Drugowojenne strategie to temat-rzeka dla twórców gier komputerowych. Rzeka, która ostatnio zaczęła wręcz wylewać. Jako, że powtórek z rozrywki nie mamy nigdy dość, o ile są one zapakowane w gustowne, nowe opakowania, przywitajmy Faces of War z otwartymi ramionami.

Wojenne RTS`y, osadzone w czasie, kiedy nasi dziadkowie byli zbyt mali, aby zrozumieć, co się wokół nich dzieje, a człowiek o przerośniętych ambicjach i zbyt małym wąsiku doszedł do władzy, przeżywają aktualnie prawdziwe obrodzenie. Jak grzyby po deszczu, jeden po drugim, na horyzoncie pojawiają się nowe tytuły. Każdy świetny, każdy rewolucyjny. W końcu tak mawiają sami twórcy, a oni nigdy by nas przecież nie okłamali.

"For mother Russia!"

Czym Faces of War wyróżnia się od swoich bliźniaczo podobnych konkurentów? Cóż, jak na mój gust, to nie wyróżnia się zupełnie niczym. Innowacyjności w niej za grosz, świeżych pomysłów również jakoś tak brak, kampanie są zupełnie standardowe... podsumowując, FoW to jak na mój, w miarę normalny i przyzwoity gust standardowy RTS, jak i dobra kontynuacja Soldiers: Ludzi Honoru. Jak więc owa produkcja rosyjskiego 1C ma zachęcić potencjalnych odbiorców do zakupu ich projektu, skoro Faces of War nie wyróżnia się praktycznie niczym spośród tłumu jej podobnych gier? Swoją przystępnością, moi kochani, swoją przystępnością.

Nieco mniej kameralnie, ale to dalej plaża Omaha.

Po pierwsze, za tą oryginalną produkcję zapłacicie nie więcej niż 30 zł, a przypominam, że jest to zupełna nowość na rynku. Cenega bardzo się tutaj postarała. Płacimy ceny zbliżone do usług "profesjonalnych" piratów, otrzymując za to bardzo, bardzo bogatą wersję, w skład której wchodzą między innymi płyta dvd z samą grą, pięknie lakierowane opakowanie, album ze zdjęciami, oraz rozszerzony poradnik. Wszystko to dzięki "Rewolucji Cenowej" Cenegi.

No i wszystko niby fajnie, ale żaden rozgarnięty obywatel naszej rewolucyjnej IV RP nie kupi przysłowiowego kota w worku, choćby nie wiem jak ten worek był piękny. Grę kupuje się z reguły, żeby w nią grać, a nie stawiać na półce. Jak więc jest z samym Faces of War? Cóż, statycznie, lecz całkiem dobrze!

Na samym starcie omawiania gry chciałbym zaznaczyć, że nie jest ona naprawdę niczym wyjątkowym. Powiela schematy oraz nie wprowadza na gatunku drugowojennych strategii absolutnie nic. Ale, ale! Nie oznacza to w cale, że gra jest nudna, czy kiepska. Wręcz przeciwnie, moi drodzy czytelnicy. Faces of War to bardzo przyzwoita oraz dopracowana gra z lekko wyśrubowanym poziomem trudności. Do teraz pamiętam, jak przeklinałem, po raz któryś z kolei przyciskając klawisz odpowiedzialny za szybkie wczytywanie stanu gry. Od razu chciałbym ustrzec wszelkich potencjalnych nabywców produktu; niech Bozia was broni od zaczynania gry kampanią sowiecką. Jest ona najcięższa, ma najbardziej zręcznościowy charakter, oraz wymaga nieco taktycznego myślenia. Ale jak tutaj używać taktyki, skoro algorytmy AI oszukują? Jak zresztą i sama gra...

Bielscy złodzieje słomy w końcu złapani!

Aliant aliantowi nierówny

Ale wszystko po kolei. Gra ma niestety naprawdę dużo wad, pomimo tego, że jest juz trzecią częścią cyklu! (Kłaniają się Outfront i Soldiers). Twórcy raczej nie wzięli sobie do serca porad i próśb fanów, przez co wyszło... jak wyszło. Pierwsze, co od razu się rzuca w oczy to realizm, a dokładniej jego brak! Kierowanie jednostkami w FoW jest jak gra na loterii. Nigdy nie wiadomo, czy tym razem trafimy dobrze. Wszystko dzięki brakom jakichkolwiek informacji o pojazdach, żołnierzach, czy broniach. Gramy praktycznie na ślepo, posuwając swoje jednostki do przodu. A każdy z naszych podkomendnych to swoisty mały czołg. Jesteśmy w stanie ponieść wszystko, zaczynając od skrzyni amunicji, po broń przeciwpancerną, narzędzia mechanika, na wiadrze granatów kończąc. Wszystko to bez puszczania przy tym klawisza sprintu ani na chwilę! Kolejnym nowym faktem historycznym, który odkrył i uchwycił w swojej produkcji koncern Best Way jest doskonały zmysł słuchu żołnierzy trzeciej Rzeszy niemieckiej. Dzięki ponadnaturalnym, narodowym zdolnościom są oni w stanie wychwycić każdy szelest, nawet najmniejszego źdźbła trawy. W praktyce przekłada się to na brak możliwości podkradania się do jakichkolwiek obozów przeciwnika. Komputer automatycznie odgaduje twoje położenie, gdy zbliżysz się do niego na zbyt bliską odległość. Nawet, gdy czołgasz się w wysokich krzewach. Przez to wiele moich planów trafiał przysłowiowy szlag, co z kolei doprowadzało mnie do frustracji. W końcu nie po to mamy możliwość przedzierania się na brzuchu przez chaszcze, żeby tylko fajnie to wyglądało. Powinno być efektownie i efektywnie, zostaje niestety tylko to pierwsze. O ile z realizmem produkcja jest mocno na bakier, o tyle po pewnym czasie się przyzwyczajamy i zupełnie nie przeszkadza to w odbiorze.

Jeżeli spojrzeć na tą grę jedynie przez pryzmat taktycznego, zręcznościowego RTS`a, FoW jest pozycją naprawdę dobrą. Oprawa graficzna stoi na wysokim poziomie i gdyby nie to, co zobaczyłem w Company of Heroes, mógłbym ją wysławiać w niebogłosy. Szczególnie efektownie wyglądają wybuchy, których jest po prostu od zatrzęsienia, między innymi przez to... że da się zniszczyć prawie wszystkie obiekty na mapie! Budynki, ruiny, drzewa, mosty, znaki, pojazdy, dosłownie wszystko! A wygląda to po prostu przepięknie. Modele postaci również są niczego sobie, roślinność wygląda bardzo szczegółowo, a zabudowania realistycznie. A wszystko to przy nie aż tak dużych nakładach pracy naszego komputera, przez co gra śmiga jak złoto nawet na nieco słabszym sprzęcie.

Powtórka z rozrywki

Jak już wspomniałem, będziemy mieli możliwość rozegrania trzech kampanii; niemieckiej, sowieckiej oraz alianckiej. Zawsze zaczynamy trzema misjami treningowymi, czwarta misja z kolei sprawdza nasze wiadomości, które sobie dotychczas przyswoiliśmy. Dopiero potem zaczyna się prawdziwa zabawa. Niestety, nie ma co liczyć na jakiekolwiek urozmaicenia podczas zadań. Większość misji opiera się na tym samym... zdobądź punkt, znajdź posiłki, zdobądź kolejny punkt, następnie go obroń. Różnią się tylko scenerie oraz bronie i sprzęt, jaki przyjdzie nam posiadać. Mimo wszystko gra mocno wciąga, przez co tracimy długie godziny, które początkowo nazywały się półgodzinnym seansikiem... tak się działo przynajmniej w przypadku moim oraz mojego kolegi. Każda z kampanii nieco różni się od siebie. Najprostsza jest operacja aliancka, która poza paroma misjami polega tylko i wyłącznie na parciu naprzód, z coraz to większą siłą ognia. Kapania niemiecka natomiast w głównej mierze skupia się na działaniach planowanych. Miażdżąca siła, ale i taktyka, bez niej ani rusz. Sowieci natomiast reprezentowali sobą walkę partyzancką. Ostrzeliwanie celów z ukrytych pozycji, czajenie się na wroga, tworzenie zasadzek. Mi osobiście najbardziej przypadła do gustu kampania niemiecka, która stanowi wyważony środek pomiędzy Jankesami, a dziećmi ojczulka Stalina. Niestety, gra jest mocno skryptowana, przez co kilka razy miałem problem z pchnięciem akcji dalej, a to tylko i wyłącznie z powodu tego, że poszedłem nie tą drogą, którą zaplanowali dla mnie twórcy. A szkoda, bo nie dość, że zabrakło realizmu, to jeszcze swobodę działanie również gdzieś nam wcięło.

Drifty czołgiem to nie do końca dobry pomysł

Kompania Braci

Fenomenalnie natomiast sprawdził się w praktyce tryb osłon naturalnych. Dzięki intuicyjnemu systemowi jesteśmy w stanie kazać schować się za przeszkodami terenowymi całej grupie żołnierzy. Czołganie się, pływanie, kucanie, zajmowanie wybranych pozycji, ostrzeliwanie zza rogu... wszystko to jest bardzo proste do opanowania, a wielu, naprawdę wielu miejscach ratuje nam skórę. A musicie wiedzieć, że nasza drużyna, niezależnie po której stronie się opowiemy, to prawdziwa kopania braci. Sama jest w stanie roznieść cały batalion w pył i to z papierosami w gębach. A jak wynika z animacji postaci, chłopcy palą naprawdę często. Wspominałem już może o braku realizmu? Jakby co, to właśnie kolejny przykład jego wybrakowania. Trup ściele się gęsto, ale tylko przeciwnika. Wszelkie nasze straty są raczej kosmetyczne... tak zwane "żeby nie było". Szczególnie widać to w wypadku wojsk alianckich, gdzie dosłownie przedzieramy się przez wrogów jak przez masełko. No i gdzie tutaj zachowane realia?

Ślepy zaułek to częsta przypadłość sowieckich dróg.

Wojenki nigdy nie za wiele.

Cóż, Faces of War jest nierówne, niczym nasze kochane, rodzime drogi. Z jednej strony mamy bardzo efektowną i dynamiczną strategię, z drugiej skryptowaną, źle wyważoną oraz nierówną mieszaninę z gry akcji oraz RTS`a. Kiepsko zaprojektowana minimapka, za to wspaniałe place boju. Niedopracowany model ostrzału, za to piękny tryb osłony. Drużyna klinuje się w ciasnych przejściach, lecz w zamian tego każdy obiekt na mapie nadaje się do zniszczenia. Czy programiści naprawdę nie mogli doszlifować tej gry? Wyszedł by nam cholernie dobry tytuł, a tak? A tak mamy przed sobą dziwaczną, nie do końca dorobioną hybrydę, w którą gra się tak samo przyjemnie, jak nieprzyjemnie patrzy na jej błędy. Rozgrywka w Faces of War daje nam masę nieskrępowanej przyjemności, która niestety zostaje pogrzebana przez niedociągnięcia. Ehh.. takich tytułów nie lubię najbardziej. Nie dość, że program miał ogromne możliwości i predyspozycje, które zostały zmarnowane, to jeszcze ciężko wystawić mi sprawiedliwą ocenę końcową. Cóż, jako, że teczka wypchana zielonymi, z logiem UbiSoftu na samej górze wesoło leży na moim tapczanie, mogę ostatecznie podnieść ocenę o kilka punktów. W każdym razie 7/10 to nawet i tak za dużo jak dla Faces of War... cóż, gra ma po prostu to coś. Szkoda tylko, że jest to pogrzebane pod zwałami niedociągnięć. Może w końcu kolejna odsłona coś zmieni? Poczekamy, zobaczymy.

Rosyjski komornik działa nieco bardziej skutecznie.