1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Dzienny Patrol

To znowu ja. Tak, ten od wynurzeń na temat Nocnego Patrolu. Dzienny Patrol to druga część czteroczęściowej sagi rosyjskiego pisarza. Co ciekawe - jedyna z nich, niemal niedostępna w polskich księgarniach. Jakie szczęście, że istnieją jeszcze biblioteki...

Tak więc z książką pod pachą wróciłem do domu i zacząłem czytać. Nieprzyjemna aura roztaczająca się wokół pożyczonego egzemplarza (nie chcę wiedzieć, kto z niego korzystał...) nie zniechęciła mnie do pochłonięcia tytułu w całości. Tym razem jednak nie obyło się bez popity, jak to było w przypadku Nocnego Patrolu. Dlaczego?

Ale po kolei. Dzieło Łukjanienki, identycznie jak poprzedniczka, dzieli się na 3 opowieści, silnie jednak ze sobą połączone fabularnie. Pierwsza z części opowiada o "wakacyjnej przygodzie" (darujcie sobie, co poniektórzy) wiedźmy Dziennego Patrolu, Alicji Donnikowej, którą po utracie mocy wysłano na rekonwalescencję do kurortu. W drugiej jesteśmy świadkami podróży maga, Witalija Rogozy, rosnącego w siłę na naszych oczach. A może nie do końca maga? Facet pamięta niewiele ponadto, że gnany jakąś niezidentyfikowaną siłą musi dotrzeć do Moskwy. Trzecia opowieść spaja dwie poprzednie w sensowną całość, nadając im zupełnie nowy sens.

Podobnie jak w swej poprzedniczce, fabuła Dziennego Patrolu jest interesująca i to głównie ciekawość popycha nas w kolejne strony. Łukjanienko potrafi budować ciekawe i intrygujące opowiastki. Na dodatek lubi on bawić się z czytelnikiem - narrator (zwykle pierwszoosobowy, należy dodać) czasem podsuwa nam różnorakie wnioski, wyciągnięte z własnych doświadczeń czy przemyśleń i próbuje przewidzieć bieg wydarzeń. Często wnioski te są błędne i gdy już wydaje nam się, że znamy odpowiedź, autor zaskakuje nas po raz kolejny. A akcja rozwija się w taki sposób, że nie sposób samemu domyślić się, w jaki sposób zostanie ona rozwiązana.

Jeśli już jesteśmy przy narratorze - nie jest on wiecznie jeden i ten sam jak w Nocnym Patrolu (gdzie rolę tę spełniał Anton Gorodecki). Jest to dość ryzykowany zabieg, gdyż każdy z bohaterów-narratorów jest inny i trudniej zidentyfikować się z jednym przez 100 stron jak wcześniej z Antonim przez 400. Jednak w konsekwencji dodaje to powieści kolorytu. Ciekawa pod tym względem jest trzecia część (gdzie narracja zmienia się już w trzecioosobową), którą obserwujemy z perspektywy dwóch magów z przeciwnych "obozów". Obaj próbują rozwikłać intrygę, w którą zostali wplątani i obaj mają dość róże koncepcje.

Ku uciesze odbiorców zaznajomionych z Nocnym Patrolem (inna sprawa, że niezaznajomieni nie powinni po nią sięgać) wiele postaci znanych z poprzedniczki dostało angaż również i tutaj. M.in. inkwizytor Maksym czy główny bohater poprzedniczki, Anton Gorodecki, który spełnia wraz ze Swietłaną bardzo ważną rolę. Oczywiście nie mogło zabraknąć dwóch przywódców Patroli - Hesera i Zawulona. Ich konfrontacja to kolejny ciekawy aspekt powieści. Czytelnik cały czas zadaje sobie pytanie, co zwycięży - dobro czy zło.

Dzienny Patrol

Jednak, nawiązując do mej poprzedniej recenzji, sprawa nie jest tak oczywista, jakby mogło się wydawać. Świat nie jest czarno-biały, a dobrym tego dowodem niech będzie cytat: "Niektórzy uważają, że my, Ciemni, jesteśmy źli. To nieprawda. Jesteśmy tylko sprawiedliwi. Dumni, niezależni i sprawiedliwi. I sami o sobie decydujemy.". Ponadto jest to pewna przeciwwaga dla Nocnego Patrolu, gdzie zajmowano się głównie Jasnymi i ich zaletami - tutaj dostaje się im za to, że tak troszczą się o zwykłych ludzi, którzy są głupcami i sami o siebie zadbać nie potrafią (zapachniało Nietschem, nieprawdaż?).

Mimo całej tej otoczki pogardy dla zwykłego pospólstwa, Łukjanienko pokazuje nam, że Inni również są ludźmi, w mniejszym czy większym stopniu. I nie obce im takie uczucia jak choćby miłość, której autor poświęcił szczególnie wiele miejsca. Uwidacznia się to głównie w zakończeniach wszystkich trzech części. "Miłość to też wielka siła".

Nadal jednak nie odpowiedziałem na pytanie zadane na początku recenzji - dlaczego nie obyło się bez popity? Ciężko stwierdzić - tak naprawdę do pisania tekstu przystąpiłem z mniejszym entuzjazmem niż w przypadku poprzedniczki, Dziennego Patrolu, jednak przez te niespełna dwie godziny doszedłem do wniosku, że książka jest genialna - w formie, treści i przekazie, tak skomplikowanym z pozoru, tak prostym w praktyce. Pomyślałem więc "A, niech tam, dajmy miód!". Tak więc dajemy, a nieco pesymistyczny ton wstępu zwalmy na karb zbyt wygórowanych oczekiwań wobec tytułu. To tak, jakby oczekiwać Armagedonu, w czasie którego, ku naszemu zaskoczeniu, dowodzi nie Chrystus a "jedynie" Św. Jerzy.