Odkąd pamiętam, unikam literatury spoza nurtu fantasy jak ognia. Czy to co nudniejsze lektury, czy rzekomo świetne bestsellery - nigdy tego nie lubiłem i starałem się nie czytać. Jednak z wiekiem człowiek dorośleje (podobno) i staje się poważniejszy (to chyba jeszcze mniej prawdopodobne), więc i ja stwierdziłem że trzeba coś w tym kierunku zrobić i postanowiłem raz na jakiś czas przeprosić się z dziełami non-fantasy i przeczytać coś "normalnego". Paradoksalnie książkę, o której chce napisać, nabyłem właśnie na konwencie fantastów…

Muszę się przyznać, że o autorze, Grzegorzu Kopaszewskim nigdy nie słyszałem, ale to tak samo jak o wszystkich twórcach jakich wydaje Czarne. Zatem młody człowiek napisał książkę o młodych ludziach, której odbiorcami docelowymi mają być młodzi ludzie - póki co żadna rewelacja. To może zadam wam takie pytanie - czy lubicie jeździć autostopem, a w sumie czy kiedykolwiek wybraliście się gdzieś w dłuższą podróż korzystając tylko z tego rodzaju transportu? Osobiście przyznam się, że jakoś nigdy nie miałem okazji ani ochoty na taką przygodę i póki co w tym temacie nic się nie zmieni. A co jeśli chodzi o Youth Cluby? Te multikulturowe społeczności składające się z grup wielonarodowych przyjaciół. Wiecie o czym mówię? To ci młodzi ludzie zza granicy taszczący siedemdziesięciopięciolitrowe plecaki podróżne, mówiący po angielsku, lubiący piwo i beztroską przygodę, mający przy tym całe legiony znajomych z całego świata. Tak! To oni. Czy jestem sceptyczny? Możliwe, ale każdy ma swoje małe nieuzasadnione uprzedzenia. Skoro więc kiedykolwiek spotkaliście się z tego typu ludźmi to wiecie o kim jest ta książka, jeśli natomiast nie macie zielonego pojęcia o czym mówię, to po przeczytaniu tej lektury będziecie się świetnie orientowali w temacie.

W mieście zwanym Londyn żyje sobie człowiek o imieniu Daniel, Daniel Berski. W zasadzie nie jest jasno powiedziane co skłoniło go do opuszczenia kraju lat dziecinnych, ale w rodzinnym Chorzowie została jego siostra i babcia. Rodzice zginęli w wypadku kiedy miał bodajże 10 lat, więc Daniel nauczył się radzić sobie ze wszystkim samodzielnie, a przy tym musiał się jeszcze opiekować młodszą siostrą. Trzeba też zaznaczyć, że jest to człowiek wykształcony - skończył studia ekonomiczne, ale jego marzenie o karierze świetnego ekonomisty póki co pozostaje tylko marzeniem, a życie daje mu w przysłowiową kość. W Londynie Daniel znajduje sobie miejsce w schronisku młodzieżowym, które dla ludzi jego pokroju to rzecz całkowicie normalna, tani nocleg w kilkuosobowym pokoju, gdzie lokatorzy zmieniają się z dnia na dzień. Nasz bohater szybko orientuje się, że pieniądze (a zwłaszcza funty) nie leżą na przysłowiowej ulicy, więc znajduje sobie pracę w sandwich-barze. Praca nudna i za małe pieniądze - ale młody obcokrajowiec bez pozwolenia na pracę nie może liczyć w Londynie na nic innego.

Daniel szybko nawiązuje w schronisku znajomość z grupą rówieśników i postanawiają wspólnie wynająć mieszkanie, jako początek trochę bardziej normalnego życia. Tak więc nowe mieszkanie, własny telewizor i video, własny sprzęt grający, a właściwie nie tyle własny co obecny, bo w City wszystko jest przejściowe, nic na stałe, młodzi ludzie są tu tylko przejazdem. Jeden ze znajomych Daniela, Brad (który przyjechał do Anglii z USA) staje się jego przyjacielem. Wiem, że to głupio brzmi, ale po prostu zaczynają się świetnie dogadywać, uwielbiają oglądać telewizję i dyskutować o różnych sprawach. Nie, nie musicie się obawiać, żaden z nich nie jest gejem, po prostu nawiązują między sobą braterską więź. Jak wiadomo wątek miłosny to standard, tak więc nasz bohater poznaję uroczą Fionę i zakochują się w sobie na zabój. Jak potoczą się losy tej miłości nie będę zdradzał.

Global Nation

Tyle o treści, która osobiście niezbyt przypadła mi do gustu. Ot dosyć prosta historia, która gdyby nie była naciągana do granic możliwości, to wyglądałby dosyć nieciekawie. Dodatkowo wątek globalnej rewolucji, zapoczątkowanej przez jeden mały akt wandalizmu, osobiście odebrałem jako groteskę - za dużo tu prawdziwego życia pełnego szczęśliwych wypadków.

A czy coś mi się podobało? Owszem, całkiem fajnie opisane jest tu całe to schroniskowe życie, ta unikalna atmosfera egzystencji "z dnia na dzień", zabawa i kontakt z ludźmi z innych krajów. Tak, zdecydowanie cały ten multikulturowy młyn przypadł mi do gustu. Ale dla mnie to trochę za mało - pseudo pamiętnik młodego człowieka, który ucieka do Londynu, a może nie ucieka, tylko czegoś po prostu szuka? Po prostu nie trafiła do mnie ta historia, obrazki z czasów popkultury niezbyt mi się podobają, choć kilka fragmentów można potraktować jako przemyślane złote myśli. Książki nie polecam ludziom którzy nie siedzą w tych klimatach - zawiedziecie się. Ja do Londynu na trampowanie póki co się nie wybieram, ale na pewno zrobię sobie dłuższą przerwę od tego typu literatury.