Zanim Xavier Gens nakręcił Hitmana, to chciał zostać zapamiętany jako reżyser zupełnie innego gatunku. Miał ochotę zaszokować widzów krwawą produkcją Frontiere(s). To właśnie na amerykańskim After Dark Horrorfest, ten francuski film został przedstawiony szerszej widowni i zyskał wiele pozytywnych opinii. Niedawno odbyła się jego polska premiera, a Monolith Films na plakacie promocyjnym twierdzi, że "to nie jest film dla normalnych ludzi." Czy aby na pewno?

Francja chyli się ku upadkowi. Konserwatyści i radykalni prawicowcy walczą o przejęcie władzy w kraju. Spór ten wywołuje polityczną rewoltę, co jest widoczne poprzez liczne zamieszki uliczne. Grupa młodych złodziejaszków chce wykorzystać sytuację i dokonać napadu, po którym się wzbogacą i będą mogli żyć dostatnie z dala od niszczejącej francuskiej demokracji. Niestety, plan napadu okazuje się fiaskiem. Złodzieje uciekają jak najdalej od rujnowanego miasta i zatrzymują się w pensjonacie tuż przy niemieckiej granicy. Nie wiedzą jednak, że czeka tam na nich bardziej bolesna kara niż więzienie.

Frontiere(s)

Frontiere(s) jest pełnometrażowym debiutem reżyserskim Xaviera Gensa. Postanowił on skierować się w stronę brutalnego horroru, aby stać na czele z najlepszymi europejskimi twórcami horrorów. Widać tu szkołę Alexandre'a Aji rodem z szokującego i kontrowersyjnego Bladego Strachu. Ale jeśli spojrzymy bliżej, to obraz Gensa udowadnia, że reżyser jest jedynie dobrym rzemieślnikiem w swojej pracy i nikim więcej. O rewolucji i ogromnym przerażeniu nie ma mowy. Dlaczego?

Frontiere(s)

Początek zapowiada się obiecująco. Francuski filmowiec wprowadza w życie swoją wizję o podupadającym kraju kierując się odrobinę w apokaliptyczną skrajność. Celem tego jest pewna symbolika, która w prawdziwie realistyczny sposób kreuje depresyjny i mroczny klimat całego filmu. To wszystko, co dzieje się w przygranicznym hotelu jest w pewnym stopniu odzwierciedleniem i społecznym komentarzem na sytuację polityczną. Jak dobrze wiemy zamieszki na paryskich przedmieściach w rzeczywistości miały miejsce, ale Gens wyolbrzymia całość, zabawiając się z widzem w "co by było gdyby". Swojej wizji jednak nie kończy, gdyż przenosi akcję na zupełnie inne terytorium.

Frontiere(s)

I tu zaczyna się walka ze schematami. Pierwsze skojarzenia nasuwają makabryczny Hostel. W końcu młodzi ludzie meldują się do obskurnego hotelu i poznają tutejszych właścicieli. Później da się odczuć klimat rodem z filmu Wzgórza mają oczy czy serii Teksańska masakra piłą mechaniczną, gdyż twórcy próbują nakreślić rys psychologiczny rodziny, która zagraża otoczeniu, a nawet starają się ich niecodzienne zachowanie wytłumaczyć. Oczywiście z negatywnym skutkiem, gdyż nawet główni antybohaterowie wzbudzają więcej sympatii aniżeli neonaziści.

Mimo wielu inspiracji Frontiere(s) zawodzi w straszeniu widza. Nawet niewyobrażalna ilość przemocy musi zostać podana w charakterystycznej dla horroru formie, bo inaczej stanie się bezsensowną krwistą papką. Brakuje tu standardowego stopniowania napięcia, które trzymałoby widza w osłupieniu w trakcie scen tortur. Finezyjne i brutalne zgony poszczególnych postaci nie wywołują większych emocji. W Hostelu tego nie mieliśmy, gdyż sam zamysł morderczego klubu kierował się odrobinę w stronę satyry. Gens natomiast jest śmiertelnie poważny. Stosuje te techniki świadomie chcąc ujawnić europejską stronę horroru i nie spełnia swojego zadania dobrze. Hiszpańskie Rec czy francuskie Ils robią to zdecydowanie lepiej, a nie wykorzystują bezsensownej przemocy do piętnowania grozy. Dlatego slogan mówiący o tym, że "przy tym filmie wszystkie Piły to tępe narzędzia" mija się z prawdą.

Frontiere(s)

Xavier Gens może rozpoczął swoją karierę głośnym filmem, ale okazuje się, że to naprawdę wiele hałasu o nic. Zamiast strachu jest znużenie. Francuskiemu reżyserowi brakuje warsztatu w wytwarzaniu napięcia, a to jest najważniejszy element w kinie grozy. Szkoda, że się nie udało, bowiem klimat wykreował całkiem porządny. Wizja upadku Francji połączona z ekstremalnymi ideami neonazistowskimi jest wypełniona mrokiem, szarością, depresją i brutalnością. Aż żal, że zabrakło odrobiny talentu, bo mogłaby powstać jedna z najstraszniejszych produkcji XXI wieku.