Licencja filmowa, medialny rozgłos, ogromny budżet i "byle by zdążyć do kinowej premiery". Powitajcie Eragona; kolejne cudowne dzieło na podstawie filmu wyświetlanego właśnie w kinach. Następna kiepska produkcja? Niekoniecznie!

Każdy pasjonat elektronicznej rozrywki wie jak to jest z grami na podstawie filmów. Pojawiają się błyskawicznie, po czym z podobną prędkością znikają ze sceny. Różnica polega na tym, że zabierają ze sobą całe worki z zielonymi, przeważnie niezasłużenie. Potencjalny klient po wyjściu z kina i zakupie gry pragnie przeżyć te same emocje jeszcze raz, na nowo. Niestety, komputerowe adaptacje skutecznie do tego zniechęcają. Większość z nich, z takim Harrym Potterem na czele, okazują się przygotowanymi naprędce, banalnymi i żałosnymi wręcz platformówkami, stworzonymi najprawdopodobniej z myślą o dzieciach do piątego roku życia. Tani skok na kasę, ale jednak zawsze ktoś daje się zrobić w balona, skoro z roku na rok możemy "cieszyć się" coraz to nowszymi odsłonami hollywoodzkich "hitów". Do tej grupy adaptacji filmowych dołączył właśnie Eragon, najnowsze dziecko spłodzone (w bólach zapewne) na potrzeby filmowej premiery. Jest jednak pewien czynnik, który różni Eragona od całej tej pozostałej hałastry... on jest naprawdę grywalny.

No dobra... wytłumaczy mi ktoś, co tu się dzieje?? /p
p

Od zera do bohatera

Gra, rzekomo opowiadająca kinową fabułę (mam tutaj nieco zastrzeżeń) jest zlepkiem szesnastu misji mających tyle ze sobą wspólnego, co osławiony piernik do wiatraka. Niby mamy do czynienia z przerywnikami zespalającymi kolejne misje, lecz wszystko jest tak kiepsko podane, że gdyby twórcy zamienili kolejnością poszczególne etapy to i tak nie miałbym nic przeciwko. W Eragonie przyjdzie nam pokierować chłopcem o imieniu... Eragon (prawda, że tytuł jest bardzo odkrywczy?), który to z zamiłowania jest wieśniakiem. Wstaje z pierwszym promieniem słońca, idzie na polowanie, doi krowy etc. Jego żmudne życie zmienia się jednak, gdy na swej drodze spotyka tajemniczy kamień, który z czasem okazuje się być niczym innym, jak smoczym jajem! Naszemu młodemu rolnikowi wykluwa się dorodna smoczyca pod oknem, nic to jednak w porównaniu z tym, co go dopiero czeka. Mamy tutaj bowiem złego króla Galbatorixa, który zyskał tron dzięki obaleniu Smoczych Jeźdźców wiele lat temu. Eragon okazuje się być kolejnym z nich, toteż wszelkie siły zła skupiają się na biednym chłopcze ze wsi. Mamy tutaj do czynienia z typową powieścią fantasy, czerpiącą garściami z twórczości Tolkiena czy Rowling. Czego zresztą spodziewać się po książce napisanej przez piętnastolatka? Jesteśmy świadkami metamorfozy "od zera do bohatera", co również jest już dosyć oklepane. Eragon z wiejskiego chłopa zamienia się z czasem w mężnego woja, który zabija całe tabuny wrogów, nie stroni od magii, a gdy zajdzie taka potrzeba, to i od niechcenia dosiądzie smoka. W każdym z tych etapów pomagamy chłopcowi my - w końcu to tak naprawdę od nas zależy los głównego bohatera.

Walki na klaty... efektowne tak samo ja skuteczne

O słoniu albo i ze dwóch....

Eragon to dynamiczna gra akcji w której niezależnie od misji czy lokacji zawsze powalamy setki wrogów systematycznie zalewających cały obszar. Gra tak naprawdę sprowadza się do ciągłego wymachiwania mieczem, od samego początku do samego końca. Co dziwniejsze, tak naprawdę jest to bardzo dobre wyjście, bo chociaż rozgrywka jest strasznie monotonna, nie można powiedzieć, że jest nudna. Osobiście bardzo dobrze bawiłem się eliminując kolejne zastępy wroga, chociaż w zasadzie przez te kilka godzin cały czas robiłem to samo. Naszego hero widzimy z nieruchomo rozlokowanych na lokacjach "kamer" jak to mieliśmy do czynienia chociażby w Resident Evil, machamy przy tym mieczem na lewo i prawo i kroczek po kroczku posuwamy się do przodu, aż nagle okazuje się, że kolejna plansza jest już za nami. Czasem wyjątkowo trzeba coś zniszczyć czy wyważyć lecz w zasadzie rozgrywka jest na tyle banalna, że nawet najmłodsi nie będą mieli z nią problemu.

Podczas machania wcześniej już wspomnianym mieczykiem możemy skorzystać z szeregu widowiskowych kombinacji, które oprócz efektowności mają w sobie również efektywność co najmniej słonia albo i ze dwóch. Potężny atak, atak obszarowy, kopniaki czy przeszywanie mieczem leżącego to jedni z naszych najlepszych przyjaciół na placu boju. Są jeszcze ciosy nieco bardziej zaawansowane, lecz te wymagają już nie tylko intuicji, ale i pewnych umiejętności. Wybijanie łokci czy skręcanie karku nie jest może na początku łatwe, ale przynosi dosyć pokaźne korzyści, jak natychmiastowe zlikwidowanie nawet najpotężniejszych przeciwników. Eragon posiada do tego również specjalną, magiczną moc porównywalną do tego, czym władali Jedi w Gwiezdnych Wojnach. Możemy samą siłą woli przyciągać, odpychać, miotać włóczniami, tworzyć niematerialną osłonę czy.. podpalać! Jakież to... innowacyjne. W odpowiednich rękach jest to bardzo silna zabawka, oczywiście niezbędna do przejścia całej gry. Nieraz zmuszeni jesteśmy do popchnięcia mocą jakiegoś drzewa czy dźwigni, aby zajść dalej. Animacje walki są bardzo ładne, naturalne i spójne, przez co aż chce się kopać tyłki tym "wielkim i złym". Na siłę można nawet stwierdzić że walki w Eragonie to jedne z ładniejszych potyczek całego 2006 roku. Śmiałe to może stwierdzenie, ale stoi za tym wiele prawdy. Przekonajcie się na własne oczy, że walka w tej grze nakręca gracza, jak w mało której innej pozycji. Na raz przyjdzie nam toczyć potyczki z kilkoma... czasem nawet kilkunastoma przeciwnikami. Nie są to zbyt wyrównane szanse, dlatego autorzy przydzielili nam do pomocy komputerowego towarzysza, który odwala za nas część brudnej roboty.

Z kamerą wśród ludzi: Pierwsze przygody ze skrzyniami nie były zbyt owocne
Człowiek Pochodnia Marvela miał ciężkie początki...

Trojga do tanga

Właściwie, można nawet zaryzykować stwierdzenie, że jest nas cała trójka, gdyż oprócz naszego bohatera i jego towarzysza broni jest również i mocarna smoczyca, która pojawia się zawsze wtedy, kiedy jest najbardziej potrzebna. W praktyce oznacza to niestety, że można przywołać ją tylko w specjalnie do tego przygotowanych miejscach, ale w końcu dobre i to. Zwłaszcza, że gdy ten moloch wedrze się jakoś na plac boju, to z naszych przeciwników nie zostaje już praktycznie nic. Możemy stanąć z boku i podziwiać kunszt tego pięknego, mitycznego stworzenia. A jest na co popatrzeć, gdyż Saphira (bo tak smok się nazywa) została w grze odzwierciedlona bardzo naturalnie i realistycznie, o ile można w ogóle tak mówić o cyfrowym tworze. Każdy z naszych towarzyszy na swoje własne, unikalne cechy oraz ciosy. Taka różnorodność spowodowana jest zapewne tym, że nasz komputerowy druh może zostać "podmieniony" na drugiego żywego gracza, który przy pomocy dodatkowego kontrolera wraz z tobą niszczyć będzie kolejnych to przeciwników. Zabawa jest przy tym o wiele, wiele większa, w końcu nie ma to jak siedzieć ze znajomym przy jednym komputerze i razem przeżywać akcje, które widzimy na monitorze.

Jest na co popatrzeć

To, co od razu przykuło moją uwagę to lokacje. Choć nie są ogromnymi terenami, mamy na nich jasno nakreśloną drogę; choć nie ma tutaj zapierających dech w piersiach, monumentalnych widoków, to są one bajecznie ładne. Wszystko jest tutaj szczegółowe, dopracowane i aż przyjemnie popatrzeć. Wyjątkiem są jedynie jednostajne lochy i miasteczka, które nie są zbyt ciekawe. Plenery natomiast to już zupełnie co innego. Piękna trawka (bez skojarzeń proszę), drzewka, obłoczki... aż chce się na chwilę zatrzymać i podziwiać widoki. Widać, że twórcy zęby zjedli na kreowaniu otoczenia, ich praca to naprawdę świetna robota. Zwłaszcza, że grafika nie jest zbyt widowiskowa... nie jest nawet zbyt ładna. Duży, bardzo duży plus. Zwiedzimy między innymi piękny las, rodzimą wioskę, ogromną grotę, miasto rebeliantów, górski szlak, tereny wokół rwącej rzeki, gigantyczny most czy przepiękny port. Zdarzają się również i perełki, jak chociażby lokacja totalnie pokryta mgłą. Przeciwnicy pojawiają się znikąd szarżując na bohatera... świetne urozmaicenie. Jak już wcześniej wspomniałem, aż chce się popatrzeć!

Cholerni mimowie... zawsze próbują cię naśladować

I na smoku, i pod smokiem... co?

Kolejnym urozmaiceniem jest jazda na grzbiecie Saphiry. W końcu nasz mały to kolejny ze Smoczych Jeźdźców, nie wypada, żeby sobie nie polatał jak tradycja nakazuje. Lokacje, na których szybujemy na smoku, są świetną odskocznią od naszych doczesnych poczynań (czytaj: ciągłego machania kijkiem). Choć nie mamy zbyt dużej dowolności w kierowaniu smokiem (minus) to i tak wszystko zostało zaprojektowane tak, ze po chwili o tym zapominamy i całkowicie oddajemy się "jeździe". Powiem tylko, że ostateczna walka również odbywa się na smoku, a wiec jak najszybsze opanowanie jego umiejętności jest tutaj mile widziane. Możemy używać ogona wielkiego gada, stereotypowego ognia prosto ze smoczej paszczy, czy chociażby łuku samego Eragona, który siedzi dumnie na smoczych plecach. Podsumowując, smocze loty to kolejny dobrze zrealizowany aspekt gry. Nono... czyżby same plusy?

Druga strona monety

Oczywiście, że nie. Gra ma również swoje gorsze strony, a jest to chociażby... nieco utrudnione sterowanie. Na klawiaturze grać się da, ale nie można mówić tutaj o jakimkolwiek komforcie. Już na wstępnie program informuje nas, że najlepszy jest tutaj pad, chociażby taki jaki ma... Xbox360! Czy tylko mi zaleciało subtelną kryptoreklamą? Nie będę dodawał już, że Eragon został stworzony z myślą o platformie Microsoftu... Innym czynnikiem, który negatywnie wpływa na moją, subiektywną jakże ocenę, jest długość rozrywki. 5-6 godzin wystarczy w zupełności aby zakończyć swoją przygodę z Eragonem. Wiem, że obecnie mamy do czynienia z samymi krótkimi, przepełnionymi akcją produktami, ale jestem bardziej niż pewien, że gdyby twórcy chcieli, mogliby poszerzyć grę o kilka nowych epizodów. Choć z drugiej strony może i dobrze się stało, bowiem po pewnym czasie, niezależnie od świetnych walk, dopada nas monotonia. Nie jest to może nader odczuwalne, ale potem wszystko zaczyna robić się nieco.. schematyczne. Cios, unik, cios i tak cały czas. Od samego początku, do samego końca. Nigdy nie byłem zbyt cierpliwym graczem...

Średniowieczne operacje plastyczne wywoływały wiele kontrowersji wśród ludu

Gra dobra sama w sobie

Czas najwyższy na ostateczny rozrachunek. Jaką grą jest więc Eragon? Dobrą, ale nic ponadto. Gra się wybornie, ale 2-3 pierwsze godziny. Świetnie podziwia się otoczenie, ale wszystko psują monotonne lochy i podziemia. Walczy się niesamowicie, ale mała różnorodność przeciwników jest mocno odczuwalna. Zawsze jest jakieś "ale", coś co nie pozwala tej grze rozwinąć się całkowicie. Może to ja szukam dziury w całym, może twórcy nie mieli ambicji robić świetnej gry, tylko kolejną adaptację filmowego "hitu", a może po prostu mocno chciałem, aby nie była to kolejna bura adaptacja, a gra bardzo dobra jako sama w sobie. Gra która nie musi bronić się filmem. Cóż, jak na mój gust, to udało się połowicznie. Eragon to gra zdecydowanie lepsza od wszystkich Potterów razem wziętych, lecz nie jest to jednakowoż gra bardzo dobra. Ot, taka pozycja nieco ponad średnią. Może gdyby twórcy nie byli tak zapatrzeni w film...

P.S Do kina na Eragona zdecydowanie NIE zapraszam :)