1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

ESR: European Street Racing

Wyścigi ultraszybkich fur pędzących z prędkością 300 km/h na ulicach kilku europejskich miast, w tym naszej stolicy, za 10 zł. Brzmi zachęcająco? No pewnie, dlatego dyszka powędrowała do kioskarza z nadzieją, że pogram w to dłużej niż w ostatnie "tekturkowe" produkcje. Niestety okazuje się, że wszystko tę grę przegoniło. Na przykład kiełbasa przegoniła.

Nielegalne potyczki wyścigowych wozów z kilkuset końmi pod maską cieszą każdego, zarówno dresa siedzącego na klatce schodowej i malującego graffiti na oczach sąsiadów, jak i poprawnego obywatela, którego interesuje (przynajmniej z pozoru) co przyniesie jutro i dlaczego musi być takie złe. A wszystko zaczęło się od serii Need For Speed. Potem zaczęły się tworzyć Juicedy i inne gierki tego typu.

Goście z Team6 Studios to specjaliści od zadań specjalnych. Szokują każdym swoim nowym dziełem. Niemożliwe dla nich nie istnieje. Pod względem szybkości wydawanych produkcji na rok biją na łeb każde inne studio. Wachlarz zainteresowań holenderskich programistów nie jest zbyt wielki: wszystko kręci się wokół czterech kółek, no czasami dwóch. Tak oto mieliśmy już do czynienia z wieloma grami wprowadzającymi nowe standardy do tego gatunku. Od Super Taxi Drivera 2006 i Fiata 500, przez Paris Chase i X-1 Super Boost, na GSR: German Street Racing I FSR: French Street Racing skończywszy. Przez ekrany naszych komputerów przejechała prawdziwa plejada wozów z ostatnich kilkudziesięciu lat. Teraz pozostaje nam czekać na kolejne gry z serii: od siebie proponuję Azerbaijan Street Racing i Sri Dżajawdanapura Kotte Street Racing. Już darujmy sobie pieniądze za prawa autorskie…

ESR: European Street Racing

ESR to kolejna budżetówka ze stajni Team6. Tym razem zasiądziemy za kierownicą nowoczesnych wozów ścigając się z konkurentami na ulicach kilku europejskich miast, w tym Warszawy. Dzięki zwycięstwo w kolejnych rajdach dostaniemy kasę na rozbudowę naszego auta, np. upgrade silnika czy ładunki nitro. Czasami pod wpływem naszych świetnych wyników (o które wcale nie jest ciężko) inni kierowcy wyzywają nas na pojedynek, który podnosi nam prestiż u innych zawodników, ale tylko teoretycznie, bo niby tak pisze, a żadnego wskaźnika w grze nie ma. Dobre i to, wszak nie od razu Rzym zbudowano.

Już odgłos płyty włożonej do czytnika DVD zwiastował coś niepokojącego. Krążek niemiłosiernie buczał i huczał, a odczyt trwał prawie minutę, mimo że napęd liczy sobie niecały miesiąc. Teraz w głębi duszy chciałbym, żeby sprzęt zaprotestował na widok tej płyty…

ESR: European Street Racing

W pierwszych sekundach obcowania z ESR ta ścigałka wprost odrzuciła mnie od komputera i poraziła, lecz nie znakomitymi efektami wizualnymi i przyjemną, pogrywającą w tle muzyczką, a okropieństwem graficznym i odrażającą, wstrętną techniawką. Menu wita nas wyciętą byle jak z obrazka panią, która ani nie jest jakoś zabójczo seksowna, ani nie pasuje mi tu kompletnie. Przynajmniej w tym wydaniu. Poza tym wątpliwym interesem dla tej niewiasty było sprzedanie się holenderskim programistom. Jak już coś takiego robić, to z klasą… O muzyce już nie pomnę, bo szkoda słów i nerwów. Proponuję wyciszyć na samym początku głośniki i stopniowo przyzwyczajać się do tego bełkotu, bo inne obcowanie z dźwiękiem grozi kalectwem uszu.

Przejdźmy zatem dalej. Rozpoczynając karierę kierowcy, musimy przecież zakupić jakieś auto. Kolejna niespodzianka: nie ma tu ani jednego licencjonowanego samochodu. Zresztą, miał ktoś nadzieję, że takowe się pojawią? Prezentowane modele wyglądają okropnie, są rozpikselowane i kanciaste, nawet ośmiokrotny antyaliasing nie daje żadnych efektów. Cóż, jaka praca, taka płaca.

ESR: European Street Racing

Model jazdy jest tragiczny. Ja rozumiem, że to jest prosta, niezobowiązująca zręcznościówka, ale samochody w tej grze prowadzi się jak tekturowy model. Ruszają się tak, jak powieje wiatr: raz szybkie i zwinne, raz lądujące przy każdym zakręcie na murach lub na darmową myjnię (czytaj paryskie kanały). Przeciwnicy nie stanowią żadnego wyzwania. Wystarczy na początku wyścigu włączyć nitro i ze spokojną przewagą jedziemy sobie aż do mety. Oczywiście, ulice miast, po których przejedziemy, nie będą świecić pustkami. Ruch uliczny może nawet czasami przeszkodzić w osiągnięciu celu, gdy jadąc na "czołówkę" demolujemy "auto" poruszające się po drodze. Jeśli ktoś miał nadzieję na zmienność warunków drogowych, ostrzegam: nadzieja matką głupich. Gwarantuję, że zawsze w TYM SAMYM miejscu, o TEJ SAMEJ porze spotkacie jadący w TYM SAMYM kierunku TEN SAM samochód. Nie ma miejsca na zaskoczenie - w świecie studia Team6 wszystko jest uporządkowane i w idealnej harmonii.

O dziwo w tej grze został zaimplementowany model zniszczeń i wygląda całkiem realistycznie. Ale co z tego, skoro grafika jest cienka jak barszcz ukraiński, a przednia maska jest przymocowana tytanem i przybita złotymi gwoździami, a na dodatek zasłania pół ekranu i za cholerę nie chce się oderwać?

ESR: European Street Racing

Kolejna bardzo ciekawa kwestia: nie wiem skąd Holendrzy wytrzasnęli te informatory turystyczne, ale najwyraźniej pomylili Warszawę z Riwierą Turecką. Środek miasta przedstawia się utopijnie - trzypasmowa droga prowadząca donikąd, mnóstwo palm wyrastających z betonu i ogromny plac. Ok, da się zrobić na Euro 2012? Nie lepiej jest pozostałymi miastami. Wszystkie europejskie stolice zostały zrobione na jedno kopyto i w sumie tylko w Paryżu spotkałem się z jakimś łukiem i czymś wieżoeiffelopodobnym. A tak to palmy, palmy i jeszcze raz palmy.

Przejdźmy więc do oprawy wizualnej, która prezentuje poziom, nomen omen, całej gry. Tekstury są brzydkie. Pudełkowate budynki, tekturowe samochody na ulicach, przechodnie z drewna, zero animacji. Co najlepsze, aby ukryć niedostatki graficzne, twórcy napaćkali milion pięćset sto dziewięćset filtrów i rozmyć, które nakładając się na siebie wyglądają fatalnie.

Jak się w to gra? Powiem tak, by wyrównać poziom - grało mi się w to lepiej niż w różne Maluchy, Poldki i inne polskie wymysły. Ale że tamte w moim osobistym rankingu dostałyby pałę z wykrzyknikiem tutaj będzie dwója, z plusem za Warszawę w grze. Niemniej nawet za tą dychę nie warto. Lepiej poczekać i kupić w pakiecie z piętnastoma innymi produkcjami lub wygrzebać z kosza "wszystko po 2 złote". W innym przypadku lepiej tę kasę wydać na co innego. To jedyny sposób by przymusić gości z Team6 by robili lepsze gry.