1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Hot Hot Heat - Elevator

Debiutancki album Kanadyjczyków zmiótł całą scenę nowofalowego revivalu/punka z powierzchni ziemi. Nikt nawet nie śmiał zmierzyć się z "Make Up The Breakdown", który uczynił z Hot Hot Heat gwiazdy, zapełniające sale koncertowe do pełna na całym świecie.

Elevator

Panowie zaprezentowali szerokiej publiczności przepełnione czystym hedonizmem przebojowe kawałki z wrzynającymi się głęboko w mózg melodiami, doskonale radzącym sobie z materiałem wokalistą-klawiszowcem Steve Baysem oraz funkującymi gitarami. Muzyka wybitnie do zabawy, powodująca mimowolne i całkowicie uzasadnione kołysanie bioder w rytm energetycznych piosnek.

Już na EP-ce, wydanej w 2005 ("Knock Knock Knock"), muzyka grana przez HHH wydawała się świeża i warta poświęcenia jej swojej uwagi. Barwa głosu Baysa świetnie pasowała do klimatu ich dziełka, dodatkowo uwagę na nich zwracała całkowita zamiana ról syntezatorów i gitar. W punk-rocku granym przez Kanadyjczyków na pierwszym planie były klawisze, a gitary spełniają raczej role tła. Dzięki temu muzyka straciła klimat klasycznego punk rocka, jaki dało się wyczuć jeszcze na ich pierwszym wydawnictwie, "Scenes Trough Thirteen", a stała się idealna do tańca i wszelkich szaleństw z szklanką alkoholu w dłoni.

Pierwszy longplay, "Make Up The Breakdown", zebrał znakomite recenzje, a przebój "Bandages" okazał się genialnym utworem, na dźwięk którego szczęka opadała (i opada nadal) wszystkim, bez wyjątku. Szalony refren, wariacki śpiew i świetnie brzmiące klawisze w tle uczyniły "Bandages" znakiem rozpoznawczym Hot Hot Heat. Nie był to jednak jedyny godny uwagi składnik tracklisty debiutu Kanadyjczyków, recenzenci opiniotwórczych magazynów muzycznych zachwycali się również zróżnicowanym "Naked In the City Again", pobrzmiewającym funk-ska "No, Not Now" czy chyba najpoważniejszym tekstowo "Talk With Me, Dance With Me". Ogólnie jednak warstwę tekstową cechowała raczej prostota, bo i na co komu wymyślny, liryczny i dający do myślenia tekst, kiedy muzyka HHH służy do czego innego. Bawić, dawać rozrywkę, oto i ich motto.

No i w 2005 roku jawi się "Elevator", drugi długogrający krążek w karierze chłopaków. Przyznam, że wzięło mnie od razu. Pierwsze dwa utwory i kompletne urzeczenie, miłość granicząca z szaleństwem. Hot Hot Heat dokonują w tych dwóch kawałkach rzeczy niedostępnej dla wielu. Wymyślili takie melodie, że słuchacz od pierwszych sekund z miejsca staje się ich fanem. "Running Out Of Time", pierwszy utwór na "Elevator", natychmiastowo chwyta za ręce, rzuca o ścianę, robiąc to coraz mocniej. Absolutna ekstraklasa melodyjnego grania, skoczne, wariackie zwrotki i piękny refren. Kolejny punkt kanadyjskiego rajdu po dancepunku - "Goodbye, Goodbye" i pozamiatane. Przepiękny kawałek, kolejny dowód na genialność i wiekopomność zabawowej muzyki HHH. O ile "Running..." posiekało mnie totalnie, tak "Goodbye..." melodyjnie ukoiło, pobujało i pozostawiło obślinionego w oczekiwaniu na kolejne części muzycznej uczty.

"Elevator" krótko mówiąc, powala. Brzmienie perfekcyjne, melodie znakomite, muzyka zacna, nawet teksty się bardzo poprawiły. Bays śpiewa tym razem o rzeczach sobie bliskich, o swoich porażkach, sukcesach, jednak tych przykrych rzeczy jest zdecydowanie więcej. Tworzy to więc dość dziwny kontrast między typowo imprezową muzyką, a pesymistycznymi tekstami (nasuwa mi się część twórczości The Cure). Weźmy choćby "Goodbye, Goodbye". W refrenie tekst: "So goodnight, goodnight / You're embarrassing me / You're embarrassing you / So goodnight, goodnight / Walk away from the door / Walk away from my life", a Bays śpiewa to, jakby śmiał się temu dziewczęciu w twarz. Inna sprawa, że mi też się gęba by śmiała, gdybym miał zaśpiewać tak fantastyczną kompozycję ;).

Rozwijają się. Pierwotnie znajdowali się na utworzonej przez samych siebie konstelacji "punk rocka z klawiszami zamiast gitar". Teraz uznali, że warto wynieść płytę na dotychczas niezauważaną, niezabawową orbitę. I na "Elevator" kursują między jednym, a drugim, dając słuchaczom taneczny rytm, zapakowany w melodie o przeznaczeniu imprezowym, a także, co im się dotychczas nie zdarzało, uczynili swoje najnowsze dziełko raczej smutnym, melancholijnym, dzięki wspomnianym tekstom. Znów są błyskotliwe, znów chętnie wsłuchiwałem się w słowne gierki, ale tym razem wszystko to brzmi zupełnie poważniej. Jest i protest song przeciwko wojnie w Iraku ("Soldier In A Box"), jest i dość gorzka historia współczesnego związku ("You Owe me And IOU"), jest też i narzekanie na bezsens przypadkowych znajomości w trasie ("Pickin' It Up"). Najwyraźniej dojrzeli. Rockowi tradycjonaliści pewnie zwrócą uwagę na słyszalną przewagę gitar nad syntezatorami.

Zdecydowanie przebili i tak znakomity drugi krążek Franz Ferdinand, okazali się lepsi od debiutantów Bloc Party, weteranów z Oasis, wywrotowców z Babyshablers, czy duetu The White Stripes. Wszyscy oni nagrali w okolicach 2005/06 roku wielkie płyty, ale Hot Hot Heat zwyczajnie pokonali wszystkich, wgnietli konkurencję w ziemię, zostawiając ich daleko w tyle, zupełnie bez szans na dogonienie. Jakby tego było mało, grają znakomite koncerty, zachwycają ekspresją, luzem i częstym improwizowaniem. W swojej klasie - genialni, ideał, do którego inne kapele będą długo dążyć.

Nie jestem w stanie zarzucić nic najnowszemu dziełu Hot Hot Heat. Wszystko, co zaprezentowali na tej płycie jest perfekcyjne. Genialne, przebojowe i melodyjne utwory, znakomita produkcja (czysto i klarownie, ale nie sterylnie), wysokie umiejętności muzyków (oczywiście jak na standardy new rock revolution), w tym wokalisty (na szczęście nie mamy tym razem do czynienia z naburmuszonym, dobrze ubranym gościem, który niedoskonałości głosu tuszuje stylizowaną garażową produkcją - nawet The Strokes od tego odeszli), inteligentne teksty oraz fantastyczna forma koncertowa. Oto i kanwa dla tysięcy młodych kapel zapatrzonych w XTC, Wire, The Cure i podobnych im. Szkoda, że nie zyskali w Polsce większego rozgłosu. Warto by to nadrobić.

Forma zwyżkowa, co płyta, to lepiej. Czuję, że zaczarują mną kolejny raz na trzecim krążku.

Zawartość

Introduction, Running Out Of Time, Goodnight Goodnight, Ladies And Gentleman, You Owe Me An IOU, No Jokes - Fact, Jingle Jangle, Pickin' It Up, Island Of The Honest Man, Middle Of Nowhere, Dirty Mouth, Soldier In A Box, Untitled, Shame On You, Elevator