkcji "Infernal Affairs". Matrin Scorsese, w warstwie fabularnej, dosyć mocno trzyma się oryginału. Jest bardzo mało różnic w przedstawianych wątkach, toteż każdy kto oglądał pierwowzór nie będzie zaskoczony przebiegiem akcji czy też nawet znakomitym zakończeniem. Z jednej strony to dobrze, bo nie został naruszony w żaden sposób świetny scenariusz. Z drugiej jednak, fani w wersji amerykańskiej muszą zawiesić oko na zupełnie innym aspekcie. Ze szczerym sercem powiem, że taką alternatywę otrzymujemy.

Infiltracja

Co najbardziej rzuca się w oczy tuż po rozpoczęciu seansu, to przeniesienie scenariusza w amerykańskie realia. Kiedy w "Infernal Affairs" oglądaliśmy ulice Hongkongu, świat biznesmenów, nowoczesnych urządzeń, współczesnej architektury oraz błyszczących się od ogromnej ilości okien ogromnych drapaczy chmur, tak po amerykańsku wygląda to bardziej "brudno". W Bostonie przenosimy się do obskurnych barów, opuszczonych fabryk, czy rozwalających się budynków z czasów prohibicji. Scorsese po raz kolejny wprowadza klimat znany z "Ulic Nędzy" czy "Chłopców z Ferajny", które przyniosły mu należyty sukces i rozgłos. Całość przyprawiona jest irlandzkimi dodatkami, które napędzają film gangsterską atmosferą. Tym samym amerykański świat "Infernal Affairs" nie wydaje się być marną kalką oryginału, ale bardzo dobrym innym światem, który łączy obie produkcje jedynie postępem fabularnym.

Największą ucztą dla oka są kreacje aktorskie. Pierwszą z nich na pewno jest znakomity Jack Nicholson, grający szefa mafii. Postać jaką stworzył jest oryginalna i kompletnie się różni od postaci z wersji azjatyckiej. Tutaj Nicholson, bawi się swoją rolą, wykonując charakterystyczną mimikę twarzy, gestykulację, intonację głosu oraz ironiczne odpowiedzi, w pewnym stopniu powiązane z życiem seksualnym ironizowanych ludzi. Kreacja Franka Costello jest niesamowicie wyraźna i narysowana mocną kredką. Czasami widzimy jej przewagę nad innymi. Nicholsona tutaj ciągle pełno, co jednak nie drażni widza, a bardziej intryguje i zmusza do intensywnych przemyśleń.

Drugą rolą, która została zagrana bardzo dobrze, to osoba Billiego Costigana, w którą wcielił się Leonardo DiCaprio. Aktor z każdym kolejnym filmem, utwierdza nas w przekonaniu, że wykonuje swój zawód na najwyższym szczeblu. Jego kreacja jest niezwykle wiarygodna. Gdy oryginał koncentruje się na przebiegu akcji, tak po amerykańsku mamy okazję zobaczyć również portret psychologiczny postaci. Wątek wizyt z panią psycholog został rozwinięty, a co ważniejsze, zmieniony na trochę bardziej amerykański styl, gdzie każdy przedstawiany dłużej bohater musi mieć więcej niż jedno powiązanie z głównym wątkiem fabularnym. Wyraźniej została również zaprezentowana sytuacja Costigana oraz jego podwójnej roli, z którą z dnia na dzień, zaczyna sobie radzić coraz ciężej. Całość wygląda przekonująco jak na amerykańskie realia.

Pozytywnym zaskoczeniem były również postacie wykreowane przez Marka Whalberga i Aleca Baldwina. Grający tutaj ważne szychy w bostońskim departamencie policji, tworzą specyficzne role, które można zapamiętać na długi czas. Można by powiedzieć, że nareszcie naturalność tychże aktorów można było gdzieś wykorzystać w pozytywnym świetle. Na tle całości, blado wychodzi postać Matta Damona, która nie przyswaja sobie naszej sympatii. Mam jednak wrażenie, że tak miało być. Kreacja Colina Sullivana od samego początku miała być spostrzegana jako czarny charakter, który bezboleśnie wmieszał się w społeczność policyjną. Wraz z kolejnymi sukcesami i awansami, przestaje się wtapiać w tło, ale raczej nim się staje. Motyw psychologiczny nie został tutaj tak bardzo rozwinięty, gdzie moglibyśmy zobaczyć pewne wahania bohatera podczas uświadamiania sobie, że jego zwycięstwo jest cały czas oparte na kłamstwie. Zostaje to poruszone, lecz w niewielkim stopniu. Nie winię za to nikogo, ponieważ taki postęp akcji stwarza aurę, która jest rzadko wyczuwalna.

Infiltracja

W filmie zastosowano dość ciekawy pomysł - praktycznie, przez cały czas, w tle da się słyszeć muzykę. Na początku trochę to denerwuje lecz później można się przyzwyczaić, szczególnie, że otrzymujemy ją w różnorakiej dawce. Tutaj piosenki The Rolling Stones, Vana Morrisona czy The Beach Boys przeplatają się z irlandzkimi motywami oraz instrumentalnymi partyturami Howarda Shore'a. Gdy ta wybuchowa mieszanka zostanie zespolona w jedno, dostajemy jeszcze mocniejsze podkreślenie typowo amerykańsko-gangsterskich standardów, które przypominają klimaty z "Chłopców z Ferajny" Matrina Scorsese czy też "Świętych z Bostonu" Troy'a Duffy.

Obie wersje, zarówno azjatycka jak i amerykańska, podają powód wykorzystania takiego, a nie innego tytułu. "Infernal Affairs" odwołuje się do buddyjskiej mantry mówiącej o udręce w Nieskończonym Piekle*, tak "Infiltracja" [ang. "The Departed"] odwołuje się do religii chrześcijańskiej, cytując tekst ze świętego obrazka , "Heaven holds the faithful Departed"**. Dzięki czemu filmy mają głębsze znaczenie, w którym jest możliwe dokładniejsze zanalizowanie postaci. Amerykański odpowiednik wprowadza swoje wytłumaczenie gdzieś w pierwszej godzinie filmu, o którym większość widzów może zapomnieć. Natomiast, gdy dojdziemy do zakończenia, wymieniony wyżej cytat automatycznie nasuwa się na myśl. Znakomite wyczucie sytuacji i finał trochę różniący się od oryginału.

Miałem ogromne wątpliwości, co do remake'u świetnego "Infernal Affairs", jednak nazwisko reżysera oraz znakomita obsada spowodowały, że moje obawy nie były słuszne. "Infiltracja" to bardzo dobry film, który opowiada historię w amerykańskiej rzeczywistości. Dzięki temu Martin Scorsese powrócił do gangsterskiego kina, w którym był jednym z lepszych. Nawet świadomość o tym, że nie był to pomysł Williama Monahana, oraz azjatyckich scenarzystów Alana Maka i Felixa Chonga, nie psuje przyjemności oglądania. Dostajemy w końcu "Chłopców z Ferajny" 16 lat później i zauważamy, że tego typu kina brakowało nam przez tyle lat.

Infiltracja

Nie można jednoznacznie stwierdzić, która wersja jest lepsza, gdyż obie dzieją się w innych przestrzeniach kulturowych. "Infernal Affairs" i "Infiltracja" to dwa filmy, o podobnym scenariuszu, lecz zupełnie innym podejściem do sprawy. Scorsese wrzucił do amerykańskiego remake'u kawałek własnej duszy, dzięki czemu nie dostajemy marnej kalki znakomitego filmu, a osobną produkcję o american gangsters w roku 2006. Gorąco polecam!

*mantra brzmi w następujący sposób: "Ten, kto jest w Nieskończonym Piekle, nie umiera nigdy.

Długowieczność jest wielką udręką w Nieskończonym Piekle."

** w wolnym tłumaczeniu "Niebo czuwa nad wiernymi Zmarłymi".

Można również tłumaczyć - "Niebo trzyma w opiece tych, co odeszli"