1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

F4: Rise of the Silver Surfer

W ostatnich miesiącach dosyć często na rynku konsolowym pojawiały się gry na licencji kinowych hitów. Zwykłe komputery klasy PC otrzymywały zwykle te najpopularniejsze, natomiast reszta schodziła na świeżutkie next-geny albo dosyć wysłużone już Playstation 2 oraz Xboksa. W tej chwili jednak skupmy się jedynie na tzw. czarnulce, która w ostatnich tygodniach życia przeżywała istny wysyp gier akcji m.in. na podstawie komiksów Marvela. Warto tu wymienić chociażby niezwykle udane Marvel: Ultimate Alliance. A czy Fantastic 4: Rise of the Silver Surfer powtórzy sukces starszego brata? Mam nadzieję, że po przeczytaniu poniższej recenzji nie będzie żadnych wątpliwości.

Zanim jednak zaczniesz przewijać tekst do ostatnich akapitów, aby poznać ocenę, zaczekaj chwilę, bowiem poznasz ją już teraz. Pomimo paru pierwszych minut przyjemnie spędzonych przed tym tytułem, gra okazuje się być nie wartą funta kłaków. Niestety rozrywka jest wtórna i schematyczna do bólu. Szkoda inwestować ciężko zarobione/wyłudzone od rodziców pieniądze na coś, co nie oferuje nawet ¼ tego, co można znaleźć w pokrewnych produkcjach, czasami znacznie tańszych. A o co dokładnie chodzi? O niewyczerpalne pokłady dobrej zabawy, które w tym przypadku najwyraźniej zostały wyeksploatowane jeszcze przed premierą. Zanim przejdziemy dalej pozwolę sobie na jedną uwagę. Postanowiłem nie katować się w pojedynkę i zaprosiłem do zabawy jedną osobę. Jeśli więc planujesz czerpać niewątpliwą przyjemność z tejże rozrywki sam, to wszystkie minusy, jakich znajdziesz w tym tekście wiele, pomnóż przez dwa.

F4: Rise of the Silver Surfer

Fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa i praktycznie, jeśli choć trochę znasz perypetie tytułowej fantastycznej czwórki (czy to z komiksów, czy z ekranów kin) nie ma możliwości, aby jakiś nagły zwrot Cię zaskoczył. Lecz specjalnie dla tych, którzy urwali się z choinki, a na jakiekolwiek pytanie o fantastyczny kwartet wytrzeszczają oczy i robią tzw. karpika przybliżę nieco zarys historii. Otóż mamy do czynienia z czwórką bohaterów, którzy przez dosyć przypadkowy splot wydarzeń nabyli różne umiejętności. I tak Mr. Fantastic umie udawać gumę (bynajmniej nie do żucia), Invisible Woman potrafi na chwilę zniknąć oraz wytwarzać przydatne w różnych miejscach pola siłowe, Human Torch jest ogromną... pochodnią, a The Thing ma niewyobrażalną siłę. Cała ta wesoła gromadka ma jedno, podstawowe zadanie; odnaleźć i uwolnić Silver Surfera.

Aby nie było za łatwo producenci przygotowali nam kilka poziomów wypełnionych po brzegi przeróżnymi przeciwnikami. Niestety jak się okazuje już po kwadransie zabawy, ludzie odpowiedzialni za wygląd i umiejętności tych wszystkich stworów, a konkretniej maszyn nie grzeszą inwencją twórczą. Nie dość, że typy postaci z całej gry można by zliczyć na palcach obu dłoni, to jeszcze wszystkie są łudząco podobne do siebie i różnią się tylko szczegółami. Nie mówię już o samych atakach i taktykach, jakie stosują aby powstrzymać naszą drużynę. I znowu prostota w najczystszej postaci, czyli kupą, mości panowie! Na szczęście producenci zapomnieli o innych powiedzeniu (Kiedy ludzi kupa i Herkules dupa), bowiem w takim razie nie mielibyśmy żadnych szans. Ale, że jest jak jest, to fantastyczna czwórka radzi sobie z każdą ilością wrogów bez najmniejszych problemów. A zresztą, jak miałaby sobie nie radzić, skoro gracz jest faworyzowany przez komputer, co nie raz rzuca się w oczy.

F4: Rise of the Silver Surfer

Jednym słowem w tej grze nie da się przegrać. Weźmy najprostszy przykład. Kiedy na polu walki zginie jeden z głównych bohaterów, my możemy się przełączyć na innego i cierpliwie poczekać aż umarlak nam się odrodzi. Co więcej... Taki delikwent wraca do walki bez żadnych uszczerbków, w pełni zdrowia i z pełnym paskiem punktów umiejętności. W tym momencie, co większy cwaniak może uczynić z tego "błędu" niezłą taktykę i gdy nagle zabraknie mu punktów umiejętności po prostu da się zabić i po chwili narodzi się na nowo, aby ze zdwojoną siłą siec i rąbać przeciwników. Musze przyznać, iż jest to bardzo, ale to bardzo ciekawy zabieg. No chyba że to było małe przeoczenie ze strony twórców...

Jak to zwykle bywa przy takich grach, nasze postaci mogą się rozwijać. Podczas walki zdobywają punkty doświadczenia, które następnie zmieniane są na nowe umiejętności, potężniejsze ataki oraz dodatkowe punkty życia i "many". Niestety nie ma tutaj żadnej dowolności w rozwoju postaci. Więcej, nie uświadczysz tutaj drzewek, statystyk ani nic podobnego. Gra sama, automatycznie rozwija daną postać wg pewnego schematu i żadną siłą tego nie zmienisz. A naprawdę brakowało mi pewnej dowolności w dysponowaniu zdobytymi punktami.

F4: Rise of the Silver Surfer

Wróćmy jeszcze na chwilę do naszych przeciwników, a konkretniej bossów, których kilku zdarzy nam się spotkać. Niestety stanowią dosyć nieliczne urozmaicenie na naszej drodze. A gdy już takiego spotkasz, masz zagwarantowane, że będziesz z nim walczył przez najbliższe pół godziny, co nieźle potrafi człowieka zirytować. Zwłaszcza gdy wydaje się, iż jesteś już u celu, a twój wróg ma zaraz paść trupem, nagle ten postanawia zwiać z pola walki. Na tobie oczywiście spada obowiązek ruszenia w pościg. Jednak zanim znowu go spotkasz, czeka na Ciebie kilka kolejnych pokojów/lokacji przepełnionych mięsem armatnim. Jednak jeszcze nie nad tym ubolewałem najbardziej. Otóż główny boss, to nic innego jak powiększona wersja zwykłego przeciwnika, dysponująca większą siłą, kilkoma dodatkowymi umiejętnościami i dłuższym paskiem życia. Pokonanie delikwenta ogranicza się do okładania go wszystkim, co masz pod ręką. Nie ma żadnych ukrytych sposobów na szybkie zwycięstwo. Ot mozolna praca.

W każdej, szanującej się grze akcji musza występować jakieś zagadki. Chociaż może zagadki to za dużo powiedziane, ale w każdym razie tu trzeba coś przesunąć, tam dźwignie przełożyć, czasami jakiś przycisk wcisnąć, a nawet znaleźć jakiś cenny artefakt, który odblokuje jakieś tajne pomieszczenia. Nie wgłębiajmy się jednak w to, bowiem jak się okazuje w Fantastic 4: Rise of the Silver Surfer brakuje tego niezbędnego elementu do dobrej zabawy. A przynajmniej został mocno okrojony, ponieważ zapalanie i gaszenie pochodni, albo ustawianie kolorów kryształów wg schematu nie należy do zbyt obciążających umysł zadań. Powiem więcej, odniosłem wrażenie, że producent (w tym wypadku 7 Studios) podszedł do gracza, jako do kompletnego idioty. A może to ja mam za wysokie wymagania...

No i wreszcie coś, co mnie kompletnie zaskoczyło, a później irytowało. W pewnym momencie odnajdujemy w końcu Srebrnego Surfera, wyzwalamy go, a ten przyłącza się do naszej drużyny i wyrusza z nami na poszukiwane swej deski. Otóż w tym momencie miałem nadzieję, iż będę miał możliwość wcielenia się od czasu do czasu w nową postać. Niestety srebrny przystojniak tylko biega za głównymi bohaterami i tylko od czasu do czasu okłada kogoś gołymi pięściami, więc jego przydatność w walce i tak jest zerowa. No, ale trudno, nie zmienimy tego, trzeba grać dalej...

F4: Rise of the Silver Surfer

Hmm... Tylko dalej już za bardzo nie ma, w co grać. F4:RotSS kończy się tak samo szybko, jak zaczął. Zabawy starcza ledwo na 5-6h intensywnej gry, co jest wartością ekstremalnie niską, zwłaszcza, kiedy zwrócimy uwagę na cenę. Chociaż z drugiej strony może to i dobrze. W gruncie rzeczy nie wyobrażam sobie kolejnych kilku godzin spędzonych przed telewizorem. Podejrzewam, że mój pad od konsoli mógłby tego nie przeżyć.

Pytanie teraz czy Fantastic 4 ma jakieś plusy. Owszem ma, ale najpierw trzeba puścić w niepamięć wszystkie porażki i mocno się skupić. Na wyróżnienie zasługuje linia dialogowa, a raczej krótkie wymiany zdań i cut-scenki z głównymi bohaterami, którzy od czasu do czasu dopieką sobie nawzajem. Muszę przyznać, że na mojej twarzy wykwitł kilka razy lekki uśmieszek. Jednak nic więcej. A i też tych momentów nie ma tak wiele, żeby zaraz świętować. Zwłaszcza że znacznie częściej słuchamy typowych "zapchaj dziur", które są dosyć nudne, a jeszcze przerywają nam zabawę w najmniej niespodziewanym momencie.

No i wreszcie dochodzimy do multiplayera, ratującego grę od oceny niedostatecznej. O dziwo, grając z przynajmniej jednym kumplem (a przed konsolą mogą zasiąść nawet cztery osoby), kilkoma puszkami bursztynowego napoju, tudzież Coca-Coli, można się naprawdę dobrze bawić. Ale gdy już raz wykonacie wszystkie postawione przed wami zadania, nawet nie próbujcie wracać do tego tytułu. Ot, produkt na raz, który ani ziębi, ani grzeje.

Czy więc warto zostawić w sklepowej kasie prawie 180 zł? Odpowiedź jest jedna - nie! Ja miałem to szczęście, że grę do recenzji dostałem od polskiego dystrybutora, jednak sam bym nie wydał swoich ciężko zarobionych pieniędzy. Tobie, drogi Czytelniku, radzę to samo. A jeśli koniecznie chcesz zagrać, to popytaj najpierw swoich znajomych, może któryś z nich zrobił już ten błąd...