Kolejny dzień. Udręka przychodząca wraz ze świtem. Brnięcie przez trudy codziennej egzystencji - nie do zniesienia. Denerwujący sąsiedzi, wykańczająca rzeczywistość, niemożność zrobienia czegokolwiek po swojemu. Cały świat zdaje się być stworzony nam na złość. Najchętniej człowiek skończyłby ze sobą, ale mimo tych myśli, z mozołem idzie przed siebie - choć ciągle pod prąd. Czy tak wygląda życie widziane oczami paranoika? Może świra? A może po prostu zwyczajnego Polaka?

Marek Koterski w swoich filmach wykorzystuje postać Adama Miauczyńskiego do pokazywania różnych wydarzeń i zachowań ludzkich. Zazwyczaj tych, które kojarzą się z udręką i przeciwnościami losu. Przed "Dniem Świra" mogliśmy oglądać go w wykonaniu Marka Kondrata ("Dom Wariatów"), a także Cezarego Pazury ("Ajlawju", "Nic śmiesznego"). W roku 2002 powrócił pierwszy z tej dwójki, ukazując postać Adasia jako kompletnego frustrata i pedanta, kierującego się niekiedy przedziwnymi zasadami.

Dzień Świra

Główny bohater ma lat czterdzieści dziewięć (siedem razy siedem). Budzi się każdego ranka i rozpoczyna rytuał dnia. Poranne wstawanie, kawka z perfekcyjnie nasypaną ilością ziarenek ("czasami jedno ziarenko potrafi zepsuć symetrię kawowej górki"), wiecznie ten sam starannie zorganizowany sposób mycia. A to jedynie wierzchołek góry lodowej. Miauczyński ma wszystko perfekcyjnie rozplanowane - każdą czynność stara się zaczynać o pełnej godzinie, w najgorszym wypadku o wpół. Co tylko się da, wykonuje do siedmiu lub wielokrotności tej liczby - pociąga z butelki właśnie tyle łyków wody, odpowiednia ilość powtórzeń towarzyszy mu choćby i przy podcieraniu tyłka papierem czy mieszaniu cukru we wspomnianej kawusi. Jesteśmy świadkiem jego nieprzerwanych przemyśleń i narzekań. Pozornie banalne, można by powiedzieć, że dotyczące "pierdół", ale w gruncie rzeczy, dla kogoś z tak perfekcyjnym rozkładem zajęć, są to rzeczy psujące całą harmonię. Ołówek, który wypadł z ręki, facet koszący trawę za oknem i sąsiad puszczający na cały regulator konkurs Chopinowski - te i podobne zdarzenia doprowadzają Adasia do szewskiej pasji. Klnie przy tym co nie miara, wygłasza cięte i często zabawne komentarze - a przede wszystkim pokazuje absurd codziennego życia.

Dzień Świra

Oglądałem ten film wiele razy, po nabyciu go w wydaniu DVD. Za pierwszym razem traktowałem całość jako zwyczajną komedię. Taką, w której główną atrakcję stanowi rzucanie mięsem w zabawny sposób i przez to tworzenie się kultowych tekstów ("Dżizas, ku*wa, ja pie*dolę!"). Teraz, te zdania słyszy się wszędzie, tendencja ta utrzymuje się od paru lat. U mnie w domu często cytuje się jakieś polskie komedie. Ten film jest o codzienności, więc dialogi (lub monologi, kiedy to Adaś sobie myśli) doskonale dostosowują się do zwykłych sytuacji. Tak jakoś już wychodzi, że w domu nie zapalam lampki, tylko "robię sobie górne światło", a gdy siedzę i gram zamiast przyjść do stołu, to mogę usłyszeć z drugiego pokoju "jedz, Ci zupa stygnie". Niewątpliwie - "Dzień Świra" zapada w pamięć jak mało co.

Dzień Świra

Przy drugim podejściu do produkcji, gdy już nie musiałem przykładać zbytniej uwagi do fabuły - bo wiedziałem co się wydarzy - dostrzegłem drugie dno. To film o nas. O tym, jak nasz naród potrafi być podły. Sens moich słów najlepiej odda dość długi cytat, kawałek błagań Polaka: "Modlitwę moją zanoszę Bogu Ojcu i Synowi - dopie*dolcie sąsiadowi. Dla siebie o nic nie proszę, tylko mu dos*ajcie, proszę. Kto ja jestem? Polak mały. Mały, zawistny i podły. Jaki znak mój? Krwawe gały. Oto wznoszę moje modły. Do Boga, Marii i Syna - zniszczcie tego sku*wysyna.". Myślę, że więcej komentarza nie potrzeba. Mentalność ludzi z kraju nad Wisłą jest dobitnie ukazana. Może potrzeba było właśnie całkiem odmiennej postaci do tego, żeby te zachowania wyróżnić z tłumu? Miauczyński jest pedantyczny, ma wszystko poukładane i nie potrafi się odnaleźć w warszawskiej rzeczywistości. To on tak naprawdę (według siebie) jest jedynym normalnym - reszta to wariaci. Ludzie, którzy bez przerwy przesiadają się w autobusie, przepychają w kolejce czy wietrzą spiski (Żółtki chcą nas wytłuc skarpetkami uciskowymi). Powstaje więc pytanie - kto tu jest świrem? Główny bohater? Wszyscy ci, którzy go otaczają? A może właśnie my, cały nasz naród?

Dzień Świra

Ciężko jest się wypowiadać na temat popisu aktorskiego. Każda postać została odegrana świetnie, ale wszystkie doznały tu celowego przekoloryzowania. Adaś jest aż ponad wszelką miarę wielkim frustratem, jego matka za bardzo wątpi w jego inteligencję, jego wyobrażona pierwsza miłość to zbyt wielki ideał, a politycy bywają do przesady zapatrzeni tylko we własne racje. Każdy człowiek, którego główny bohater spotyka na swojej drodze, jest ukazaniem jakiejś z dziwnych cech ludzkich, które mogą doprowadzić do szału. Spotykamy też jedną normalną postać - Sylwusia, syna Miauczyńskiego, który mieszka z jego byłą żoną. Marek Koterski wziął do tej roli swojego syna, Michała (teraz już zresztą cieszącego się sporą popularnością, właśnie dzięki roli w filmie ojca). Człowiek ten zbytniego talentu aktorskiego nie posiada. I kogoś takiego właśnie było trzeba - naturalnego i jakby nie zwracającego uwagi na całą tą tragiczną otoczkę.

Dzień Świra

Dzieło o frustracji spowodowanej problemami każdego dnia można zaliczyć do tych kultowych. Zyskało ono rzeszę fanów, w tym i mnie. Teksty są cytowane na prawo i lewo, część z nich weszła już na stałe do slangu, a zachowania głównego bohatera zapadają w pamięć. Jeśli ktoś nie widział "Dnia Świra", to ten niewątpliwy brak powinien jak najszybciej nadrobić.