Mówi się, że podróże kształcą. Może i jest w tym odrobina prawdy, ale tak naprawdę ich głównym zadaniem jest mobilizacja do rozmaitych refleksji nad życiem, obyczajami i odmiennością ludzkiej kultury.

Grecja. Kolebka naszej cywilizacji, kupa zabytków, masa turystycznych atrakcji, choć sami Grecy wyraźnie idą z duchem czasu. Skóry, komóry, fury. O właśnie. Te ostatnie... Wiedzieliście, że Grecja to państwo, którego mieszkańcy żyją najdłużej w całej Europie? A wiecie, że ten współczynnik byłby jeszcze wyższy gdyby nie to, że przy okazji jest to kraj o największej liczbie wypadków samochodowych w Unii Europejskiej?

Statystyki statystykami i podchodziłem do nich raczej sceptycznie, ale kolejne dni pobytu w tym górzystym, śródziemnomorskim państwie doprowadziły mnie do smutnej refleksji - Grecy to prawdziwi piraci drogowi, którzy gardzą przepisami drogowymi niczym Indiana Jones mlekiem. To, co się dzieje na ich drogach nie przypomina już widoków, jakie znamy z serii Grand Theft Auto - to istny Carmageddon. Ale może zacznijmy od początku.

W Grecji spędziłem czternaście dni, ale to wystarczyło bym w tym czasie stał się częściej potencjalną ofiarą wypadku samochodowego niż przez osiemnaście lat w Polsce. Miejscowość Kastraki, mała i spokojna wioska, nastawiona oczywiście na turystów. Praktycznie pierwszy mój kontakt z helleńskimi ulicami. Tuż przede mną jeden z kierowców bez skrupułów parkuje na przejściu dla pieszych i udaje się - spokojnym krokiem! - w kierunku sklepu. Żeby nie było za dobrze w miejscu, gdzie został kawałek wolnej "zebry" w ciągu kilku sekund parkuje skuter. O przekroczeniu ulicy na pasach mowy być nie może! Co najśmieszniejsze - całą sytuację widzi policja, ale o jakiejkolwiek reakcji być nie może. Bo panowie funkcjonariusze zajęci są rozmową krzycząc do kogoś przejeżdżającego akurat na motorze przez okno i blokując tym samym ruch na całej miejskiej uliczce. Normalny kierowca w życiu by się nie połapał - tam takie sytuacje są na porządku dziennym.

Chaos, chaos, chaos. Myślałem, że gorzej już być nie może, ale skąd! Jak się okazuje małe miasto = mały problem komunikacyjny, a duże miasto = duży problem komunikacyjny. Tak więc nie chcielibyście znaleźć się nigdy w Atenach. Tam nie ma czegoś takiego jak zielone/czerwone światło. A raczej system funkcjonuje, ale o ile kierowcy traktują go dość frywolnie tak piesi w ogóle nie zwracają na sygnalizację uwagi. Na moich oczach tuż przed ateńskim muzeum omal nie potrącono człowieka - a do tragedii nie doszło tylko dlatego, że przechodzeń zdołał szybko odskoczyć. Wszystko to wyglądało strasznie i pierwszy raz w życiu moim oczom ukazała się "na żywo" tak dramatyczna sytuacja związana z wypadkami samochodowymi. Oczywiście można powiedzieć "przecież takie rzeczy się zdarzają" - ok, to prawda. Ale przecież nie na każdym kroku, a w Atenach spędziłem raptem dwa dni.

Ateny nocą

Przy okazji Aten warto wspomnieć o taksówkach, bowiem w Grecji funkcjonują one na nieco innych zasadach niż znane nam, Polakom. Otóż załóżmy, że wsiadacie do żółtej taryfy (wszystkie są utrzymane w tym samym, jakże nowojorskim kolorze) i każecie kierowcy wieźć się na lotnisko. Nie zdziwcie się jeśli przypadkiem po drodze nagle dosiądzie się do Was kilka zupełnie obcych osób, które po prostu "zabiorą się", bo podążają w tym samym kierunku. Taksiarz zgarnie ich nawet po drodze, oczywiście każdego "kasując" indywidualnie. I nie ma mowy o jakimś sprzeciwie pasażera - tego typu sytuacje stoją tam na porządku dziennym. Jakże sprytnie ominięto problemy stwarzane przez kasy fiskalne w taksówkach.

Teraz nadeszła pora na nieco bardziej dramatyczny wątek - spacer poboczem drogi. Nie wiem czy w Grecji jest to zabronione, ale kierowcy wyraźnie dają znać pieszym, że nie życzą sobie ich obecności na wspomnianym poboczu. Jeżeli nadjeżdżający samochód zjeżdża do środkowego pasa w celu uniknięcia niepotrzebnego niebezpieczeństwa to na 99% jest to ktoś z zagranicy. I tak oto właśnie mój kolega skończył z obtartym kolanem. Ból był niemały, ale w sumie i tak miał powody do radości - uratował życie odskakując w ostatniej chwili. Grecy bardzo często korzystają z klaksonów - chociaż to jest akurat cecha charakterystyczna krajów śródziemnomorskich.

Akcja GTA rozgrywała się już na ulicach miasta wzorowanego na Londynie, Miami i San Francisco. Szczerze przyznam, że pomysł odwzorowania Aten lub innego greckiego miasta to naprawdę dobry pomysł. Raz, że w kwestii komunikacji i zachowania kierowców wcale nie trzeba będzie silić się na pomysły - wystarczy wiernie przełożyć rzeczywistość na kod binarny, a dwa, że realia są bardzo przyjemne i oryginalne. Masa białych budynków, większość utrzymana w "tarasowym" trendzie architektonicznym, do tego takie bajery jak świątynie starożytnych bogów i wąskie uliczki - mogłoby być fajnie. A czy Rockstar Games sięgnie po oryginalne scenerie europejskich stolic, czy też znowu stworzy kolejną odsłonę GTA bazującą na miastach Stanów Zjednoczonych... miejmy nadzieję