1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

F.E.A.R: Combat

"Od graczy dla graczy". "Za darmo". "Dla fanów, nie na sprzedaż". Jakże piękne są to słowa. A jeszcze bardziej niż cudowne - zapomniane. Płatne pluginy do Obliviona, wirtualne pieniądze do World of Warcraft, które można kupić na Allegro, czy bezpłatne patche, które możemy pobrać jedynie z płatnych serwerów. Oto typowe przykłady na to, że wyżej wymienione pojęcia są już, niczym dinozaury, zamierzchłą przeszłością. Lecz, czy w obecnych czasach, gdy gry to nie rozrywka, lecz biznes, możemy jeszcze liczyć na dobre, niekomercyjne dzieła? Ciężko w to uwierzyć, ale mimo wszystko tak!

Wiem, wiem. Możecie sobie pomyśleć: Co on plecie?! Przecież F.E.A.R to profesjonalna, komercyjna i bardzo medialna produkcja. Odbiło mu, czy jak? Cóż, ciężko się z obiema tezami nie zgodzić. F.E.A.R, głośny FPS wydany pod koniec 2005 roku przez Sierrę rzeczywiście pasuje do powyższego opisu. Ale my o tej grze nie mówimy.

F.E.A.R: Combat jest bowiem tworem iście kontrowersyjnym. Nie jest to pełna wersja gry, nie jest to również dodatek. Tak, tak. Combat nie wymaga "podstawki"! Więc czym jest to nowe dzieło Sierry? W miarę porządną strzelaniną. Reszta nie jest aż tak istotna.

Za darmo? Za darmo umarło.

A teraz, krok po kroku, przestawię wam, co trzeba zrobić, aby zagrać w F.E.A.R: Combat. Każdy może to zrobić. Wystarczy odrobina chęci. Coś jak ze zrobieniem ciasta na urodziny babci.

Tak, to już raczej można nazwać headshotem.

Najpierw zagospodarujcie 1,7 GB wolnego miejsca na dysku twardym. Później zaopatrzcie się w program wspomagający ściąganie plików z Internetu (np. Flashget lub DAP). Zrobione? Bardzo dobrze. Teraz musicie nieco rozruszać klawiaturę i myszkę. Na stronie internetowejhttp://www.joinfear.com/main najpierw kliknijcie na ikonkę zapraszającą do zdobycia oryginalnego cd-keya. Wypełnijcie wszystkie dane, upewniając się, ze wasz adres email jest wpisany poprawnie. Następnie czeka was przeprawa przez krótką ankietę Sierry. Ona nie boli. Naprawdę. Co dalej? Twój unikatowy cd-key właśnie ląduje w skrzynce internetowej. Fajnie, prawda? Teraz pozostało już tylko dorwać się do samej gry. Na tej samej stronie co poprzednio kliknij w drugą, pozostałą ikonkę. Właśnie zaczyna się ściąganie Combata z serwerów Sierry. Jako, że 1,7 GB to nie rurki z kremem, osobiście polecam zostawić komputer włączony na całą noc. Gdy już plik .exe znajdzie się na twoim wysłużonym PeCecie, nie pozostaje nic innego, jak rozpocząć instalacje!

Papierosy szkodzą. Prawie, jak granat dymny.

Od gracza dla gracza?

A ta trwa bardzo długo. Oparty na krześle czekałem, stukając rytmicznie palcami o blat biurka, aż trzy kreski w końcu się ruszą. Oczywiście nic z tego. Złapałem tylko kurtkę, po czym wyszedłem na rower. Śmigając moim wysłużonym góralem po wertepach, jedna myśl nie dawała mi spokoju. Dlaczego Sierra wydała zupełnie darmowy produkt, zużywając na to własny czas oraz środki? Jeżeli ktoś jest obeznany w tym rynku, wie, że cały czas szykowany jest płatny dodatek do F.E.A.R`a. Jakież więc było zdziwienie graczy, gdy okazało się, że Sierra wypuściła bezpłatną, nastawioną na rozgrywkę multiplayer produkcję! Dlaczego ta firma to zrobiła? Miała to być tylko reklama dla zbliżającego się dodatku? A może ten produkt miał za zadanie być kontrowersyjny, aby zwrócić ponownie uwagę na tę znaną markę? Do teraz sam nie jestem pewien... ale czy to ważne?

W końcu ponownie w domu. Kurtka poleciała w kąt, a ja od razu wskoczyłem w obrotowe krzesło. "Instalacja dobiegła końca". Nareszcie; burknąłem sam do siebie, uruchamiając F.E.A.R: Combat.

Czy to aby na pewno nadal moja pralka?!

Dla fanów, nie na sprzedaż!

Przywitało mnie dobrze już znane menu. Dokładnie ta sama koncepcja, co w ubiegłorocznym F.E.A.R. Odwróciłem się do tyłu, spoglądając na pudełko z Almą stojące na półce, a uśmiech błyskawicznie zagościł na mojej twarzy. Przypomniałem sobie te wszystkie piękne chwile, które spędziłem rok temu z tamtą produkcją. Od razu wsiąkłem w klimat po same uszy.

W menu brak było opcji singleplayer. Jedyne, co mogłem wybrać, to ustawienia i opcje rozgrywki w sieci. Pierwsze chwile to jak zwykle przysłowiowa "nauka jazdy". Twórcy bardzo się postarali, biorąc pod uwagę, że Combat to produkt w pełni darmowy. Do wyboru dostałem równe dziesięć trybów rozgrywki! TD, TMD, CTF, Elimination, Team Elimination, SlowMo DM, SlowMo TDM, SlowMo CTF, Conquer All oraz Control. Trochę dużo, prawda? Większość osób mających styczność z grami multiplayer zna podstawowe, standardowe tryby, dlatego nie sądzę, aby konieczne było opisywanie ich. Zajmę się tymi bardziej nowatorskimi:

SlowMo- SlowMo to dopisek przed bardziej standardowymi trybami. Oznacza on nie więcej, nie mniej, tylko to, że podczas rozgrywki można użyć spowolnienia czasu. Cholernie efektowna rzecz.

Sytuacja bez wyjścia. Albo kulka, albo schody...

Conquer All- Dwie drużyny walczą ze sobą o punkty kontrolne, których jest zawsze nieparzysta ilość. Trzy albo pięć, zależy to od wielkości mapy. Należy pamiętać, że raz zajęty punkt może zostać odbity przez wrogą drużynę. Wygrywa ten team, który jako pierwszy zajmie wszystkie punkty kontrolne.

Control- Jest to zmieniona wersja Conquer All. Tutaj nie trzeba zająć wszystkich punktów kontrolnych. Za zadanie natomiast musimy zdobyć i utrzymać jak największą ich ilość przez określony czas. Po jego upływie wygrywa ta drużyna, która zdobyła więcej punktów za posiadane placówki.

...Wybrał schody. Pokój jego duszy.

Elimination- Bardzo ciekawy tryb. Gdy ktoś zginie, nie jest w stanie się zrespawnować, lecz musi czekać do końca tury. Wygrywa gracz, który jako ostatni zostanie przy życiu i przetrwa.

Team Elimination- Dokładnie to samo, co Elimination, lecz w trybie drużynowym. Wygrywają ci, którzy przetrwają i zabiją każdego członka wrogiego ugrupowania.

To tyle, jeżeli chodzi o tryby gry. Lokacje, w których będziemy toczyć starcia nie są niestety zbyt różnorodne. Opuszczona fabryka, stary blok mieszkalny czy biuro w wieżowcu- wszystko to w zasadzie wygląda tak samo. Na wyróżnienie zasługuję jedynie dwie mapy: DEAD WOODS oraz ASYLUM. Pierwsza to próba przeniesienia rozgrywki na otwarty teren (w tym wypadku las) do czego silnik F.E.A.R`a nie jest przystosowany. ASYLUM to z kolei majstersztyk graficzny. Krwiste, czerwone niebo połączone z jesiennym otoczeniem robi kolosalne wrażenie. Niestety, każda z tych map jest bardzo mała, przez co na większości serwerów taktyka ustępuje miejsca totalnej, bezpośredniej rzezi. "Kto pierwszy, ten lepszy"- to pojęcie idealnie tutaj pasuje. Drużyny biegną na łeb, na szyję do bazy wroga, gdzie albo błyskawicznie zostają wybici, albo uciekają w popłochu. I tak w kółko! Tylko raz na jakiś czas natrafiłem na snajpera siedzącego w dobrze zamaskowanym miejscu i skrupulatnie wybierającego cele, czy drużynę, która poruszała się, naraz osłaniając siebie nawzajem. Sporadyczne przypadki, a dające tak dużo frajdy. Cóż, może to wszystko dlatego, że F.E.A.R: Combat jest grą bardzo "młodą". Gracze nie mają jeszcze wypracowanych odpowiednich technik. Wypadałoby opisać teraz bronie, czyli naszych najlepszych przyjaciół w walce z przeciwnikiem. Do naszych spoconych, żylastych łap dostajemy między innymi parę pistoletów AT14, które zadają olbrzymie obrażenia, czy karabin szturmowy G2A2. Ogromny rozrzut, niska celność, błyskawiczne plucie nabojami to z kolei cechy karabinu maszynowego RPL. Jeżeli chcemy, możemy również ponieść niebezpiecznie precyzyjną maszynową snajperkę- ASP. Oczywiście nie mogło obyć się bez starego, dobrego Shotguna, tutaj wymienionego na nowszy model VK12. To tyle, jeżeli chodzi o standardowe bronie. Z tych bardziej innowacyjnych przyszło mi walczyć wyrzutnią rakiet MOD3, czy bronią na diabelnie groźne harpuny- 10mm HV PENETRATOR. Nie wypada również zapomnieć o najbardziej niszczycielskim narzędziu zagłady, jakim jest MP50 Repeating Cannon. Broń strzela wiązkami elektrycznymi o bardzo wysokim napięciu, spopielając wrogów na miejscu. Cóż, dosyć tych suchych faktów, czas opisać moje własne wrażenia dotyczące tej gry.

Elma? Alba? Alma? Edward? Za dużo azjatyckich horrorów.

A wszystko to o kant d… rozbić.

Nie będę ukrywał. Zawiodłem się na najnowszej produkcji Sierry. Wiem, wiem. Combat ma potężne alibi. Może być nawet najgorszym gównem, bo jest darmowy i nikt nie chce za niego pieniędzy. Na szczęście, do wcześniej wspomnianego kału mu daleko, co nie znaczy, że jest pozycją wybitną.

Combat zdecydowanie potrafi zachwycić swoją grafiką. Niby wszystko wygląda zupełnie tak, jak w ubiegłorocznym F.E.A.R, lecz nadal ma to swoje piękno. Ten klimat. Co prawda brak tutaj małej Almy, brak tajemniczego Fettela i jego oddziałów, lecz wszyscy, którzy zagrywali się w pierwszego F.E.A.R`a wiedzą, co mówię. Opuszczone budynki, piękne, złowieszcze niebo i... i to coś nieuchwytnego. Fani tej produkcji dobrze wiedzą, co mam na myśli. A muzyka? Cóż, ciężko mi mówić o czymś, czego w tej grze praktycznie nie uświadczymy. A dźwięki jak dźwięki, co mogę powiedzieć, są na miejscu, robią swoje i tyle ;).

Ale przejdźmy już do sedna rozgrywki - bezpośredniej walki. Przepiękna i bardzo krótka. W Combat umierasz równie szybko, co efektownie. Zazwyczaj kilka naboi z podstawowego karabinu szturmowego jest w stanie posłać naszą postać do piachu, dlatego trzeba uważać, oj trzeba. Co za ironia, bo praktycznie na każdym serwerze musi być masa mięsa armatniego, która biega sobie beztrosko środkiem planszy. A sama walka to już majstersztyk. Kłęby kurzu podnoszącego się w ciasnych korytarzach, dziury po pociskach gdziekolwiek się da, fenomenalna fizyka i wszędobylskie kałuże krwi. Słowem- cud, miód i orzeszki. A gdy dodamy to tego tryb spooowooolnienia czasu; Matko Boska, sam John Woo by się tego nie powstydził.

Biedak. Do apteczki to juz się nie doczołgał.

Niestety, gra zdecydowanie nie wykorzystuje całego swojego potencjału. Poprzez wtórność i małą liczbę map szybko się nudzi, a sprawę pogrążają tylko kolosalne wymagania sprzętowe. No właśnie. Wymagany procesor 1,5 Ghz, 512 MB RAM i karta grafiki 128 MB to... co tu dużo mówić, perfidne kłamstwo. Na moim P 2,0, 512 MB RAM i GeForce 6600 GT NIE MA MOWY o komfortowym graniu. Sierra mogłaby się przyłożyć do optymalizacji kodu. Kolejnym minusem są w miarę często powtarzające się bugi. Ni z gruchy, ni z pietruchy raz zapadłem się po sam pas w porządną, mogło by się wydawać, panelową podłogę. To jeszcze nic. Raz członek mojej drużyny szedł sobie spokojnie przede mną, aż nagle zaczął unosić się w powietrzu. Najpierw poleciał do góry, potem w lewo, następnie wbił się głową w ścianę na prawo. Szok murowany. Sam długo zbierałem szczękę z podłogi. O tym, że raz moja broń miotała niewidzialnymi pociskami już nie wspomnę. Podsumowując, gra byłaby naprawdę udana, gdyby ktoś bardziej się do niej przyłożył. Niestety, zabrakło chęci.

Zawsze dają się nabrać na numer z butem.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Cóż, zdaje się, że moja recenzja dobiega końca. Najwyższy czas na jakieś ładne podsumowanie, czy błyskotliwe przesłanie. Ja tego nie zrobię. Sam nie wiem, co myśleć o tej grze. Z jednej strony jest to nieco zawalona sprawa, z drugiej dobra, darmowa produkcja. Powstrzymam się od ostatecznego komentarza. Moją oceną również proszę się nie sugerować, gdyż sam nie jestem jej pewny. A najlepiej, to sami wystawcie tej grze własną ocenę. W końcu F.E.A.R: Combat to produkt darmowy i każdy ma do niego dostęp. Do zobaczenia na którymś z serwerów!