1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Gry kultowe, czyli starych wspomnień czar…

Zwolniłem ucisk rąk i ciało niemal bezgłośnie zwaliło się u moich stóp. - Wybacz Koleś, nie mam nic do Ciebie, to tylko biznes - pomyślałem, taszcząc ofiarę kontraktu w stronę stojącej pod ścianą skrzyni przeznaczonej do składowania brudnej, szpitalnej bielizny. Wrzuciłem je do środka, po czym zatrzasnąłem drewniane wieko. Teraz dopiero spojrzałem na "swoją" garotę. Niezły patent. Gitarowa struna "D" lepsza była od wszystkiego, czego używałem dotychczas. Pora na ewakuację. Otwarłem drzwi pokoju i spokojnie przemaszerowałem koło recepcji do drzwi wyjściowych ze szpitala. Strój lekarza oddziałowego i widniejący dumnie na mojej piersi identyfikator dawał pełną gwarancję bezpieczeństwa. - Do widzenia - mruknąłem niewyraźnie, opuszczając budynek. Okrągła suma w "bagsach" wyrównywała dyskomfort cichej ucieczki. - Byle do zasłużonej emerytury, jeszcze trzy miliony i mogę spocząć - pomyślałem. Przydałby się jakiś cichy zakątek świata. Majorka? Nie. Raczej Europa i to ta biedniejsza, środkowo - wschodnia. Bałagan tam panujący gwarantuje bezpieczeństwo i anonimowość, a oto głównie chodzi. Przynajmniej w moim przypadku ….

Nic nie boli tak jak życie

Króciutka impresja dotyczy gry "Hitman: Krwawa Forsa", w którą aktualnie delikatnie pocinam. Odwołanie do ostatniej (jak na razie) opowieści o przygodach faceta z kodem kreskowym na karczychu jest tylko nieśmiałym pytaniem, czym jest w istocie gra, która otrzymuje określenie Gry Kultowej. Czy jest to pozycja w świecie gier komputerowo - konsolowych, która zwycięża we wszystkich rankingach wortali, portali, stron internetowych, e-zinów czy też w innych źródłach informacji? A może jest to taka pozycja, która mimo kształtowania opinii przez wszechwiedzące media elektroniczne i nie tylko, a czasem wręcz im na przekór jest w stanie zwykłego, szarego Gracza przyspawać bezlitośnie do fotela przed monitorem komputera i mimo upływu lat dalej cieszy swoją obecnością na półce? Gra, po którą sięga się, wielokrotnie chcąc powrócić do jakże dobrze sobie znanych ulubionych klimatów elektronicznej rozrywki.

Każdy Gracz ma inne doświadczenia w kwestii tego, co sam jest zdolny uznać za grę zasługującą na miano "kultowej" i z poglądami tymi nie zamierzam dyskutować. Jest to indywidualne i subiektywne postrzeganie rzeczywistości, w tym także tego, czym aktualnie się zajmujemy. A jak to wygląda w moim przypadku? Historia, którą zamierzam Wam przedstawić będzie długa, wobec czego mniej odpornych Czytelników zapraszam do przeczytania innych tekstów autorstwa Zespołu Redakcyjnego "Playbacku", natomiast "twardziele" niechaj poświęcą mi chwilę uwagi.

Commodore 64

Każda opowieść musi mieć swój początek. Ta rozpoczyna się w maju 1993 roku, kiedy to pierworodny Syn, w ramach uświęconych tradycją obrządków uroczystości związanych z I Komunią Świętą otrzymał jako jeden z prezentów komputerek Commodore 64. Gwoli oddania prawdy tego czasu i dla informacji młodszych Czytelników powiem, że sprzęt ten kosztował wówczas naprawdę niezłe pieniądze i był standardowym prezentem wręczanym w trakcie takich uroczystości. Niejako przy okazji okazało się, że mój Następca z woli dziedzictwa genetycznego został wyposażony w całkiem realne postrzeganie świata. Po kilku zaledwie dniach fascynacji otrzymanym komputerem walnął go z rozmachem w kąt oddając się ulubionej jeździe na rowerze i koszykówce (cechy te pozostały mu do dzisiaj, tylko sprzęt nieco się zmienił, niestety …). Mając na uwadze czyste marnotrawstwo gotówki zaklętej w plastikowe pudełeczko sięgnąłem po porzucony sprzęt ja! Ja, czyli facet, który pracował na byt Rodziny w pocie czoła i przez wszystkich był uważany za "poważnego". Nie ukrywam, początki były straszne. Posiłkowałem się instrukcją obsługi i samouczkiem dołączonym do komputerka, ale i tak w sytuacjach gardłowych krynicą wiedzy był mój syn. Ciekawe, skąd to wszystko wiedział? Pociesza mnie jedynie to, że do dnia dzisiejszego nie odróżnia silnika czterosuwowego od dwusuwowego, o innych niuansach mechaniki pojazdowej nie wspominając. Jest klasycznym użytkownikiem dóbr, jak kilka milionów jego rówieśników.

Wracam do tematu. I stało się! Zassało w sposób straszliwy i nieodwracalny. Pamiętacie z grubsza, jak instalowało się gierkę na "Commodorze"? Umieszczało się w odtwarzaczu kasetowym taśmę magnetyczną, potem mini śrubokręcikiem regulowało się ścieżki, by rozpocząć wgrywanie gry. Po feerii barw na ekranie telewizora lub monitora (zależnie od tego, czym kto dysponował) o ile rzecz jasna operacje te przyniosły pożądany skutek ukazywała się strona tytułowa gry. W tym miejscu małe spostrzeżenie. W czasie ekspansji, Commodore'a 64 nawet w moim zaprzyjaźnionym "warzywniaku" można było kupić gierki na tą platformę. Kasety z grami spoczywały w pełnej symbiozie z pęczkami koperku i pietruszki oraz marchwi. Nie do uwierzenia. Inna sprawa, że kwestia praw autorskich czy też piractwa komputerowego leżały wówczas odłogiem niczym pola po PGR-ach. W co się wtedy grało? Źle postawione pytanie! Raczej, jakie gry zapadły w pamięć, czyniąc je w ten sposób kultowymi!

Boulder Dash to kwintesencja długowieczności

Niezaprzeczalny prymat w tej kwestii oddaję "Boulder Dash" ( produkcji 10 tacle Studios). Platformówka polegająca na kolejnych przejściach poziomów wyznaczonych przez ilość diamentów do zebrania przy zmiennej konfiguracji plansz była wspaniała. "River Raid" - historia o jednym (lub trzech w pojedynczym wcieleniu) samolociku pokonującym na przekór losu i wrogów meandry rzeki nie ma sobie równych. Kto pamięta "Giana Sisters" (prod. Rainer Sinych)? Opowieść o dziewczynce w minispódniczce (proszę bez seksizmu!) przemierzająca kolejne levele i niszczącej cegiełki, zbierającej diamenty i skrzętnie kolekcjonującej punkty doświadczenia. "Domek Harryego"? Proszę bardzo! Koszmarna opowieść o zwiedzaniu domu tytułowej postaci, gdzie zwykła sokowirówka była morderczym kuchennym urządzeniem. "Mario Bros"? Nawet nie będę komentował. Gra - mocarz! A gdzie wiele innych, które utonęły w mroku mej pamięci?. A "Blobber"? Śmieszny ludzik, puszczający bańki nosem, które więziły oponentów, a zniszczyć można ich było celnym podskokiem i "strzałem z dyńki"? Pamiętacie gonitwę po drabinach w "Loderunner"? Trudno zapomnieć!

Kto nie zna tej panienki?

Strzelanki zwykłe i kosmiczne, przygodówki, gdy zręcznościowe, platformówki, raczkujące erpegi i całe spectrum rodzących się gatunków gier. Na taśmie magnetofonowej średnio zapisanych ich było około setki pozycji, które dostarczały mniej lub bardziej pożądanej rozrywki. Podobnie jak i dzisiaj trafiały się zdeklarowane kichy i gnioty, ale nic nie było w stanie powstrzymać rasowego Gracza przed zbadaniem każdej takiej kasetki. Interes się kręcił, ludzie w różnym wieku przestawali bać się komputerów osobistych. Komputeryzacja zaczęła trafiać pod strzechy. Wszyscy, niemal wszyscy byli szczęśliwi, ale trafiali się i tacy, którzy tej frajdy mieli nieco mniej. Kim byli? Zacięci giercownicy, którzy byli w stanie "zajechać" każdy kontroler. W tej liczbie byłem i ja - skazany na kupowanie kolejnych joysticków! Jeden z nich poległ bezpowrotnie połamany w moich łapskach w trakcie gry w gierkę "Buggy Boy". To jedyna ścigałka samochodowa, która mnie setnie bawiła. Śmieszny samochodzik zmagający się z czasem, złośliwościami wymyślonymi przez projektantów gry tras oraz kolejnymi "checkpointami". Po prostu miodzio! Co ciekawe, najbardziej trwałymi joystickami były te super prymitywne oparte konstrukcyjnie na przegubach gumowych. Sterowniki z zastosowaniem raczkujących mikroprocesorów przegrywały z kretesem. "Połykając" kolejne pozycje rodem z taśm commodorowskich nie przypuszczałem, że mój osobisty dramat uzależnienia od gier komputerowych dopiero się rozpoczyna. Któregoś pogodnego wieczoru mój Syn po powrocie z boiska oświadczył - Tato! Kupimy konsolę Playstation, mam trochę oszczędności, resztę dołożysz, a w "złoma" szkoda inwestować!. Stało się.

Konsola "Playstation" (szarak)

Małe szare pudełko wyposażone w kilka kabelków zagościło w moim domu. Długich pięć lat było eksploatowane niemal całodobowo według rozdzielnika - Syn maksymalnie 5 godzin, reszta we władaniu "władzy domowej", czyli rodziców. Okazało się wtedy i tak jest do dnia dzisiejszego, że wiernym kibicem moich poczynań growych jest… moja Żona! I chwała Jej za to! Po wielokroć jej spostrzegawczość i zdolność kojarzenia faktów uchroniła mnie od maszerowania w nieskończoność. Tę i następną część tekstu piszę w pełnej z Nią konsultacji.

Croc: Legend of the Gobbos - prawdziwa legenda gier

Co nas potężnie "zacięło" w grze na "szaraku"? Tytułów jest bez liku, ale wybrać musieliśmy kilka, które stały się dla Nas kluczowe. Z uwagi na fakt, że graliśmy rodzinnie i całkowicie zespołowo wyliczanka rozkłada się na troje członków mojej Familii. Od czego zaczniemy? Od gry "Croc - Legend of the Gobbos" (prod. Argonaut Games)! Urokliwa platformówka z tytułowym "Crockiem" z przecudowną muzyką to było to! Potem przyszedł czas na grę "Crash Bandicoot" (prod. Vicarious Vistons), Mimo upływu lat pamiętam do dzisiaj, jak mój Pierworodny na tygrysku śmigał po chińskim murze. Dobry Stwórco! Nie byłem zdolny nawet w 5% skopiować Jego wyczynów. A co dla "dorosłych"? I tu o dziwo muszę stwierdzić, że nasz młodzieniec nie wykazywał zainteresowania żadnego grami klasyfikowanymi, jako przeznaczone dla starszych Graczy. Po prostu, Jego, jako znawcę kinowego horroru gry tego typu zwyczajnie nudziły. Nie staraliśmy się z Żoną zmieniać jego podejścia w tej kwestii w żaden sposób. Wiadomo, fajnej gra się w dwoje, niż ….

Wesoły Crashbandicoot - legenda konsolowych platformówek
Gdzie takich dziesięciu jak nas troje?

Wyliczankę zacznę nietypowo. Seria "Final Fantasy" (prod. Square). Szczególnym uczuciem zapałaliśmy do jej odsłony nr 9. Bohater z ogonkiem wyrastającym wzorem znanych domowych zwierzątek z tylnej części ciała budził sympatię, komunikacja w kształcie niemal komiksowych dymków znacznie mniej. W momencie zagłębienia się w grę ta niedogodność zupełnie zanikała bezlitośnie stłamszona cudowną, klimatyczną ścieżką dźwiękową. Przeżywaliśmy jego przygody niczym członka naszej rodziny. W pewnym momencie stwierdziliśmy, że całkowicie utożsamiamy się z bohaterami gry. A chocobos? Sympatyczny ptak przypominający strusia uczestniczył z nami we wszystkich przygodach. W miarę rozwoju rozgrywki sam ewoluował zyskując nowe przymioty, po czym po dojściu do statusu "złotego chocobosa" pozwalał na spotkanie z ukrytym w głębi gry tajemniczym bossem, demonem zła wcielonego - OZ. Rozwój tej postaci pozwalał na łazęgę po górach, swobodne latanie, kopanie w poszukiwaniu skrzynek ze skarbami i wiele, wiele innych rzeczy. Cała fabuła pełna przygody i arcybarwnych postaci gry skoncentrowana została wokół wartości nieprzemijających - Miłości, Wierności, Uczciwości i Honorze. Krótko mówiąc wspaniała, by nie rzec cudowna gra. Pisząc te słowa poważnie zastanawiam się nad popełnieniem tekstu tylko jej poświęconemu. Jestem wrogiem namolnej dydaktyki, ale ta gra niesie w sobie wszystko, co najlepsze.

Śpij snem wiecznym Amigo!

Następna pozycja to seria "Resident Evil" (prod. Capcom), czyli historia koncernu "Umbrella" i wszystkiego, co z jego działalnością się wiązało w pewnym miasteczku o swojsko brzmiącej nazwie - Racoon City. Tabuny zombie, dziwaczne zagadki prowadzące do wyjaśnienia powodów, dla których rzeczywistość stała się niczym mroczny senny koszmar. Tej grze towarzyszył niesamowity klimat. "Resident Evil" zadał kłam teorii, że rozrywka w postaci gier konsolowo - komputerowych jest przeznaczona tylko dla jednostek prymitywnych, ale posiadających pieniądze. Historia opowiedziana w serii gier pod tym tytułem nie ma sobie równych! Pomijam konstrukcję samej gry, która będąc z zasady nieliniową i oferującą kilka zakończeń, po każdym jej przejściu wzbogacała Gracza w nowe możliwości w postaci bonusów skutkujących dostępem do nowych ciuszków dla uczestników rozgrywki, że o dostępie do "nowych zabawek metalowych" nie wspomnę, a te były wyposażone w opcję niekończącej się amunicji. Atrybut ten miał swoją wymowę i zachęcał do podjęcia kolejnego zanurzenia się w grę. Co było dalej? Nie powiem, gdyż z tekstu tego zrodziłaby się kolejna recenzja. Podążamy dalej.

Niespodzianka Reginko! Jestem tutaj …

W międzyczasie pojawiła się gra "Dino Crisis" (prod. Capcom). Pozycja, której powstanie niewątpliwie było determinowane światowym zainteresowaniem spielbergowską wizją "Parku Jurajskiego", jako obrazu bardzo dalekiej przeszłości, która mogła odrodzić się w teraźniejszości. Część pierwsza tej gry nie ma sobie równych, a część druga próbując zdyskontować konsolowy sukces "jedynki" okazała się dużo słabszą pozycją. W części pierwszej gra nie tyle sprowadzała się do wybijania adwersarzy, co do korzystania głównie z "szarych komórek". Zagadki polegające na ustalaniu kodów do kolejnych grodzi kompleksu naukowego, które znajdowane były czasami w niewiarygodnych wręcz miejscach gwarantowały wspaniałą rozrywkę. "Dino Crisis" został wyposażony w kilka zakończeń skutkujących profitami przy podjęciu kolejnych wznowień nowych rozgrywek. Celowo pomijam opis fabuły, a nuż znajdzie się Czytelnik, który zechce skonfrontować moje słowa z własnymi doświadczeniami? Na ówczesne czasy gra została wyposażona w piękny kształt audiowizualny, a to potęgowało frajdę z zawarcia bliższej z nią znajomości. Po uratowaniu głowy i reszty ciała z tajemniczej wyspy lądujemy w małym miasteczku. Cichym miasteczku, na równie cichym wzgórzu ….

Ogłoszenie sprzedaży?

Zwie się ono "Silent Hill" (prod. Konami). Jazda samochodem na przekór zdrowemu rozsądkowi przez wiele godzin może skutkować zgoła nieciekawymi efektami. W opadającej gęstej, niczym mleko mgle pojawia się znikąd postać kobiety. Hamowanie, zgrzyt gniecionych blach to ostatnia rzecz, którą notuje Twoja świadomość. Wracając do przytomności i zmuszając obolałe zmysły do działania konstatujesz Czytelniku, że co prawda samochód jest rozwalony w stopniu wykluczającym z niego korzystanie, ale cała reszta, czyli akurat Ty, jest na chodzie. Problem pogłębia się z chwilą stwierdzenia nieobecności córki - Cheryl, za którą natychmiast wszczynamy poszukiwania. Od tego momentu jesteśmy uczestnikami wspaniałej historii rodem z najlepszych horrorów. Dahlia, prawdziwy Demon Zła tej koszmarnej opowieści, dostarczy jej uczestnikom niezapomnianych wrażeń i już nigdy nie pozwoli Ci zasnąć spokojnie. Tak jak w następnej części - już na PS2 i PC - Piramidogłowy… Zagadki, duże i małe, okolicznościowe zagwozdki wzbogacone sytuacyjnym stanem zagrożenia w towarzystwie niesamowitego klimatu budowanego ścieżką dźwiękową gry i muzyką nie mają sobie równych. Atmosfera nieustającego zagrożenia życia, efekt beznadziejnego położenia równego niemal z osaczeniem i rozpaczliwe poszukiwanie dróg ocalenia na drodze intelektualnego wysiłku czyni tą grę niezrównaną w porównaniu do innych. Po raz pierwszy prawdziwy horror w czystej postaci nie był tak blisko Gracza w formie tak realnej, a jednocześnie tak atrakcyjnej. Cykl ten będzie się rozwijał, ale o tym przy okazji.

Bywało nieco kanciasto na ekranie, ale jaka grywalność!

Moje "miłości" lotnicze na PSX-a także zostały spełnione. Tytułów gier było wiele, ale jeden był najlepszy w mojej ocenie. Seria "Ace Combat" (prod. Namco). Na "pleju" pogrywałem w dwie odsłony tej serii - pierwszą i drugą. Dwie wspaniałe gry, które nie miały ambicji zwać się symulatorami lotniczymi. "Jedynka" w serii, mimo deklarowanego zręcznościowego charakteru gry, wymuszała myślenie, a "dwójeczka" to już była czysta esencja. Właśnie w drugiej części "Ace Combat" pomyślano o otwarciu ukrytych misji i to tylko po spełnieniu mocno wygórowanych osiągnięć w misjach podstawowych. Liczył się każdy element związany z realizacją bojowego zadania i stopniem jego trudności. Z niekłamaną dumą stwierdzić muszę, że w "dwójce" udało mi się odsłonić ABSOLUTNIE wszystko, co ta gra kryła w sobie, dzięki czemu uzyskałem tytuł nie tylko generalski. O szczegółach przy okazji następnej publikacji. Kolejne odsłony tej serii niezmiennie podbijają serca Graczy, głownie konsolowych, niestety. Jednym słowem - "Ace Combat" dzięki swoim niezaprzeczalnym atutom należy do grona moich ulubionych gier, które nazywam kultowymi.

Kurushi - gra TYLKO dla ORŁÓW intelektu!

Nie sposób, bym w trakcie mojej "growej spowiedzi" nie wspomniał o jednym tytule na "szaraka", który dostarczył mi szczególnych i niezapomnianych wrażeń zapewniając doskonałą rozrywkę na setki godzin, a któremu de facto jestem wierny po dzień dzisiejszy. Ten tytuł niezwyczajnie napiszę wielkimi literami ku pamięci potomnych, KURUSHI (prod. Sony Japan). Gra z gatunku logiczno - zręcznościowych (w tej właśnie kolejności) przy pierwszym spotkaniu doprowadziła mnie do irytacji, nawiasem mówiąc do domu przytargał ją Syn. Nieco później dowiedziałem się, że gra ta święciła wielkie triumfy w Japonii, a i w Europie czasami pokazywała się ukryta pod alternatywną nazwą brzmiącą "Intelligent Qubes", czyli "Inteligentne sześciany". Na czym polegała? Przypominała nieco kultowego "Tetrisa" z tą różnicą, że wykonana została w pełnym 3D i generalnie polegała na destrukcji elementów, a nie ich układaniu. Biegając postacią po zawieszonym w przestrzeni bloku składającym się z setek sześcianów zadaniem naszym jest umiejętne ich niszczenie w trakcie ruchu. Początek rozgrywki zdaje się być prosty, lecz schody zaczynają się bardzo szybko. Otóż każdy kolejny poziom trzeba skończyć w ilości przewidzianych przez Autorów ruchów, co skutkuje neutralnym efektem punktowych. Ukończenie poziomu w "plusie", czyli lepiej od prognozy skutkuje punktami dodatnimi, efekt przeciwny powoduje z reguły kurczenie się bloku, który jest naszą bieżnią i polem działania przez łamanie się kolejnych ścian. Ostatnim akordem porażki jest lot w nicości. Nie będę opisywał w całości niuansów rozrywki, w trakcie której skrzętnie liczone jest IQ Gracza wraz z wynikiem punktowym, oraz odblokowywaniem ukrytych bonusowych postaci, którymi w części dalszej poprowadzimy kolejne rozgrywki. Dla mnie ta pozycja jest WIELKA! Zainteresowanych odsyłam do źródeł w Internecie i gorąco namawiam do zakupu tej gry. Gwarantuję efekt "zassania" już po kilku godzinach zabawy, który zakończy się zapewne zarwaniem niejednej nocy. Tą kwestię znam z autopsji…

Wspominając gry z "szaraka" zauważyłem, że pewne tytuły i dzisiaj budzą żywsze bicie serca. Szukając materiału ilustracyjnego do tekstu zamieszczonego w rozdziałach "Commodore 64" oraz "Playstation" trafiłem na rzeczy unikalne, takie jak wersje grywalne starych przebojów, strony producenckie lub też rozrzucone w przestrzeni Internetu screenshooty. Ileż wspomnień przemaszerowało przez moją pamięć! Pozycji zasługujących na miano kultowych jest niemal bez liku!

Metal Gear Solid - początki drogi do Sławy

"Metal Gear Solid" (prod. Konami). Fantastyczne dzieło Hideo Kojimy, które stało się protoplastą serii. Kierując postacią Snake`a zanurzyliśmy się świat intrygi i bezwzględnej walki. Gra wykonana z niezmierną dbałością o oprawę graficzną i audiowizualną przebojem wdarła się na szczyty wszelkich rankingów. Szatański pomysł Autorów gry polegał na włączeniu w rozgrywkę aspektu nieliniowości rozgrywki. Kilka zakończeń to było to, co zaskakiwało, a wszystko spinała czterostopniowa skala trudności kończąca się atrakcjami określanymi jako "extreme". Zaliczyłem ją we wszystkich konfiguracjach. Zaprawdę powiadam Wam mili Gracze - zabawa to dla maniaków i szajbusów growych. Do końca swoich dni (oby nigdy nie nadszedł!) pamiętał będę udział w torturach i walkę o życie partnerki, bieg na szczyt wieży, pojedynek z wrogim śmigłowcem przy zastosowaniu wyrzutni rakiet "Stinger" i finałową walkę z bojowym "Metal Gear REX-em" zakończoną "solówką" na resztkach tego, co niego pozostało, z Liquid Snake`iem. Nie wspomnę o pojedynku w zamarzniętym magazynie z Vulcanem Ravenem, potężnym facetem uzbrojonym w nomen omen działko Vulcan. W uszach brzmi mi jeszcze dzisiaj jego posapywanie i tupot podkutych buciorów. To tytuł, któremu miano gry kultowej należy się niczym Burkowi ocieplana buda na zimę.

Chase the Ekspress - gra lokomotywa

Wśród morza gier, w które dane było grać przez niemal pięć lat "ujeżdżania" konsoli zapadły mi także w pamięć takie tytuły jak "Chase the Express" (prod. Sony CE Japan), "Syphon Filter" (prod. Sony - Eidetic), czy też pierwszy "Medal of Honor" ( prod. EA). Pierwsza z wymienionych gier dziwnym trafem pokrywała się w treści fabuły znanego szlagieru kinowego z niezapomnianą kreacją Stevena Seagala. Akcja, w której pokierujemy poczynaniami samotnego agenta w pędzącym przez tereny Rosji, Białorusi, Polski(!), Niemiec i Francji pociągu opanowanym przez terrorystów, którzy dodatkowo mają zakładników jest przesmaczna. Zadanie proste jak świński ogonek? Ależ skądże znowu! W jaki sposób w ograniczonej przestrzeni pociągu w trakcie jazdy udało się Autorom umieścić zajmująca historię pełną akcji i urozmaiconą różnymi dodatkowymi zadaniami w postaci zagadek nie wiem do dzisiaj. Co ciekawsze fabuła tej gry była nieliniowa oferując kilka alternatywnych zakończeń. Szkoda, że ten tytuł nie doczekał się kontynuacji. Wielka szkoda! Dwie pozostałe gry zapoczątkowały swoje serie. Światłem pierwszej wielkości świeci tutaj "Medal of Honor". Wojenna historia opowiadana w kolejnych odsłonach cyklu niezmiennie podbija serca Graczy czyszcząc ich portfele i stale poszerza krąg swoich zagorzałych wielbicieli. Szczególnie od momentu, gdy cykl MOH zaczął trafiać na różne platformy, w tym także na peceta. "Syphon Filter" jest pozycją mniej znaną, jako gra typowo konsolowa, co nie oznacza, że gorsza. Szybka, niesamowicie grywalna historia agenta Logana walczącego ze złem w każdym miejscu ma swoich zaprzysięgłych fanów. W pamięć zapadły mi wydarzenia, w której uczestniczyłem w trakcie gry w "jedynkę" tej serii w podziemiach zniszczonego metra. Drgania joypada sygnalizujące nadjeżdżający pociąg i ta niewiarygodnie realistycznie opracowana oprawa dźwiękowa zapadły mi w pamięci. Eh, giercowało się wtedy ostro, a z rana do pracy ….

Na tej ulicy wszystko się zaczęło …
Kto pije, ćpa i pali nie będzie miał jak Raziel robali!

Czy wszystkie gry z półki konsolowej pierwszego PSX - a wymieniłem? Oczywiście, że nie! A gdzie u licha "Soul Reaver"(prod. Eidos Interactive), urokliwa historia Potępieńca z wampirzego rodu?! A kultowa seria "Tomb Raider" (prod. Core Design) z niezniszczalną Larą Croft? I wiele, wiele innych…. Objętość tego tekstu wymusza selekcję, niestety. Postanowiłem wymienić głównie te, które zapadły mi głęboko w pamięć i przemieszać je z tytułami mniej znanymi. Czas nie stoi jednak w miejscu i po pięciu latach gry na konsoli przymuszony do zapewnienia komfortu edukacyjnego mojej latorośli dokonałem zakupu "prawdziwego" komputera. Pamiętam jak dzisiaj, że luksusowy ten wyrób kosztował wtedy grubo ponad 4000 złotych i został zbudowany na ówczesnym superprocku AMD Athlon 1 GB. W ten sposób możesz Szanowny Czytelniku dociec, kiedy to było. Dawno. O ile pamiętam miał 256 MB RAM i GeForce II. No i zaczęło się ….