1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Hitman: Codename 47

Pamiętam moje pierwsze spotkanie z łysym zabójcą. Pierwsze wrażenie? Co to do jasnej cholery jest... Ani to ładne, ani fajne i w dodatku przerażająco trudne. To jednak nie ten dzień zadecydował o moim uczuciu do tajemniczego faceta w idealnie skrojonym garniturze i wytatuowanym kodem kreskowym na karku. Parę tygodni później, nie pamiętając już wcześniejszej przygody, zakupiłem opakowanie z grą - zachęcił mnie ciekawy opis. Dalej już chyba nie muszę wspominać, co się działo. Ładnych kilkadziesiąt godzin zniknęło bezpowrotnie z mojego życia. Wtedy Codename 47 wciągał bez litości, a czy tak samo jest teraz? Przekonasz się, czytając tę recenzję...

Gra była z pozoru typowym shooterem TPP. Takie przynajmniej miałem wrażenie po obejrzeniu kilkunastu screenów jeszcze przed zabawą. W tamtych czasach nie za bardzo znany był mi gatunek skradanek, a praktycznie mało mnie obchodziło, że coś takiego w ogóle istnieje. Wtedy byłem małym pasjonatem FPS-ów, co całkowicie zaspokajało moje wymagania. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że praktycznie żadnej misji w Hitmanie nie da się wykonać metodą "na czołga". Pozostawało ostre kombinowanie, co dla człowieka przyzwyczajonego do prostej i niezobowiązującej rozrywki stanowiło coś zupełnie nowego. No i spodobało mi się, dzięki czemu zacząłem wędrówkę po wielu gatunkach gier (ale to temat na osobną rozprawkę) oraz pokochałem całą serię Hitmana, a każdy kolejny jej tytuł był daniem obowiązkowym. W tym wypadku nie trzeba dużo mówić, bowiem wystarczy parę minut, aby przekonać się, o czym mowa. Gra była po prostu fenomenem w tamtym okresie. Ale żeby tradycji stała się zadość, postaram się przypomnieć Wam to i owo. A nuż wrócicie do tego tytułu i będziecie pokonywać kolejne etapy z wypiekami na twarzy zupełnie jak przed laty...

Hitman: Codename 47

Hitman: Codename 47 opowiada historię Tobiasa Riepera (jeden z jego pseudonimów), mordercy o numerze seryjnym 640509-040147. Tobias to płatny zabójca, chodzący w nienagannych garniturach z obowiązkowym, krwistoczerwonym krawatem. Pewnego razu budzi się w celi ni to więzienia, ni szpitala, z kompletną pustką głowie. Jakiś tajemniczy głos o silnym rosyjskim akcencie pomaga mu uciec na wolność. Swoją drogą, ten etap stanowi zarazem niezłe wprowadzenie i dobry samouczek. Tobias długo się jednak nie ukrywa, ponieważ chwilę później od tajemniczej agencji ICA dostaje pierwsze zlecenie - morderstwo jednego z przywódców chińskiej triady, znajdującego się w Hong-Kongu. Nie zastanawiając się długo wyrusza w teren i bez mrugnięcia okiem zdejmuje dany obiekt. Potem czekają go kolejne zadania, kolejni mafiosi, terroryści czy handlarze narkotyków. Roboty jest w bród, a tymczasem w umyśle bohatera odzywa się rosyjski głos i żąda zadośćuczynienia. Z biegiem czasu okazuje się także, że pan 47 jest częścią jakiejś większej afery. Do tego dochodzi jeszcze uratowany członek C.I.A. i wychodzi prawdziwy miszmasz.

Jednak nie ma się co obawiać. Historia jest naprawdę ciekawa i trzyma się kupy. Natomiast napięcie utrzymuje się od pierwszych minut gry do ostatniego zlecenia, nie pozwalając oderwać się nawet na minutę od ekranu monitora. Co więcej, fabuła potrafi naprawdę zaskoczyć i historia Tobiasa Riepera - trzeba przyznać - ma zupełnie niespodziewane zakończenie. Nie będę jednak zdradzał szczegółów, aby nie psuć zabawy osobom, które jeszcze nie miały okazji do bliskiego spotkania z oziębłym mordercą.

Wiele mówiłem o zabójstwach na zlecenie. Oczywiste jest więc, że do wykonania wszystkich postawionych przed nami zadań potrzebujemy odpowiedniego sprzętu. A tego jest niemało i każdy szczegół stoi na najwyższym poziomie. Nie ma sensu rozpisywać się o podstawowym wyposażeniu, takim jak noże, lornetki, kamizelki kuloodporne i inne mniej lub bardziej potrzebne zabawki. W każdym razie warto wspomnieć, że wszystko, tak jak bronie, jest wierną repliką przedmiotów z rzeczywistości. A co z wykonywaniem egzekucji? Zacznijmy od tych bardziej subtelnych metod eksterminacji szkodników. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby po cichu wysłać delikwenta w zaświaty za pomocą poręcznej garoty. Na drugi ogień idą pistolety, a więc popularny Desert Eagle, Colt 1911 czy Beretta. Na użycie czeka także Uzi, znany i lubiany Heckler & Koch, AK-47, M16, M60 i wiele innych potężnych narzędzi śmierci. Nie muszę chyba wspominać, że wszystko zostało wykonane z niezwykłą dbałością o najmniejsze szczegóły.

Hitman: Codename 47

I teraz zaczyna się prawdziwa zabawa, czyli planowanie. Tak jak w realnym życiu, poły marynarki mają ograniczoną powierzchnię, a kieszenie od spodni nie grzeszą wielkością. Tak więc Hitman pod garniturem może przemycić ograniczoną ilość broni, nie mówiąc już o tak wielkich skurczybykach jak karabiny maszynowe, śrutówki czy karabiny snajperskie. A w tej grze nie da rady spacerować po ulicy, machając jednocześnie na około Kałasznikowem. Długo nie pożyjesz, bowiem pierwszy lepszy ochroniarz twojego przyszłego celu wywoła małe piekło na ziemi, ściągając wsparcie. Dlatego liczy się dobry plan i jeszcze lepsze przygotowanie, albowiem na pomyłki nie ma miejsca. To jest gra dla perfekcjonistów.

Pomimo naprawdę wysokiej trudności wielu zadań, gra przynosi wiele satysfakcji, kiedy w końcu za n-tym razem udaje Ci się wykonać niewykonalne zadanie. Tutaj wszystko jest możliwe i jeśli coś Ci nie wychodzi, wtedy warto przemyśleć swoje postępowanie i wziąć pod uwagę nowe, być może lepsze rozwiązania. Lokacje zostały tak przygotowane przez twórców, aby dać graczowi pewną swobodę w wykonywaniu misji. Dzięki temu rozgrywka się nie nudzi, ponieważ za każdym razem masz dokonać egzekucji w zupełnie inny sposób niż poprzednio. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby zestrzelić swój cel za pomocą karabinku snajperskiego, ustawiając się wcześniej w dogodnej pozycji na którymś z dachów okolicznych budynków. Chwilę później obezwładniasz szofera pewnego mafiosa i w przebraniu podkładasz bombę do jego samochodu, po czym z ukrycia oglądasz piękne fajerwerki. Nieraz także kogoś otrujesz, przyszykujesz zasadzkę i znienacka w najbardziej strzeżonym budynku w mieście urządzisz krwawą łaźnię na niezwykle ważnym spotkaniu głów kilku rodzin, kiedy to za drzwiami będzie stało kilka tuzinów niczego nieświadomych przestępców. Nie zabraknie misji, w których będziesz musiał wykraść różne tajne papiery, dostać się do sejfu po uprzednim zdobyciu kodów czy uwolnić jakiegoś człowieka.

Hitman: Codename 47

Wszystkie misje, jak już wspominałem, są niezwykle różnorodne i praktycznie ani razu nie będziesz miał odczucia deja-vu. W trakcie zabawy zwiedzisz także wiele miast na całym świecie. Przed tobą nikt nie ukryje się nawet w kolumbijskiej dżungli. Twoja wycieczka zacznie się w Chinach, po czym odwiedzisz m.in. Kolumbię, Węgry, Holandię czy Rumunię. Lokacje w każdym rejonie zostały bardzo starannie zrobione i na każdym etapie wręcz czuć klimat danego rejonu. Nawet ludzie spacerujący po ulicach wyglądają zupełnie inaczej w każdym rejonie świata. Oczywiście w danej lokacji przyjdzie nam wykonać kilka zleceń, jednak za każdym razem etapy będą wyglądały nieco inaczej, więc na nudę nie będziemy narzekać.

Jeśli już omawiamy wygląd, to przejdźmy do szerzej pojętej grafiki. Nie tylko nasze otoczenie wygląda ciekawie. Postaci, chociaż obrzydliwie kanciaste (w końcu to gra z 2000 r.) są nieźle animowane. Twórcy w końcu wzięli się za technologię motion capture, więc efekty stoją na najwyższym poziomie (jak na tamte czasy). Dzisiaj, oczywiście, mogłoby być znacznie lepiej, lecz teraz także nie jest tak źle. Warto wspomnieć, że programiści zadbali nawet o takie szczegóły, jak latające na boki poły marynarki czy krawat podczas biegu. A to wszystko bez najmniejszego zacięcia. Jednak gdybym nie poznał tej produkcji wcześniej, to w dzisiejszych czasach bez wahania zganiłbym twórców za paskudną grafikę. Jest to zdecydowanie element najbardziej podatny na upływający czas.

Hitman: Codename 47

Za to muzyka to wiadro miodu. Hitman zdecydowanie, nawet po tych kilku latach, należy do czołówki najlepiej udźwiękowionych gier. I nie tylko sama muzyka urzeka, o czym za chwilę, ale także doskonale podłożony głos Tobiasza. David Bateson, który użyczył głosu głównemu bohaterowi, wykonał swoją robotę należycie. Z każdym dialogiem i monologiem nasz szacunek do Łysego ciągle wzrasta. Pomimo tego, że to zimny zabójca, jest postacią niezwykle charyzmatyczną - do tego stopnia, iż siedzący przed monitorem gracz chce się z nim identyfikować. I dobrze, bo chyba na tym polega komputerowa rozgrywka. Wróćmy jednak do samej muzyki. A tę skomponował Jesper Kyd, który wcześniej maczał palce przy takich produkcjach, jak Messiah czy MDK2. Facet zna się na rzeczy i to doskonale widać... tfu, słychać. W odpowiednich momentach podnosi napięcie, a kiedy trzeba - na chwilę zwalnia, dając nam odetchnąć. Dźwięk płynący z głośników idealnie współgra z tym, co się dzieje na ekranie.

Pomimo tego, że gra w dobie DX10 i prawdziwych kombajnów pod biurkiem wygląda okropnie, to warto się na nią skusić. Zwłaszcza tym, którym spodobały się najnowsze odsłony tej doskonałej serii. W końcu wypadałoby poznać korzenie popularnego dziś Hitmana. Poza tym gra obecnie już nie szokuje tak jak kiedyś... W końcu przyzwyczailiśmy się do mnóstwa krwi, morderstw i zabójców dzięki wielu innym współczesnym produkcjom. Ale żeby nie wyszło na to, że gry są "be", to pragnę wspomnieć, że taki trend utrzymuje się także w filmach czy książkach. A grę prawdziwemu graczowi wypada znać. Nie ma innej opcji.

Hitman: Codename 47

Jest to tytuł w każdym calu doskonały i z całą pewnością nawet dziś wiele innych developerów wzoruje się na nim, tworząc własne superprodukcje. A kto wie - może gdyby nie sukces Hitman: Codename 47, to nie zobaczylibyśmy parę lat później ciekawego i innowacyjnego Sama Fishera. Cóż więcej mówić. Nie grałeś - zagraj! Grałeś - też zagraj! Życzę przyjemnej zabawy.