Historia, o której za chwilę opowiem kończy się inaczej od reszty bajek. Inaczej znaczy - nietypowo. Otóż w krainie, gdzie wszystkie zakończenia są szczęśliwe, równowaga zostaje zachwiana, czego skutkiem są nieprzewidziane wydarzenia. Źli przejmują władzę, a dobrzy są skazani na odszukanie odpowiedniej osoby, która uratuje świat i odwróci ten nagły wypadek, aby wszystko wróciło do normy. Ale zaraz, zaraz, hola, hola... jeszcze się nie zaczęło. W "Happy End".... ekhm... W "Happy Wkręt" porządek został naruszony... i należy jak najszybciej to odkręcić. Niby z początku zwyczajna bajeczka z happy endem, ale nie w zupełności...

Matka Chrzestna rozrabia... nogi za troki!

W "Happy Wkręt" ową równowagę między dobrem a złem kontroluje czarodziej wraz z pomagierami: tłuściutką świnką, Munkiem oraz znudzonym szczęśliwymi zakończeniami, Mambo. Kiedy ich boss wybywa na wakacje do Szkocji, kontrolę nad porządkiem w Świecie Baśni sprawują jego pomocnicy. I od tego momentu wszystko zaczyna się walić, sypać i jedna bajka wie co jeszcze... Dokładniej przez przypadek zachwiali ład i wdali się w niemałą sprzeczkę w czasie uroczystości na cześć 21. urodzin Księcia. Ich kłótnię usłyszano w całym Zasiedmiogóro... chwileczkę, to nie ta bajka... w Krainie Baśni, a doszła ona nie do tej osoby, co trzeba. Zła macocha, Frida, planuje spełnić swe niecne czyny i kradnie czarodziejską laskę z rąk Mambo i Munka, a ich samych wyrzuca na zbity udziec, bynajmniej nie do schrupania. I wtedy zaczynają dziać się rzeczy, które w baśniach nie powinny mieć miejsca. Śpiąca królewna miast obudzić się w ramionach królewicza nie budzi się, a jej wybawca sam pogrąża się w głębokim letargu. Roszpunkę nie ratuje ukochany, a wręcz przeciwnie ona spada mu... na plecy, ściskając cenne klejnoty. A cała zgraja złoczyńców - trolle, wilk, et cetera, et cetera... kierują się w stronę zamku, w stronę złej do szpiku kości Fridy i zajmują rezydencję Księcia, będąc pod jej rozkazami. Sprawę w swoje ręce biorą: Kopciuszek, Mambo, Munk i... kucharz, Rick, po uszy zakochany w Elli, głównej bohaterce "Happy Wkręta". Za wszelką cenę dążą do tego, by uratować Świat Baśni, ale aby tego dokonać, muszą odnaleźć Księcia, który wyruszył w podróż, kierując się dziennikiem pokładowym swego życia pod tytułem: "znajdź i oddaj pantofelek - jak ją ładnie nazwała Matka Chrzestna - Salmonelli, znaczy się Kopciuszkowi". Zapowiada się urocza przygoda...

Kopciuszek lvl 3 vs Evil Macocha lvl 2

Film producenta Shreków dwóch z niby z pozoru niewinnej historii zamienia się w... banalną historię, próbującą naśladować największe produkcje tegoż typu. Oglądając "Happy Wkręt" odniosłem niemałe wrażenie, jakbym oglądał niszowy, trójwymiarowy film. Nietrudno o zaśnięcie z popcornem w ustach i słomką w nozdrzach. ;) Z niewielkim sukcesem udało jej się podrobić choćby genialnego i jedynego w swoim rodzaju Shreka. Żarty są nierzadko nieśmieszne, a parę lepszych momentów nie powoduje zachłyśnięcia się własnym głośnym chachaniem i chichaniem. "Happy Wkręt" jest pełen wybrednych dżołków, nawet przymuszanie się do śmiechu nic w tym przypadku nie daje. Po prostu - dostaliśmy produkcję słabą i mierną, ot co. Być może, to ja jestem wybredny i takie bajeczki mnie nie bawią, ale - uważany przez wielu za najgorszą część - Shrek 3 bawił mnie stokroć bardziej. Między nimi jest ogromna przepaść. Jedynym szkopułem dla którego nie byłem skłonny poczęstować "Happy Wkręta" lipą było to, że jednak miejscami jeszcze w miarę przyzwoity poziom prezentuje, a całość jako tako trzyma się kupy.

A oto poniekąd sprawcy całego zamieszania...

Kolejnym mankamentem, do którego bym przyczepił się nie gorzej niż komar ssący ludzką krew, to nędzne i nie przekonujące postaci. Mamy Księcia, który de facto jest jednocześnie jełopem i bałwanem, nierozgarnięte siostrzyczki Kopciuszka, główną bohaterkę z kompleksem niższości, macochę powodującą na facjacie ni rozpacz, ni śmiech i wreszcie nadąsanego kucharza, Ricka, dlatego że Kopciuszek wolała innemu dać... całusa.

Wizualnie to żadna uczta dla oka. W dzisiejszych czasach mamy o wiele bardziej dopracowane produkcje. Ta, tutaj, przypomina mi trojwymiarową wersję Rudolfa Czerwononosego Renifera, gdzie kunsztu twórcom najwidoczniej zabrakło, podobnie jak w recenzowanym przeze mnie filmie. Daleko jej do pierwszego Shreka czy Epoki Lodowcowej, a gdzie tu mówić o nowościach?

Książę-idiota we własnej skromnej osobie :)

"Happy Wkręt" idealnie nadaje się dla grzecznych dzieci i też takim powinien najbardziej się spodobać. Starsza widownia, która oczekiwała czegoś bardziej... wyrafinowanego, będzie raczej rozczarowana, niż zadowolona. Kiepskie żarty, niski poziom artystyczny, banalna - może inna, ale to wcale nie znaczy, że lepsza - historia. Czy to przekonuje? Nie sądzę, tak więc, w kinach grają dużo ciekawsze filmy, na które lepiej się wybrać. Zawsze też można poczekać na wersję DVD, która winna pojawić się za parę tygodni, w końcu "Happy Wkręta" już trochę czasu grają na dużych ekranach. Ale czy warto? To już od Was zależy. Nikt nie mówił, że ta recenzja będzie miała happy end... takie to tylko w bajkach Disneya i hollywoodzkich produkcjach. ;)